OPe-racja
Dominik Jurczak OP
Inkulturacja serca
Owo pragnienie osadzenia Ewangelii w rodzimej obyczajowości wyznawców nie przypadkowo zrodziło się w dniu Pięćdziesiątnicy, będąc pierwszą konkretyzacją Chrystusowego nakazu: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,19-20). Patrząc na Apostołów, wczytując się chociażby w przemówienie Pawła na Areopagu, podziwiając delikatność Patryka i mnichów iroszkockich, śledząc pracę Cyryla i Metodego, zachwycając się odwagą i geniuszem Bartolomé de las Casas, czy wreszcie czytając żywoty męczenników afrykańskich nikt nie ma wątpliwości, że warunkiem dobrze pojętej inkulturacji jest wcześniejsze poznanie kultur, do których chce się dotrzeć, wydobycie z nich zasadniczych elementów, tak „by odkryć to, co je jaśniej wyraża, by uszanować ich wartości i bogactwa” (Catechesi tradendae, 3). Z pewnością nie jest dobrym misjonarzem ten, który u progu działalności nosi w sobie przekonanie o wyższości swego pochodzenia i kultury. Skoro inkulturacja jest dialogiem, to nie można zapomnieć o jego podstawowych warunkach, w tym o poszanowaniu drugiego człowieka i o elementarnej próbie jego zrozumienia. Choć wydaje się to proste i oczywiste, praktyka niestety nie potwierdza owej „intuicyjności”. Ale idźmy dalej.
Adhortacja Apostolska Ecclesia in Africa podaje dwa, komplementarne wymiary inkulturacji, zaznaczając, że „z jednej strony oznacza [ona] wewnętrzne przekształcenie autentycznych wartości kulturowych przez ich integrację w chrześcijaństwie; z drugiej strony jest zakorzenianiem chrześcijaństwa w różnych kulturach”. Obie wyznaczone granice tak naprawdę mają chronić chrześcijaństwo. Z jednej strony bowiem czyha pokusa pragnienia bycia niewidzialnym, nienarzucania się za wszelką cenę ze swoimi poglądami, przyjmowania wszystkich, a nie autentycznych wartości kulturowych; z drugiej zaś, grozi pokusa ignorowania tego, co zastane, promowania własnych, jedynie słusznych rozwiązań (np. katolickich, protestanckich, rzymskich, polskich, etc.). Wydaje się, że obie opcje trącą ideologią, choć w gruncie rzeczy, jak każda z ideologii, są łatwiejsze w interpretacji i w realizacji. Załatwiają sprawę raz na zawsze i tak mamy spokój, tyle że „święty”. Niewiele potrzeba, by przy dobrym samopoczuciu misjonarza Ewangelia nigdy nie dotarła do tych, którym ma ją głosić. Inkulturacja jest procesem – nie wiedzą, czy gotowym produktem, jaki mamy do zaproponowania niewierzącym. Innymi słowy, rodzi się w napięciu i z odpowiedzi na nieustannie zadawane pytania o jej kształt. Trzeba wypracowywać ją stale.
Zadziwiające, że te regiony świata, w których chrześcijaństwo wprowadzano siłą, bardziej podatne są na odejścia od wiary, niż te, w których to świadectwo życia wypływało na decyzję o przyjmowaniu Ewangelii. Zależność tą wypunktował Augustyn z Hippony trafnie stwierdzając, że wierzyć można tylko dobrowolnie; wszystko inne można uczynić wbrew swej woli (Ad Iohannis Evangelium tractatus). Ewangelia narzucona siłą sprzyja nie Jej afirmacji, lecz adaptacji. Można zatrzymać się na poziomie „nieobmytego kubka i posępnego wyglądu” (por. Mt 6,16; 23,25), choć to złocisty kielich i pobożnie złożone ręce. Czyż nie przed adaptacją, często bardzo skuteczną i wyrafinowaną, ostrzegał Jezus karcąc faryzeuszów? Inkulturacja sprzyja afirmacji Ewangelii, stąd dalekie jej będą państwa kościelne oraz instytucjonalne obowiązkowe rozwiązania. Wyprowadza nas z samozadowolenia, z mani porównywania papieży, bądź liczenia wiernych uczestniczących w mszach, choć to nie bez znaczenia. Wprowadzanie chrześcijaństwa siłą zaowocowało jego adaptacją w środowisku. Nie dziwi zatem fakt, że przy pierwszej lepszej sposobności, nawet ten który był Apostołem, zdradził; że zawsze kiedy miało być tak dobrze, było tak źle. Dominus noster Christus veritatem se, non consuetudinem cognominavit – Pan nasz Chrystus nazywał się prawdą, nie przyzwyczajeniem. Trzeba, by te odważne słowa Tertuliana nieustannie stawały przed wiarą chrześcijańską. Ewangelia musi sięgać głębiej, musi wychodzić poza adaptację, poza przyzwyczajenie.
Ale co tak naprawdę jest śmiercią inkulturacji? Dotychczas mowa była jedynie o zagrożeniach. Jej śmiercią jest przekonanie, że dotyczy ona misjonarzy, że odnosi się do tak zwanych krajów misyjnych, że jest zarezerwowana dla innych. Tymczasem inkulturacja w pierwszym rzędzie powinna dotykać mojego serca i mojego środowiska. Jeśli nie rozpocznę od siebie, sprawię, że dialog ze współczesnym światem będzie pusty i oparty nie o doświadczenie i światło Ducha Świętego, ale o moje własne – często idealistyczne i ideologiczne – wizje. Każdy chrześcijanin wezwany jest w pierwszym rzędzie do inkulturacji własnego serca, do nieustannego pytania się o Prawdę. Niewykluczone, iż okaże się wówczas, że trzeba zmienić styl duszpasterski na inny niż w poprzedniej epoce, lub że koniecznym będzie oddanie nawet jakiś przywilejów.
« powrót
„Czy wspólnota rozeznała, że jest siostra chora?” – spytał pewnym głosem prezbiter, gdy jedna z mniszek poprosiła go o udzielenie sakramentu chorych przy okazji Światowego Dnia Chorego. Zdezorientowana kobieta nie wiedziała, jak zareagować i co odpowiedzieć. „Czy przypadkiem każdy z nas nie jest chory?” – nieporadnie próbowała się usprawiedliwić. W tym miejscu wypada siostrze przyznać rację. Każdy coś tam ma, każdy na coś choruje. Jednak czy fakt ten stanowi dla nas, łacinników, wystarczające alibi?
... więcej »Dziś środa popielcowa, caput ieiunii, rozpoczynamy zatem Wielki Post: czterdziestodniowy okres pokuty. Warto dodać, że nie jest to czas pokuty samej w sobie, lecz tylko takiej, do której kluczem i perspektywą jest Zmartwychwstanie Pana. Inaczej wszelkie wyrzeczenia czy ćwiczenia duchowe będą mogły pompować (i tak wystarczająco już rozdmuchane) nasze „ego”, zamiast rzeczywiście przysposabiać oraz umacniać do walki ze złym duchem. Nie chodzi o to, by wskutek Wielkiego Postu odklepać więcej modlitw, zaliczyć serię dodatkowych nabożeństw, czy też wyrobić sobie zgrabniejszą sylwetkę… „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5). Tajemnica Postu kryje się w duchowej i odnowionej przestrzeni, właściwie przygotowanej na świt Wielkiej Nocy.
... więcej »Często chcielibyśmy, by Jezus zniósł jednak pewne prawa, nawet te mające za sobą szlachetną przeszłość, prawa szacowne, które w rozmaitym czasie zmieniały bieg historii, pisane dużą literą. Nie mielibyśmy nic przeciwko, by niektórych proroków – także tych współczesnych – sprytnie przeinterpretować, zagłuszyć raz na zawsze, usunąć z pamięci. Wolelibyśmy nigdy ich nie spotkać i nie usłyszeć. Jezus tymczasem nie tyle nie znosi Prawa czy Proroków (por. Mt 5,17), ile ich do końca miłuje, pokazując tym samym, czym wypełnić pierwsze oraz jak rozumieć drugich…
... więcej »Struktura aktu wiary ma wyjątkowo osobisty charakter – jest tajemnicą zakotwiczoną w najbardziej wewnętrznej głębi ludzkiego „ja”. Choć tak sporo wiemy o człowieku, choć potrafimy opisać przestrzenie, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, jednak wobec kogoś, kto realnie poczuł wezwanie do stania się chrześcijaninem, stajemy niemal bezradni. Nasza bezsilność nie wynika bynajmniej z braku wiedzy, co do tego, jak wygląda procedura przyjmowania nowych członków do Kościoła. Ona dotyka nas samych. I choć przenika nas radość, że Bóg „namacalnie” działa w świecie, trawi nas lęk przed odkryciem oschłości i pustki naszej wiary.
Niniejszy tekst ma być formą podzielenia się doświadczeniem katechumenatu, jednak nie z perspektywy katechumena, więc kogoś kto radykalnie chce zbliżyć się do Prawdy, lecz przewodnika, który ma w jej odkrywaniu towarzyszyć. Przyznam, że to doświadczenie niesamowite, niezwykle uczące, jedyna w swoim rodzaju przygoda, do tego stopnia, że wraz z upływem czasu poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nasze role się nie odwróciły. W pewnym sensie tak się właśnie stało, czego dowodem (i konsekwencją) może być konsekracja zakonna i habit, jaki teraz noszę.
... więcej »Niezwykle interesująca, choć wcale nieprosta w lekturze, jest ostatnia adhortacja Verbum Domini, w której Benedykt XVI zbiera dyskusje i postulaty wyrażone na synodzie biskupów w 2008 roku. Zgromadzeni w Rzymie z rozmaitych stron świata oraz z różnych tradycji kościelnych „ojcowie synodalni” dyskutowali o Słowie Bożym. W dokumencie papież z właściwą sobie precyzją dokonuje analizy, jakie miejsce zajmuje i powinno zajmować Słowo Boże w życiu każdego człowieka: chrześcijanina i nie-chrześcijanina; tych, którzy uczestniczą w życiu Kościoła, jak i tych, co pozostają na jego marginesie.
... więcej »

















