Sed contra
Janusz Pyda OP
The Sounds of Silence
Muszę wywiązać się z zakładu, aby podjąć całą serię poważniejszych tematów, które na nas czekają. Została jeszcze jedna piosenka. Obiecałem – bodajże Fasoli - że będzie to The Sounds of Silence Simona i Garfunkela. No to zaczynamy. Proponuję wysłuchanie tej piosenki w najbardziej klasycznym i przaśnym wykonaniu, jakie znalazłem w sieci.
Piosenka została napisana i nagrana w lutym 1964 roku i - jak już pisałem - bezpośrednią inspiracją do jej powstania był zamach na życie prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Piosenkę napisał zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej Paul Simon i tego samego dnia, gdy skończył męczyć się z tekstem (bo z muzyką poszło mu i łatwiej i szybciej) pokazał utwór Garfunkelowi. To był jeden z tych nielicznych momentów w historii tego jakże kłótliwego duetu, gdy obaj panowie zgodzili się bez większych sporów, że piosenka jest OK i jak najbardziej do zaśpiewania. Po raz pierwszy zaśpiewali The Sounds of Silence w jednym z klubów Nowego Jorku. Chwile po tym nagrali singla (10 marca 1964) i umieścili piosenkę na swoim debiutanckim wspólnym albumie Wednesday Morning, 3 A.M. Ale ponieważ Simon był typem indywidualisty jeszcze wielokrotnie nagrywał i wykonywał The Sounds of Silence solo – po raz pierwszy w 1965 roku zamieścił ją na swoim solowym albumie The Poul Simon Songbook.
Tytuł piosenki oczywiście pachnie paradoksem – Odgłosy ciszy (dla czytelników z Krakowa – chodzi oczywiście o środek stylistyczny nazywany fachowo oksymoronem). W języku polskim brzmi to trochę kiczowato – przyznacie. Był kiedyś taki odcinek „Zmienników” Stanisława Barei, w którym ważnym wątkiem było poszukiwanie – o ile pomnę – zaginionej książki poczytnego pisarz Jana Oborniaka o cudownym tytule „Krzyk ciszy”. No to mniej więcej ten sam poziom literacki. Ale po angielsku jakoś ten tytuł się broni.
W każdym razie chodzi o coś ważnego, choć prostego. Bohaterami tej piosenki są oczywiście tysiące ludzie, którzy gadają ale w istocie nic nie mówią, ludzie, którzy słyszą, ale nie słuchają (People talking without speaking, people heating without listening) i nikt z nich nie odważy się przerwać tego stanu, który można nazwać właśnie odgłosami jakiejś strasznej ciszy, wcale nie tej pozytywnej, dobrej, głębokiej, nie tej, która łączy ludzi z Bogiem, ale tej która oddziela ludzi od siebie.
Jest coś na rzeczy. Ja mam taki osobisty i własny test przyjaźni. Otóż przyjaciel to ten, z kim można jechać w samochodzie i nic nie mówić i cieszyć się tą ciszą, która nie zamienia się w zawiesistą atmosferę czy krępujące milczenie. Im ludzie sobie bliżsi tym bardziej potrafią dobrze czuć się w swojej obecności niezależnie od słów. Jeśli potrzebujemy zagadać czyjąś obecność oznacza to ni mniej ni więcej jak tyle, że wciąż jeszcze się z tym człowiekiem dobrze nie rozumiemy. Tak sobie myślę, że na przykład Matka Boża tak mało mówi w Ewangelii, bo Ona najlepiej wie, co się święci i Ona najlepiej rozumie Boga, który właśnie działa.
Lubię tę piosenkę pod względem muzycznym, bo jest to jeden z tych utworów, które można scharakteryzować określeniem „minimum środków, maksimum przekazu”. Zwróćcie proszę uwagę na jedną rzecz - w zasadzie to tylko dwóch facetów i jedna gitara (a czasami tylko jeden facet – Simon) i mamy wrażenie, że w przestrzeń muzyczną, która została przez nich wytworzona nie da się szpilki wcisnąć. Gdyby dodać jeszcze jedną gitarę byłoby już za dużo. Ten nurt „minimum środków, maksimum wyrazu” jest dosyć silny w popkulturze amerykańskiej i ciągle żywotny. Niewątpliwie należą doń zarówno Buster Keaton czy Denzela Washingtona w filmie (który de facto zrobił bakalaureat z dramatu i dziennikarstwa na jezuickim uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku) jak i Robert Frost ze swoją poezją prościutką wydawałoby się i króciutką. Jeśli idzie o ten sposób gry aktorskiej to Amerykanie mają nawet takie specjalne określenie – deadpan expresion. Jak kiedyś napiszę coś o amerykańskich genialnych talkshow’ach, to jeszcze wrócimy do tego tematu.
Całkiem niedawno objawiła się nowa muzyczna gwiazda tego stylu – Jason Mraz, syn czeskich emigrantów. Wodzu, kiedyś na swoim blogu zamieścił piosenkę Mraza pt. I’m yours bo skojarzyło mu się, że wygląda i gra jak kompan Mraza, który pomaga mu czasami wystukać rytm. Być może - nie mnie orzekać w tej sprawie. A ja w nagrodę chciałem dziś pokazać inną piosenkę Mraza – jego pierwszy hit, utwór The Remedy, albo jak kto woli I won’t worry. Zwróćcie uwagę, że ta piosenka, która aż się wylewa z ekranu to też tylko jeden vocal i zaledwie dwie akustyczne gitarki – i zupełnie wystarczy. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze na dykcję Mraza. To jest coś nieprawdopodobnego jak ten chłopak panuje nad samogłoskami, spółgłoskami i akcentem śpiewając w tak zawrotnym tempie („r” w rzeczowniku „radio” robi wrażenie). A po drugie – już czysto techniczna sprawa – nagranie jest częścią takiego sławnego amerykańskiego programu Good Morning America stacji abc. Za oknami oczywiście widać nowojorski Times Square. Ale ja chciałem zwrócić uwagę na to jak to jest nakręcone. Goście za kamerami mieli jeszcze prawo się nie obudzić, jest przed dziewiątą rano, ale jednak się obudzili i nagranie jest zrobione tak, że w zasadzie można by bez większych problemów zrobić z tego teledysk. Genialna robota. Nie ma to jak amerykańska telewizja.
I na koniec dwie zagadki. Po pierwsze, jak się nazywa ten czarny jegomość, który często gra i śpiewa z Mrazem (akurat nie w tej piosence, ale w I’m yours Wodza już tak)? A po drugie co to za chłopaczek, który pojawia się na nagraniu Mraza w Good Morning America. Stoi sobie taki malutki, lekko uśmiechnięty pod ścianą i słucha. Ktoś wie kim on jest?
12 komentarzy
-
2010-03-11
Biedronka
Ja bym nie odrywała..ale scalała...czytam Simona i Garfunkela..hm..tak jakoś sobą.... ich wrażliwośc...
Ja bym nie odrywała..ale scalała...czytam Simona i Garfunkela..hm..tak jakoś sobą.... ich... » -
2010-03-11
Kasia (Sz)
If I Could Turn Back Time
Bardzo mi się podobał ten cykl. Czasem zwyczajne piosenki mają w sobie coś ponadczasowego, czego... » -
2010-03-07
jo.
No proszę...
nie wychodząc z domu ucieszyłam 2 osoby. Chwała Panu! »
A dziś piosenka ze specjalną dedykacją dla Staten Island. Ostrzegam serdecznie, że z zaproszenia na kawę zamieszczonego w komentarzu zamierzam skorzystać. Nie posiadam za grosz kultury i pozbyłem się dawno dobrego wychowania. W związku z tym nie rozróżniam pytań retorycznych od wymagających odpowiedzi i zaproszeń grzecznościowych od serdecznych. Innymi słowy mam nadzieję, że przed najbliższym wyjazdem do Polski uda mi się przypłynąć na Staten Island.
... więcej »W kontekście wiadomości, które docierają z Polski chciałbym powiedzieć, że gdyby nasz nowy Prowincjał, nie został wybrany naszym nowym Prowincjałem bez wątpienia zostałby amerykańskim prezydentem. Serio. To jest fenomen. Wszyscy tutaj kochają polskiego prowincjała. I wcale nie mówię tylko o braciach, ale też o świeckich. Tutaj na Midweście, który nowy Prowincjał będąc starym Prowincjałem zachciał był odwiedził, spokojnie można by założyć sztab wyborczy przed wyborami prezydenckimi.
... więcej »Z przyczyn czysto technicznych nie mogłem wczoraj zamieścić kolejnego tekstu. Starałem się robić wszystko, aby się wykręcić od mojej publicznej kary, ale się nie udało. Niestety mój hardware i software znów działają poprawnie i w ten oto sposób wracam do moich kajdan, dyb, czy też pracy niewolniczej. A dziś piosenka dla erudytów, czyli We Didn’t Start The Fire.
... więcej »Zróbmy sobie chwilę przerwy od słuchania piosenek związanych z konkretnymi miejscami w Ameryce. Pewnie do nich jeszcze wrócimy, bo nie da się przecież pominąć na tej „liście przebojów” najbardziej „ośpiewanego” miasta na świecie, jakim jest New York. Ale dziś przyszedł czas na trochę klasyki. Mam na myśli starą, dobrą i straszliwie angielską kapelę - The Rolling Stones oczywiście. Ale jeśli na tym blogu pojawia się coś angielskiego, to oczywiście musi być w amerykańskim opakowaniu. Proponuję zatem następujące wykonanie. (Jedna rada - proszę obejrzeć video do końca, aby móc się ucieszyć "klamrą kompozycyjną" :-))))
Tę piosenką, podobnie jak poprzednią, można zrozumieć w pełni dopiero wówczas, gdy rozumie się miejsce, które pojawia się w jej tle. Z Alabamy przenosimy się zatem na północ, choć pozostajemy na wschodzie Stanów Zjednoczonych – dokładnie na Wschodnim Wybrzeżu. No i jesteśmy w Pensylwani – stanie o zupełnie innej historii i tradycji, niż Alabama. W zasadzie można powiedzieć, że był to stan, który zapoczątkował formę rządów i ideę wolności religijnej tak charakterystyczną później dla Deklaracji Niepodległości czy Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Początkowo tylko Pensylwania i Maryland (zupełnie wówczas katolicki stan) uznawały jako prawo obywateli pełną wolność wyznania. Ale nie chodzi nam o cały stan.
... więcej »



















