OPe-racja
Dominik Jurczak OP
UWAGA: ksiądz po kolędzie!
Obiecałem kilka refleksji na temat wizyt duszpasterskich, popularnie zwanych kolędą. Na wstępie zaznaczę, że nie roszczę sobie pretensji, by zagadnienie wyczerpać. Trudno bowiem za jednym zamachem (czytaj: wpisem) wnikliwie potraktować temat, który, jak przypuszczam, doczekał się co najmniej kilku opracowań naukowych. Będą to zatem impresje, i to impresje prezbitera z kilkumiesięcznym stażem, mającego pełną świadomość, że w innych częściach kraju, w innych parafiach, kolęda może wyglądać – i pewnie wygląda – zupełnie inaczej…
Skoro już mowa o narracji, to oczywiście wiele zależy od otwartości każdej z rodzin: na ile mają ochotę podzielić się tym, czym żyją. Nieraz to niezwykłe historie, nie tylko z dziedziny życia duchowego, choć przyznam, że wątki związane z wiarą interesowały mnie najbardziej. Słysząc o namacalnym doświadczeniu Boga sam wiele się uczyłem, zobaczyłem, jak przedziwnie i zaskakująco potrafi On działać.
Oczywiście, niejednokrotnie trudno było nie dostrzegać ogromu ludzkiej biedy…
Dla wielu kolęda to możliwość głośnego wypowiedzenia swoich przemyśleń i żalów pod adresem Kościoła, często uzasadnionych: gburowaty proboszcz, niedelikatny spowiednik, chciwy zakonnik, etc. Nigdy jednak nie spotkałem się z agresją… Niektórzy otwarcie przyznawali się do tego, że – analogicznie – jak u nich ksiądz po kolędzie, tak oni w kościele, czyli raz do roku… Inni próbowali grać cotygodniowych bywalców, choć wnętrze kościoła zapamiętali tak, jak przedstawiało się ono, mniej więcej, dziesięć lat temu. Dla duszpasterza najistotniejsze jest jednak, by ludzie – słusznie bądź nie – zrażeni Kościołem, nie rezygnowali ze stawiania fundamentalnych pytań, by szukali właściwych odpowiedzi, by walczyli o Prawdę. Zauważyłem, że, niestety, często nieumiejętnie pytają o siebie i Boga, obwiniając Go niesłusznie konsekwencjami własnych błędów… Niejednokrotnie w takich sytuacjach byłem bezradny, swoją zaś rolę widziałem w odpowiednim, delikatnym „nacinaniu” kwestii, w takim przeformułowaniu pytań, by rzuciły nowe światło na ich problemy, na dotychczasowe życie. Od nikogo wszakże nie wolno domagać się heroizmu. Ten może być tylko osobistym wyborem…
A propos konsekwencji. Smutne są chwile, gdy słyszy się i obserwuje skutki życia bez Boga, gdy widzi się – parafrazując św. Ignacego z Antiochii – że „wiara nie jest fundamentem, a miłość nie stanowi kresu”. Niemało takich dramatów, które umacniają mnie jednak w przekonaniu, iż warto przypominać, że budowanie bez Boga – to znaczy, wyłącznie na słowie ludzkim – nie ma przyszłości. Co najwyżej może się ono zamknąć w pomyślnej teraźniejszości, choć i ta nie taka pewna. Jak w praktyce, w konfesjonale czy na katechezie, ostrzegać przed konsekwencjami wyrzucania Boga poza margines życia? Czy potrzeba do tego aż tak bolesnych upadków?
Miejscami szokująca była obojętność na ludzką biedę, często tą tuż za ścianą. Niejednokrotnie obok siebie mieszkają ludzie skrajnie ubodzy i skrajnie bogaci, szczelnie pozamykani w swoich światach. Oczywiście, wiem, że nie wszystko jest takie proste, że – na przykład – prawdziwie ubodzy często wstydzą się i odmawiają pomocy, ale jednak, mimo wszystko, dawało to do myślenia… Bolały mnie widoki sztucznych światów, odgradzania się murem obojętności od innych. Na całe szczęście bywały też i takie miejsca, wcale ich tak niemało, w których ludzie cieszą się sobą, znają się nawzajem, wspierają w przeróżnych momentach życia…
By niepotrzebnie nie zaciemnić obrazu kolędy, mógłbym przywołać wiele przykładów „pospolitych”, wręcz cudownych, nie rzucających się w oczy rodzin, powoli – co nie oznacza, że bez trudu – idących za Barankiem, rodzin, w których panuje miłość i zgoda, w której zasiada się do wspólnego stołu, w których klęka się do wspólnej modlitwy… Mnóstwo było domów, gdzie było widać i czuć oczekiwanie na wizytę – począwszy od odświętnego stroju, poprzez ciepłe słowa, na wystroju mieszkania skończywszy. Niezwykle podnoszący na duchu obraz. Im wszystkim chciałem podziękować za życzliwość oraz za świadectwo. Z całą pewnością, wierni oczekują od kapłanów, że będą specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem, że będą świadkami odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa, ale i księża potrzebują wsparcia, umocnienia w powołaniu, docenienia, że to, co robią, ma sens, że są po prostu potrzebni. Bo przekaz wiary nie jest wyłącznie jednostronny…
Na koniec o dwóch sytuacjach, bo o „zdrówku” pisałem wcześniej, które – mówiąc explicite – zawsze mnie zastanawiają. Pierwsza, to, gdy pukając do drzwi, można usłyszeć, jak wewnątrz zamiera życie. Zastanawiam się, czy w takiej sytuacji nie lepiej otworzyć i uprzejmie podziękować za odwiedziny? Sądzę, że do nikogo na siłę ksiądz pchać się nie będzie, a przyznam, że stanie pod drzwiami, za którymi słychać wzajemne uciszanie się, jest dość groteskowe. Pewnie dla obu stron. Rozumiem – a przypuszczam, że nie jestem wyjątkiem – nie każdy chce, z różnych powodów, podjąć księdza. Czy trzeba jednak tak się z tym krygować? Sam nie wiem.
Druga, to zabawne historie z osławionymi kopertami. Zdarza się bowiem, że w stresie – co jest w pełni zrozumiałe – gospodarze zapominają wręczyć przygotowaną wcześniej ofiarę. Wpadają wówczas za księdzem do kolejnego mieszkania z podniesioną w ręku kopertą, krzycząc: „zapomnieliśmy o tym, co najważniejsze!”. No właśnie. Czy aby najważniejsze? Wspominam o tym, ponieważ zewsząd można usłyszeć narzekanie, że kolęda służy jedynie „zgarnianiu kasy”. Nie wykluczam takim przypadków, choć mam wrażenie, że niejednokrotnie sami, naszym zachowaniem, utrwalamy takie schematy.
Dziękuję raz jeszcze za wsparcie modlitewne…
« powrót
25 komentarzy
-
2010-02-14
Piotr Kopeć
Ocena:



wizyta duszpasterska
Nie ma żadnych wątpliwości, iż Ojca podejście jest twórcze. O.Dominik nie krytykuje, tylko... » -
2010-01-28
toja
Ocena:



OP...racja
Zamiast krytykować może by ojciec napisał o ojca "niewątpliwie twórczym" podejściu do posługi... » -
2010-01-21
pseudonim
Re: Re: gdzie samotni (single, wdowy)?
.nieSTRASZNA. ( ALE(* »
„Czy wspólnota rozeznała, że jest siostra chora?” – spytał pewnym głosem prezbiter, gdy jedna z mniszek poprosiła go o udzielenie sakramentu chorych przy okazji Światowego Dnia Chorego. Zdezorientowana kobieta nie wiedziała, jak zareagować i co odpowiedzieć. „Czy przypadkiem każdy z nas nie jest chory?” – nieporadnie próbowała się usprawiedliwić. W tym miejscu wypada siostrze przyznać rację. Każdy coś tam ma, każdy na coś choruje. Jednak czy fakt ten stanowi dla nas, łacinników, wystarczające alibi?
... więcej »Dziś środa popielcowa, caput ieiunii, rozpoczynamy zatem Wielki Post: czterdziestodniowy okres pokuty. Warto dodać, że nie jest to czas pokuty samej w sobie, lecz tylko takiej, do której kluczem i perspektywą jest Zmartwychwstanie Pana. Inaczej wszelkie wyrzeczenia czy ćwiczenia duchowe będą mogły pompować (i tak wystarczająco już rozdmuchane) nasze „ego”, zamiast rzeczywiście przysposabiać oraz umacniać do walki ze złym duchem. Nie chodzi o to, by wskutek Wielkiego Postu odklepać więcej modlitw, zaliczyć serię dodatkowych nabożeństw, czy też wyrobić sobie zgrabniejszą sylwetkę… „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5). Tajemnica Postu kryje się w duchowej i odnowionej przestrzeni, właściwie przygotowanej na świt Wielkiej Nocy.
... więcej »Często chcielibyśmy, by Jezus zniósł jednak pewne prawa, nawet te mające za sobą szlachetną przeszłość, prawa szacowne, które w rozmaitym czasie zmieniały bieg historii, pisane dużą literą. Nie mielibyśmy nic przeciwko, by niektórych proroków – także tych współczesnych – sprytnie przeinterpretować, zagłuszyć raz na zawsze, usunąć z pamięci. Wolelibyśmy nigdy ich nie spotkać i nie usłyszeć. Jezus tymczasem nie tyle nie znosi Prawa czy Proroków (por. Mt 5,17), ile ich do końca miłuje, pokazując tym samym, czym wypełnić pierwsze oraz jak rozumieć drugich…
... więcej »Struktura aktu wiary ma wyjątkowo osobisty charakter – jest tajemnicą zakotwiczoną w najbardziej wewnętrznej głębi ludzkiego „ja”. Choć tak sporo wiemy o człowieku, choć potrafimy opisać przestrzenie, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, jednak wobec kogoś, kto realnie poczuł wezwanie do stania się chrześcijaninem, stajemy niemal bezradni. Nasza bezsilność nie wynika bynajmniej z braku wiedzy, co do tego, jak wygląda procedura przyjmowania nowych członków do Kościoła. Ona dotyka nas samych. I choć przenika nas radość, że Bóg „namacalnie” działa w świecie, trawi nas lęk przed odkryciem oschłości i pustki naszej wiary.
Niniejszy tekst ma być formą podzielenia się doświadczeniem katechumenatu, jednak nie z perspektywy katechumena, więc kogoś kto radykalnie chce zbliżyć się do Prawdy, lecz przewodnika, który ma w jej odkrywaniu towarzyszyć. Przyznam, że to doświadczenie niesamowite, niezwykle uczące, jedyna w swoim rodzaju przygoda, do tego stopnia, że wraz z upływem czasu poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nasze role się nie odwróciły. W pewnym sensie tak się właśnie stało, czego dowodem (i konsekwencją) może być konsekracja zakonna i habit, jaki teraz noszę.
... więcej »Niezwykle interesująca, choć wcale nieprosta w lekturze, jest ostatnia adhortacja Verbum Domini, w której Benedykt XVI zbiera dyskusje i postulaty wyrażone na synodzie biskupów w 2008 roku. Zgromadzeni w Rzymie z rozmaitych stron świata oraz z różnych tradycji kościelnych „ojcowie synodalni” dyskutowali o Słowie Bożym. W dokumencie papież z właściwą sobie precyzją dokonuje analizy, jakie miejsce zajmuje i powinno zajmować Słowo Boże w życiu każdego człowieka: chrześcijanina i nie-chrześcijanina; tych, którzy uczestniczą w życiu Kościoła, jak i tych, co pozostają na jego marginesie.
... więcej »















