Menu
 
Fotoreportaże
 
 

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter z informacjami o nowościach kliknij przycisk:
kontynuuj Kontynuuj

Rozmiar czcionki: A A A RSS

Sed contra
Janusz Pyda OP

05.03.2010 03:50

The Sounds of Silence

Muszę wywiązać się z zakładu, aby podjąć całą serię poważniejszych tematów, które na nas czekają. Została jeszcze jedna piosenka. Obiecałem – bodajże Fasoli - że będzie to The Sounds of Silence Simona i Garfunkela. No to zaczynamy. Proponuję wysłuchanie tej piosenki w najbardziej klasycznym i przaśnym wykonaniu, jakie znalazłem w sieci.


Piosenka została napisana i nagrana w lutym 1964 roku i - jak już pisałem - bezpośrednią inspiracją do jej powstania był zamach na życie prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Piosenkę napisał zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej Paul Simon i tego samego dnia, gdy skończył męczyć się z tekstem (bo z muzyką poszło mu i łatwiej i szybciej) pokazał utwór Garfunkelowi. To był jeden z tych nielicznych momentów w historii tego jakże kłótliwego duetu, gdy obaj panowie zgodzili się bez większych sporów, że piosenka jest OK i jak najbardziej do zaśpiewania. Po raz pierwszy zaśpiewali The Sounds of Silence w jednym z klubów Nowego Jorku. Chwile po tym nagrali singla (10 marca 1964) i umieścili piosenkę na swoim debiutanckim wspólnym albumie Wednesday Morning, 3 A.M. Ale ponieważ Simon był typem indywidualisty jeszcze wielokrotnie nagrywał i wykonywał The Sounds of Silence solo – po raz pierwszy w 1965 roku zamieścił ją na swoim solowym albumie The Poul Simon Songbook.


Tytuł piosenki oczywiście pachnie paradoksem – Odgłosy ciszy (dla czytelników z Krakowa – chodzi oczywiście o środek stylistyczny nazywany fachowo oksymoronem). W języku polskim brzmi to trochę kiczowato – przyznacie. Był kiedyś taki odcinek „Zmienników” Stanisława Barei, w którym ważnym wątkiem było poszukiwanie – o ile pomnę – zaginionej książki poczytnego pisarz Jana Oborniaka o cudownym tytule „Krzyk ciszy”. No to mniej więcej ten sam poziom literacki. Ale po angielsku jakoś ten tytuł się broni. 


W każdym razie chodzi o coś ważnego, choć prostego. Bohaterami tej piosenki są oczywiście tysiące ludzie, którzy gadają ale w istocie nic nie mówią, ludzie, którzy słyszą, ale nie słuchają (People talking without speaking, people heating without listening) i nikt z nich nie odważy się przerwać tego stanu, który można nazwać właśnie odgłosami jakiejś strasznej ciszy, wcale nie tej pozytywnej, dobrej, głębokiej, nie tej, która łączy ludzi z Bogiem, ale tej która oddziela ludzi od siebie. 


Jest coś na rzeczy. Ja mam taki osobisty i własny test przyjaźni. Otóż przyjaciel to ten, z kim można jechać w samochodzie i nic nie mówić i cieszyć się tą ciszą, która nie zamienia się w zawiesistą atmosferę czy krępujące milczenie. Im ludzie sobie bliżsi tym bardziej potrafią dobrze czuć się w swojej obecności niezależnie od słów. Jeśli potrzebujemy zagadać czyjąś obecność oznacza to ni mniej ni więcej jak tyle, że wciąż jeszcze się z tym człowiekiem dobrze nie rozumiemy. Tak sobie myślę, że na przykład Matka Boża tak mało mówi w Ewangelii, bo Ona najlepiej wie, co się święci i Ona najlepiej rozumie Boga, który właśnie działa. 


Lubię tę piosenkę pod względem muzycznym, bo jest to jeden z tych utworów, które można scharakteryzować określeniem „minimum środków, maksimum przekazu”. Zwróćcie proszę uwagę na jedną rzecz - w zasadzie to tylko dwóch facetów i jedna gitara (a czasami tylko jeden facet – Simon) i mamy wrażenie, że w przestrzeń muzyczną, która została przez nich wytworzona nie da się szpilki wcisnąć. Gdyby dodać jeszcze jedną gitarę byłoby już za dużo. Ten nurt „minimum środków, maksimum wyrazu” jest dosyć silny w popkulturze amerykańskiej i ciągle żywotny. Niewątpliwie należą doń zarówno Buster Keaton czy Denzela Washingtona w filmie (który de facto zrobił bakalaureat z dramatu i dziennikarstwa na jezuickim uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku) jak i Robert Frost ze swoją poezją prościutką wydawałoby się i króciutką. Jeśli idzie o ten sposób gry aktorskiej to Amerykanie mają nawet takie specjalne określenie – deadpan expresion. Jak kiedyś napiszę coś o amerykańskich genialnych talkshow’ach, to jeszcze wrócimy do tego tematu. 


Całkiem niedawno objawiła się nowa muzyczna gwiazda tego stylu – Jason Mraz, syn czeskich emigrantów. Wodzu, kiedyś na swoim blogu zamieścił piosenkę Mraza pt. I’m yours bo skojarzyło mu się, że wygląda i gra jak kompan Mraza, który pomaga mu czasami wystukać rytm. Być może - nie mnie orzekać w tej sprawie. A ja w nagrodę chciałem dziś pokazać inną piosenkę Mraza – jego pierwszy hit, utwór The Remedy, albo jak kto woli I won’t worry. Zwróćcie uwagę, że ta piosenka, która aż się wylewa z ekranu to też tylko jeden vocal i zaledwie dwie akustyczne gitarki – i zupełnie wystarczy. Proszę jeszcze zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze na dykcję Mraza. To jest coś nieprawdopodobnego jak ten chłopak panuje nad samogłoskami, spółgłoskami i akcentem śpiewając w tak zawrotnym tempie („r” w rzeczowniku „radio” robi wrażenie). A po drugie – już czysto techniczna sprawa – nagranie jest częścią takiego sławnego amerykańskiego programu Good Morning America stacji abc. Za oknami oczywiście widać nowojorski Times Square. Ale ja chciałem zwrócić uwagę na to jak to jest nakręcone. Goście za kamerami mieli jeszcze prawo się nie obudzić, jest przed dziewiątą rano, ale jednak się obudzili i nagranie jest zrobione tak, że w zasadzie można by bez większych problemów zrobić z tego teledysk. Genialna robota. Nie ma to jak amerykańska telewizja. 


I na koniec dwie zagadki. Po pierwsze, jak się nazywa ten czarny jegomość, który często gra i śpiewa z Mrazem (akurat nie w tej piosence, ale w I’m yours Wodza już tak)? A po drugie co to za chłopaczek, który pojawia się na nagraniu Mraza w Good Morning America. Stoi sobie taki malutki, lekko uśmiechnięty pod ścianą i słucha. Ktoś wie kim on jest?

Skomentuj Poleć znajomemu Drukuj







12 komentarzy

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8


15.11.2009 19:49 | O pobożności bogoojczyźnianej
Tak się składa, że tuż przed 11 listopada, czyli Świętem Niepodległości w Polsce (a Dniem Weterana w Stanach Zjednoczonych) miałem okazję obejrzeć tu, w Nowej Anglii przedstawienie polskiego, ba, poznańskiego w rzeczy samej, Teatru Ósmego Dnia. Teatr ów wystawił w Yale Repertory Theatre w ramach programu World Performance Project at Yale sztukę pt. Piołun (albo po angielsku Wormwood). Przyznaję, że sztuka bardzo mi się podobała, poza tym co mi się nie podobało, a o czym za chwilę.

... więcej »

02.11.2009 17:41 | O lenistwie na początek i snobizmie na koniec
Lenistwo bywa błogosławieństwem. Zdarza się przecież, że to właśnie z lenistwa nie robimy rzeczy, których nie powinniśmy robić ze znacznie bardziej ważkich racji, które jednak mniej są przekonujące dla naszej woli, niż nasze lenistwo. Ja osobiście mam wrażenie, że byłbym jeszcze większym grzesznikiem, niż jestem, gdybym był odrobinę mniej leniwy. Rzecz jasna nie mam tu na myśli tego lenistwa z siedmiu grzechów głównych,. Tam chodzi o acedię – ten wielki duchowy dół, z którego trudno wyjść do jakiegokolwiek działania. Ja, mówiąc o lenistwie, mam na myśli proste: „nie chce mi się i już”. Acedia zawsze powoduje objaw nic-nie-robienia, ale nie każde nic-nie–robienie jest acedią. Bywa również odpoczynkiem, który w naszej wierze ma wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję. Nie bez powodu życzymy naszym zmarłym „wiecznego odpoczywania”. Ale mniejsza o to. Tzn. nie mniejsza o to, bo pozostaje do rozważenia ważka kwestia relacji pomiędzy odpoczynkiem a lenistwem. Czy każdy odpoczynek bez pracy jest lenistwem czy nie? Oj, mam nadzieję, że nie. Trochę żartuję, proszę się nie przejmować. ... więcej »

24.10.2009 19:07 | Góra w kraju Czejenów

Natknąłem się wczoraj na bardzo piękną historię. Pochodzi z lat osiemdziesiątych XIX wieku i została opowiedziana przez Starego Wilka, Wielkiego Wodza Czejenów, plemienia zamieszkującego tereny dzisiejszej Montany (Ten siedzący mężczyzna na zdjęciu poniżej to właśnie Stary Wilk). Czejenowie byli już wówczas plemieniem doświadczonym przez los. Nie tak dawno temu razem z Dakotami odnieśli wspaniałe zwycięstwo nad wojskami Gen. Custera, w bitwie nad rzeką Little Big Horn. Ale zaraz potem białych ogarnęła panika i w pościg za czerwonoskórymi wojownikami z nad Little Big Horn ruszyły wojska Gen. George’a Cooka w słynnym Marszu Końskiego Mięsa (The Horsemeat March). Od tego momentu Indianie mieli raczej trudną sytuację. Główny, zwycięski indiański wódz z nad Little Big Horn skończył występując w rewii Buffalo Billa, a w roku 1890 został zabity we własnym rezerwacie przez indiańskich policjantów. Podobnie tragiczny los spotykał w tym czasie wielu Dakotów i Czejenów. Historia jest mniej więcej z tego czasu.

... więcej »

17.10.2009 20:21 | Polański, seks i zmiana świata
Spędzając sobotnie przedpołudnie w pralni miałem sporo czasu, aby przejrzeć gazety z ostatniego tygodnia. Było o gazociągu północnym, pogrzebie (a w zasadzie uroczystości pożegnalnej) zamordowanej studentki Yale, kanonizacji Zygmunta Szczęsnego Felińskiego (serio, na 15 stronie The Wall Street Journal), skandalu związanym z pewnym franciszkaninem, proboszczem, który przez wiele lat układał sobie szczęśliwe życie rodzinne i kapłańskie aż do momentu, gdy okazało się, że chyba jednak tego się nie da ułożyć (na pierwszej stronie wczorajszego The New York Times’a). Ale najbardziej zaciekawił mnie artykuł dotyczący sprawy Romana Polańskiego. Pod tekstem podpisał się Michael Cieply, artykuł był zatytułowany „In Polanski Case ‘70s Culture Collides With Changed World”, a wydrukował go w ostatnią niedzielę The New York Times. Bardzo mnie zaciekawiło w czym spór kultury lat siedemdziesiątych i dzisiejszego, innego już rzeczywiście świata miałby się niby przejawić w sprawie Romana Polańskiego. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że autor artykułu dostrzegł coś ważnego, ale sądzę, że spokojnie można pójść jeszcze dalej w tym sposobie myślenia, które Cieply zaprezentował. ... więcej »

12.10.2009 00:11 | Szantaż pochwalny
Tak się składa, że bardzo lubię prezydenta Baraka Obamę. W niczym się z nim nie zgadzam i uważam za politycznego szkodnika, ale wzbudza we mnie najszczerszą sympatię. Wydaje mi się, jest to jedna z najzabawniejszych form relacji do drugiego człowieka. Istnieją cztery kombinacje relacji, przy uwzględnieniu tych dwóch czynników: sympatii i zgodności myślenia. ... więcej »

1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8


Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP

"Biała wstążka" »
07.03.2010

Psim swędem
Wojciech Jędrzejewski OP

Żarliwa troska »
06.03.2010

Sed contra
Janusz Pyda OP

The Sounds of Silence »
05.03.2010

Betoniarka
Mateusz Przanowski OP

Istnieje dusza, bo istnieje Tomasz Zimoch »
03.03.2010


 
Zmarł najstarszy polski dominikanin o. Joachim Badeni [WIDEO]
Dziś w nocy zmarł w Krakowie najstarszy polski dom... »
 
komentarzy: 16
ocena:
Fuga mundi
Współczesny człowiek – zdaje się, jak nigdy ... »
 
komentarzy: 5
ocena:
Na księżyc, czy do Wieliczki?
Wydaje mi się, że moja kadencja trochę nas urealni... »
 
komentarzy: 5
ocena: