OPe-racja
Dominik Jurczak OP
Styczeń 2011
Katechumenat
Struktura aktu wiary ma wyjątkowo osobisty charakter – jest tajemnicą zakotwiczoną w najbardziej wewnętrznej głębi ludzkiego „ja”. Choć tak sporo wiemy o człowieku, choć potrafimy opisać przestrzenie, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, jednak wobec kogoś, kto realnie poczuł wezwanie do stania się chrześcijaninem, stajemy niemal bezradni. Nasza bezsilność nie wynika bynajmniej z braku wiedzy, co do tego, jak wygląda procedura przyjmowania nowych członków do Kościoła. Ona dotyka nas samych. I choć przenika nas radość, że Bóg „namacalnie” działa w świecie, trawi nas lęk przed odkryciem oschłości i pustki naszej wiary.
Niniejszy tekst ma być formą podzielenia się doświadczeniem katechumenatu, jednak nie z perspektywy katechumena, więc kogoś kto radykalnie chce zbliżyć się do Prawdy, lecz przewodnika, który ma w jej odkrywaniu towarzyszyć. Przyznam, że to doświadczenie niesamowite, niezwykle uczące, jedyna w swoim rodzaju przygoda, do tego stopnia, że wraz z upływem czasu poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nasze role się nie odwróciły. W pewnym sensie tak się właśnie stało, czego dowodem (i konsekwencją) może być konsekracja zakonna i habit, jaki teraz noszę.
Trudne, filozoficzne pytania
Wszyscy, którzy zadeklarowali chęć uczestnictwa w naszych spotkaniach, zadawali bardzo poważne i ważne pytania. Nie była to bynajmniej owa słynna klasa pytań, dzięki którym człowiek chce zabłysnąć, bądź dowartościować się, za wszelką cenę udowadniając swą erudycję i elokwencję. Były to uczciwie stawiane problemy, ujawniające niejednokrotnie ogromne dramaty, jakie wewnętrznie gniotły nie pozwalając na „normalne” funkcjonowanie. Etap ten uświadomił mi, że częstym (choć nie wyłącznym) motywem nawrócenia jest egoizm; że zaczynamy stawiać pytania i szukać na nie odpowiedzi, gdyż po prostu nie umiemy wytrzymać sami ze sobą. Wyrafinowane systemy filozoficzne, genialne porady psychologiczne, czy inne cudowne recepty zaczynają w końcu nie wystarczać. Przychodzi moment, w którym nie można się dalej oszukiwać. Potrzebna jest decyzja, konieczne jest nawrócenie. Fiunt, non nascuntur Christiani. „Człowiek nie rodzi się chrześcijaninem, ale staje się nim” (św. Hieronim). Być może istotnym elementem tego procesu jest dotknięcie abditum mentis, doświadczenie przerażającej pustki oraz samotności własnego istnienia.
Słowo zrodzone w milczeniu
Jak w takich „warunkach” – w opuszczeniu, gdzie prawie nic nie dociera, w szeolu własnych myśli – usłyszeć delikatny szmer Bożego chodu? To tajemnica katechumena i nie mnie o tym pisać. Wiem jedno, że na ziemi nie istnieje absolutna samotność, nie ma takiego odosobnienia, do którego nie może przedostać się Miłość. Nie jest tak, jakby tego chciał Jean-Paul Sartre, by na dnie istnienia nas wszystkich istniało jedynie piekło. Chrześcijaństwo zna odpowiedź, wie, że tam gdzie nie może dosięgnąć już żaden głos, tam jest On. To obserwowałem i o tym zaświadczam.
Dialog wiary
Katechumenat nauczył mnie, że wiara posiada dialogiczną strukturę. Nie da się jej odkryć, czy nauczyć w wyalienowaniu, w wypreparowanych warunkach, to znaczy bez drugiej osoby. Wiara jest relacją trójczłonową – ktoś wierzy w coś, ze względu na świadectwo kogoś. Pomimo, iż nie jest dana w bezpośrednim dowodzie, jest pewna ze względu na świadectwo drugiego. To właśnie z powodu pośrednictwa świadka wiara jest bezwarunkowym uznaniem czegoś za prawdę. „To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się: myśmy je widzieli, o nim zaświadczamy i oznajmiamy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione – cośmy ujrzeli i usłyszeli, oznajmiamy także wam, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami” (1 J 1,1-3a).
Ci, którym towarzyszyliśmy, patrzyli na nas – nie tyle na naszą wiarę, lecz przede wszystkim na jedność między głoszonymi prawdami, a naszym życiem. Było to spojrzenie przytłaczające, mając świadomość kruchości swej wiary i nieumiejętności świadectwa. Ale wiemy, że Pan potrafi działać także poprzez narzędzia niedoskonałe. Katechumenat pozwolił mi zrozumieć pełny sens świadectwa, szczególnie tego, które nie boi się powierzyć do końca własnego życia. „Świadectwo męczenników jest dla nas zawsze jakimś wyzwaniem – ono prowokuje, zmusza do zastanowienia. Ktoś, kto woli raczej oddać życie, niż sprzeniewierzyć się głosowi własnego sumienia, może budzić podziw albo nienawiść, ale z pewnością nie można wobec takiego człowieka przejść obojętnie. Męczennicy mają nam więc wiele do powiedzenia” (Jan Paweł II, Homilia w czasie mszy świętej odprawionej na wzgórzu „Kaplicówka” – Skoczów, 22.05.1995). Nasza postawa tam, szczególnie tam gdzie jesteśmy posłani, nie jest bez znaczenia.
Owa dialogiczność ujawniała się również w stawianiu pytań o moją wiarę. Oczywiście wśród nich nie brakowało również takich, jakich dotąd nigdy sobie nie zadawałem. Przygoda prowadzenia kogoś do Pana jest jak wspólne przygotowanie do egzaminu. W założeniu jeden, który wie wszystko (choć nie jest w żaden sposób ekspertem), tłumaczy innym, co zrozumiał podczas wykładu, własnych poszukiwań, czy doświadczeń życiowych. To z kolei oznacza, że niemal na każdym kroku można wypunktowywać luki w jego wiedzy. Jednak nie chodzi o zdeprymowanie kogokolwiek, lecz o wspólny namysł, twórczy i otwarty dialog, który pozwala, niejako na nowo, połączyć w jedno szereg pozornych antytez. W pielgrzymce wiary istnieje jedynie pierwszeństwo czasowe, nie jakościowe, bo wiara jest łaską. I rzeczywiście, wiara szuka zrozumienia. Choć w początkowym stadium zaspokajają ją wyłącznie odpowiedzi ex auctoritate, im dalej jednak, tym staje się bardziej samodzielna i domaga się głębszej analizy.
Zaangażowanie
Wiara dana jest tylko temu, kto angażuje się w doświadczenie Boga. Nie można być jedynie widzem. Kto próbuje nim być, nawet mimo pobożnych chęci, ten niczego się nie dowie. Katechumenat niesie pozorne ryzyko niezaangażowania, gdyż, odwołując się do starożytnej zasady disciplina arcani,nie pozwala na pełny udział w sakramentach Kościoła. W czasach, gdzie o klienta trzeba zadbać, w epoce zabsolutyzowanej wolności, w imię której wszyscy mogą wszystko (o ile nie szkodzi to drugiemu), posunięcie takie wydaje się nieekonomiczne i mało rozsądne. W tym oczekiwaniu jest jednak coś z tęsknoty, z pragnienia by przyszłość stała się teraźniejszością. Ma ono swą logikę i głęboką mądrość.
Przestrzenią, która doskonale odpowiada temu stanowi ducha, jest Liturgia. Uczy w skrytości serca krzyczeć Marana tha, pokazuje jak nieskończone ludzkie pragnienia osadzić w tym, co skończone i ograniczone. Gest, zapach, dotyk, śpiew, słowo – wszystko przemawia i zarazem wystarcza. Nawet katechumen, więc ktoś niezmanierowany eklezjalnym przyzwyczajeniem, świetnie się w tej przestrzeni odnajduje, bez głośnych komentarzy i wielogodzinnych ćwiczeń. Okazuje się, że nie są mu potrzebne naukowe dowody, czy socjologiczne, racjonalistyczne opisy rzeczywistości. Wiara chrześcijańska daleka jest od samych tylko idei – odnosi się bowiem nie do nich, lecz do Osoby. Pamiętam widok przerażenia w ich oczach, gdy podchodząc do chrztu nie wiedzieli, jak będzie wyglądał sam obrzęd. Nie znali scenariusza. I dobrze, bo na analizę tego, co wówczas się dokonało, będą mieli całe chrześcijańskie życie. Będzie ono pamięcią spojrzenia miłości Boga na nich samych. W tym widzeniu zachowana jest także cała prawda o nas oraz ostateczna gwarancja naszej godności.
Wykonało się
Przez chrzest zanurzeni zostali w śmierć Jezusa Chrystusa (por. Rz 6,3), stali się prawdziwie „pomazanymi”, naznaczonymi przez Ducha. Wzruszające były to chwile, gdy w jedności mogliśmy spożywać ten sam Chleb i pić z jednego Kielicha (por. IV Modlitwa Eucharystyczna). Budząca się w neofitach wiara – powoli, ale skutecznie – nadała sens ich życiu. Wiara świeża, ale i delikatna.
Katechumenat to wspaniały czas, ale co dalej? „(…) Oszukiwalibyśmy siebie, jeśli wyobrażalibyśmy sobie późniejszą drogę wiary jako linearny proces czystego i zwyczajnego rozwoju. Od chwili, od której ta droga jest związana z naszym życiem wraz ze wszystkimi jego wzniesieniami i upadkami, zawsze i od nowa naszym udziałem jest możliwość regresu, który zobowiązuje do rozpoczynania na nowo” (Joseph Ratzinger). Ten etap jest etapem każdego z nas. Od niego nie da się uciec.
5 komentarzy
-
2011-02-03
beznicka
Re: Re: wiary uczy się przez całe życie
Ani to mój blog, ani wiem cokolwiek o poglądach Ojca Blogera na neowspólnoty, ani chciałabym... » -
2011-02-02
Moni
Re: wiary uczy się przez całe życie
To ja polecam "Neokatechumenat" -> bo nieprawdą jest, że my nie potrzebujemy na nowo usłyszeć o... » -
2011-02-02
Kasia (Sz)
poprawka
Pisząc, że nie bardzo chciałabym poczuć obecność Boga trochę się źle wyraziłam. Chciałabym ją... »














