Menu
 
Fotoreportaże
 
 

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter z informacjami o nowościach kliknij przycisk:
kontynuuj Kontynuuj

Rozmiar czcionki: A A A RSS

OPe-racja
Dominik Jurczak OP 2010

18.01.2010 16:56

UWAGA: ksiądz po kolędzie!

Obiecałem kilka refleksji na temat wizyt duszpasterskich, popularnie zwanych kolędą. Na wstępie zaznaczę, że nie roszczę sobie pretensji, by zagadnienie wyczerpać. Trudno bowiem za jednym zamachem (czytaj: wpisem) wnikliwie potraktować temat, który, jak przypuszczam, doczekał się co najmniej kilku opracowań naukowych. Będą to zatem impresje, i to impresje prezbitera z kilkumiesięcznym stażem, mającego pełną świadomość, że w innych częściach kraju, w innych parafiach, kolęda może wyglądać – i pewnie wygląda – zupełnie inaczej…


Zacznę od doświadczenia, które w chwili obecnej wciąż przemawia do mnie najmocniej. W końcu „łaska buduje na naturze" (gratia naturam supponit). Kolęda angażuje fizycznie. I to bardzo! Po powrocie z „trasy” człowiek jest po prostu wykończony. Przez kilka tygodni, niemal każdego dnia – obok standardowych zajęć – odwiedza się kilkanaście rodzin, spotyka się mnóstwo osób, odbywa się wiele rozmów… Jak to wszystko spamiętać?! Dość szybko można się w tym gąszczu twarzy, spraw i problemów pogubić. A każdy dom to w końcu odmienna opowieść oraz różne doświadczenia. Chciałoby się wsłuchać i zapamiętać każde, chciałoby się kojarzyć parafian, znać ich po imieniu, towarzyszyć w radościach i smutkach, ale organizm nie daje rady, przy takiej ilości zwyczajnie „wysiada”.

Skoro już mowa o narracji, to oczywiście wiele zależy od otwartości każdej z rodzin: na ile mają ochotę podzielić się tym, czym żyją. Nieraz to niezwykłe historie, nie tylko z dziedziny życia duchowego, choć przyznam, że wątki związane z wiarą interesowały mnie najbardziej. Słysząc o namacalnym doświadczeniu Boga sam wiele się uczyłem, zobaczyłem, jak przedziwnie i zaskakująco potrafi On działać.

Oczywiście, niejednokrotnie trudno było nie dostrzegać ogromu ludzkiej biedy…

Dla wielu kolęda to możliwość głośnego wypowiedzenia swoich przemyśleń i żalów pod adresem Kościoła, często uzasadnionych: gburowaty proboszcz, niedelikatny spowiednik, chciwy zakonnik, etc. Nigdy jednak nie spotkałem się z agresją… Niektórzy otwarcie przyznawali się do tego, że – analogicznie – jak u nich ksiądz po kolędzie, tak oni w kościele, czyli raz do roku… Inni próbowali grać cotygodniowych bywalców, choć wnętrze kościoła zapamiętali tak, jak przedstawiało się ono, mniej więcej, dziesięć lat temu. Dla duszpasterza najistotniejsze jest jednak, by ludzie – słusznie bądź nie – zrażeni Kościołem, nie rezygnowali ze stawiania fundamentalnych pytań, by szukali właściwych odpowiedzi, by walczyli o Prawdę. Zauważyłem, że, niestety, często nieumiejętnie pytają o siebie i Boga, obwiniając Go niesłusznie konsekwencjami własnych błędów… Niejednokrotnie w takich sytuacjach byłem bezradny, swoją zaś rolę widziałem w odpowiednim, delikatnym „nacinaniu” kwestii, w takim przeformułowaniu pytań, by rzuciły nowe światło na ich problemy, na dotychczasowe życie. Od nikogo wszakże nie wolno domagać się heroizmu. Ten może być tylko osobistym wyborem…

A propos konsekwencji. Smutne są chwile, gdy słyszy się i obserwuje skutki życia bez Boga, gdy widzi się – parafrazując św. Ignacego z Antiochii – że „wiara nie jest fundamentem, a miłość nie stanowi kresu”. Niemało takich dramatów, które umacniają mnie jednak w przekonaniu, iż warto przypominać, że budowanie bez Boga – to znaczy, wyłącznie na słowie ludzkim – nie ma przyszłości. Co najwyżej może się ono zamknąć w pomyślnej teraźniejszości, choć i ta nie taka pewna. Jak w praktyce, w konfesjonale czy na katechezie, ostrzegać przed konsekwencjami wyrzucania Boga poza margines życia? Czy potrzeba do tego aż tak bolesnych upadków?

Miejscami szokująca była obojętność na ludzką biedę, często tą tuż za ścianą. Niejednokrotnie obok siebie mieszkają ludzie skrajnie ubodzy i skrajnie bogaci, szczelnie pozamykani w swoich światach. Oczywiście, wiem, że nie wszystko jest takie proste, że – na przykład – prawdziwie ubodzy często wstydzą się i odmawiają pomocy, ale jednak, mimo wszystko, dawało to do myślenia… Bolały mnie widoki sztucznych światów, odgradzania się murem obojętności od innych. Na całe szczęście bywały też i takie miejsca, wcale ich tak niemało, w których ludzie cieszą się sobą, znają się nawzajem, wspierają w przeróżnych momentach życia…

By niepotrzebnie nie zaciemnić obrazu kolędy, mógłbym przywołać wiele przykładów „pospolitych”, wręcz cudownych, nie rzucających się w oczy rodzin, powoli – co nie oznacza, że bez trudu – idących za Barankiem, rodzin, w których panuje miłość i zgoda, w której zasiada się do wspólnego stołu, w których klęka się do wspólnej modlitwy… Mnóstwo było domów, gdzie było widać i czuć oczekiwanie na wizytę – począwszy od odświętnego stroju, poprzez ciepłe słowa, na wystroju mieszkania skończywszy. Niezwykle podnoszący na duchu obraz. Im wszystkim chciałem podziękować za życzliwość oraz za świadectwo. Z całą pewnością, wierni oczekują od kapłanów, że będą specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem, że będą świadkami odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa, ale i księża potrzebują wsparcia, umocnienia w powołaniu, docenienia, że to, co robią, ma sens, że są po prostu potrzebni. Bo przekaz wiary nie jest wyłącznie jednostronny…

Na koniec o dwóch sytuacjach, bo o „zdrówku” pisałem wcześniej, które – mówiąc explicite – zawsze mnie zastanawiają. Pierwsza, to, gdy pukając do drzwi, można usłyszeć, jak wewnątrz zamiera życie. Zastanawiam się, czy w takiej sytuacji nie lepiej otworzyć i uprzejmie podziękować za odwiedziny? Sądzę, że do nikogo na siłę ksiądz pchać się nie będzie, a przyznam, że stanie pod drzwiami, za którymi słychać wzajemne uciszanie się, jest dość groteskowe. Pewnie dla obu stron. Rozumiem – a przypuszczam, że nie jestem wyjątkiem – nie każdy chce, z różnych powodów, podjąć księdza. Czy trzeba jednak tak się z tym krygować? Sam nie wiem.

Druga, to zabawne historie z osławionymi kopertami. Zdarza się bowiem, że w stresie – co jest w pełni zrozumiałe – gospodarze zapominają wręczyć przygotowaną wcześniej ofiarę. Wpadają wówczas za księdzem do kolejnego mieszkania z podniesioną w ręku kopertą, krzycząc: „zapomnieliśmy o tym, co najważniejsze!”. No właśnie. Czy aby najważniejsze? Wspominam o tym, ponieważ zewsząd można usłyszeć narzekanie, że kolęda służy jedynie „zgarnianiu kasy”. Nie wykluczam takim przypadków, choć mam wrażenie, że niejednokrotnie sami, naszym zachowaniem, utrwalamy takie schematy.

Dziękuję raz jeszcze za wsparcie modlitewne…

« powrót
Skomentuj Poleć znajomemu Drukuj



Zapamiętaj mnie na tym komputerze


Aby dodawać komentarz, musisz się zalogować.
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

Właściciel serwisu dominikanie.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Internautów na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do usuwania treści zabronionych prawnie, obraźliwych, nie związanych z tematem lub naruszających zasady współżycia społecznego.

25 komentarzy

  • 2010-02-14
    Piotr Kopeć

    Ocena:
    wizyta duszpasterska
    Nie ma żadnych wątpliwości, iż Ojca podejście jest twórcze. O.Dominik nie krytykuje, tylko... »
  • 2010-01-28
    toja

    Ocena:
    OP...racja
    Zamiast krytykować może by ojciec napisał o ojca "niewątpliwie twórczym" podejściu do posługi... »
  • 2010-01-21
    pseudonim

    Re: Re: gdzie samotni (single, wdowy)?
    .nieSTRASZNA. ( ALE(* »
 

Blok wschodni
Wojciech Surówka OP

Jesteśmy piękni »
16.05.2012

Strefa Wodza
Tomasz Nowak OP

Druga Fala »
16.05.2012

Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP

Czy przetrwamy? »
15.05.2012

Rh+
Tomasz Gałuszka OP

Antykaznodzieja »
13.05.2012


 
Bp Ryś: w Kościele nie chodzi o to, żeby postawić na swoim
Do umiejętności wyzbywania się pokusy, by zawsze &... »
 
komentarzy: 1
O nieufności i dopasowaniu do świata
Każdy chrześcijanin, a przede wszystkim ksiądz, po... »
 
komentarzy: 6
ocena: