Sed contra
Janusz Pyda OP
Prezenty
Tak sobie pomyślałem, że należałoby kiedyś – a dzień świętego Mikołaja jest ku temu okazją dobrą, jak mało która – uporządkować całą tę sprawę z prezentami. Uporządkować to znaczy dokonać klasyfikacji – ustalić kategorie, typy, rodzaje.
Zacząłem zatem porządkować.

Wypisałem sobie kilka kategorii prezentów, które nie są zbiorami pustymi – wszak sam widziałem w swoim życiu ich elementy (czyli podarki, które do danej kategorii zaliczone być mogą). Jeśli ktoś zna jeszcze jakąś inną kategorię, niż te wymienione – proszę dopisać. Lista pełniejsza będzie oczywiście lepsza.
Pozostaje oczywiście pytanie po co takiej klasyfikacji i porządkowania w ogóle się podejmować. Po nic oczywiście. Dlatego jest to takie przyjemne.
MAGNIFICAT, muz. Dawid Kusz OP | "Witaj Maryjo"
Prezent naprawczy
Ktoś, kto się spóźnia dostaje zegarek, a ten, kto robi błędy – słownik ortograficzny. Prezent naprawczy to typ prezentu, który budzi uczucia ambiwalentne u obdarowanego, podobnie jak i obdarowującego. U obdarowanego, bo kto by się nie cieszył z zegarka, a jednocześnie przykro jest się dowiedzieć, że wada spóźnialstwa jest tak bardzo dostrzegalna, dotkliwa i przykra dla innych, że postanowili zaradzić jej w taki sposób. Ale prezent typu naprawczego może również wzbudzać mieszane uczucia u dającego. Powoduje bowiem – przynajmniej u wrażliwców – dziwne pomieszanie radości dawania z satysfakcją napominania, życzliwości i złośliwości, sprawiania obdarowywanemu przyjemności i przykrości zarazem. W prezentach naprawczych jest coś nienormalnego.
Niestety, w związku z tego typu prezentami zdarzają się bardzo skomplikowane sytuacje. Wyobraźmy sobie, że ktoś komu wszyscy ciosają kołki na głowie z powodu spóźnialstwa dostaje zegarek od zupełnie nieświadomego sytuacji przyjaciela. Katastrofa gotowa. Obdarowany czuje się upomniany, a obdarowujący widząc to niechybnie traci wszelką radość dawania nie mając nic a nic z radości napominania. To jeden z najbardziej przykrych wypadków prezentowych.
Prezent przypominający
Jest pewną wersją prezentu naprawczego, ale jednak zachowuje autonomię. Prezentem przypominającym jest na przykład nowa wiertarka, którą żona kupuje na urodziny mężowi, kiedy wcześniej przez pół roku dopominała się, żeby zainstalował w ścianie kilka kołków do powieszenia nowej półki na książki. Prezent napominający różni się tym, od naprawczego, że dotyczy zwykle bardziej szczegółowej sprawy – nie wady charakteru, ale jakiegoś niewykonanego działania. Jest też zdecydowanie bardziej manipulatorski. Zawsze można powiedzieć: „Kochanie, czy aby ta wiertarka, którą ci ostatnio dałam w prezencie na pewno działa? Może źle wybrałam? A może wcale się nie cieszysz? W ogóle z niej nie korzystasz, nic nie wiercisz, nic nie wkręcasz? Tylko powiedz, to wymienię ją na golarkę albo coś”. Prezent przypominający jest znacznie mniej przykry, niż naprawczy. Trudno, trzeba za niego zapłacić (powiesić tę półkę), ale jednak obiektywnie cieszy, a poza tym nie odnosi się do jakiejś naszej wady w ogólności, a jedynie do zwykłego, jednostkowego zaniedbania.
Prezent dla mnie i dla ciebie (czyli strategia win-win)
Istnieje kategoria „prezentu dla mnie i dla ciebie”. W tym wypadku mąż kupuje żonie na urodziny grilla – bo urodziny ma akurat na wiosnę i będzie to świetną okazją, żeby spędzić wspólnie czas na świeżym powietrzy. A jej zawsze tak zależy na tych wspólnych posiłkach i zawsze mówiła, że lubi gotować. Troszczy się, żebyśmy całą rodziną przebywali na świeżym powietrzu (ciągle nas ciąga na te niedzielne spacery w tych fatalnych niedzielnych, beżowych, wyprasowanych ubraniach, do tych fatalnych niedzielnych miejsc, gdzie spożywszy niedzielny rosół z makaronem domowej roboty i kotlet w panierce, wedle starego przepisu „mamy” przechadzają się wszyscy nasi znajomi i ci, którzy – zdaniem żony – powinni być już dawno naszymi znajomymi, ale cięgle nie wiedzieć czemu nie są). Dam jej zatem to, co pozwoli jej robić to, co lubi i do tego tak, jak ja lubię. Czyli nie żadne tam dziewczyńskie warzywka na parze (ten fatalny komplet garnków parowych dostała oczywiście od swojej mamusi, która tak bardzo przejmuje się tymi kilkoma kilogramami więcej swojego zięcia – koszmar, nie baba), ale karczek, boczuś i warzywek tyle, co do szaszłyczka.
Prezent dla mnie i dla ciebie może być ok, ale zazwyczaj jest rodzajem zemsty, odwetu, dania niby komuś tego, co wedle własnych jego słów powinno go ucieszyć, a co tak naprawdę pokaże mu jak bardzo unieszczęśliwiające jest to, czego wydaje mu (albo jej) się, że pragnie.
Prezent niby dla ciebie, ale dla mnie
To jeszcze inna kategoria prezentu, która pozwala przejąć przez ofiarodawcę prezent darowany ofiarobiorcy. Wiem, na przykład, że mój współmałżonek nie przepada za piosenkami Jacka Kaczmarskiego. A ja owszem, tak. On zaś nigdy jasno nie wyartykułował swojej niechęci (po prostu nie nalega, żeby po raz setny odtwarzać „Co się stało z naszą klasą”), więc kupię mu całą kolekcję Kaczmarskiego, że niby chcę się podzielić tym, co sama lubię, żeby podzielić się radością, wprowadzić go w świat tego, co sama mnie cieszy. Trzeba będzie tylko wytrzymać ten wymuszony uśmiech i konsternację przy otwieraniu. A później rzuci gdzieś cały płytowy boxik w kąt, a ja się nim zajmę.
Tego typu prezentów nie można dawać zbyt często, ale raz na jakiś czas mogą dać wielką radość – dającemu.
Prezent szufladkujący
Prezent taki oznacza zwykle, że kojarzymy danego człowieka z jednym upodobaniem, do którego niegdyś nieopatrznie się przyznał i teraz wszystkie nasze prezenty będą bazowały na tym właśnie ułamku wiedzy. Ktoś przyznał się na na przykład publicznie (albo po prostu dał po sobie poznać), że jest smakoszem herbaty. Informacja ta została zarejestrowana przez myślących jednotorowo „mikołajów” i biedak ma przechlapane. Na urodziny jeden gatunek herbaty, na imieniny - parzydełko, na Mikołaja – czajniczek porcelanowy, na Boże Narodzenie – świeczuszka do podgrzewania czajniczka, na rocznicę dyplomu – drugi gatunek herbaty. I tak bez końca.
Problem z tego typu prezentem polega na tym, że obdarowujący myśli: „Jak ja go dobrze znam. Nie kupuję prezentów na odczepnego – dobieram je starannie pod kątem tego, co lubi”. A obdarowywany myśli sobie: „Rany, jak on/ona nic o mnie nie wie. Widzi we mnie tylko amatora herbaty. A ja właśnie przed pół rokiem odkryłem piwo”.
Jest oczywiście jeszcze kilka dodatkowych kategorii, ale już mi się nie chce pisać. Są jeszcze kategorie prezentów fantastycznych, trafionych, płynących z serca, przynoszących radość darującemu i obdarowywanemu. Ale to już temat na inną klasyfikację. W każdym razie myślę sobie, że nie jest łatwo być św. Mikołajem.
« powrót
8 komentarzy
-
2012-01-02
Lyca
"Prezent uzupełniający"
Komuś się coś zepsuło, zagubiło lub zużyło, a my o tym wiemy i nie zawahamy się tej wiedzy... » -
2011-12-18
runforestrun
sed contra
Aaaa To teraz wiem (po ostatnim wykładzie w Kolegium) dlaczego Ojciec tak sobie blog zatytułował... » -
2011-12-11
Kasia Sz.
Piękny jest ten "Magnificat". ...
Piękny jest ten "Magnificat". »
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w jedną stronę, mnie bardziej podoba się spacer w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale tym razem mam ochotę pójść dokładnie w tym kierunku, w którym idzie większość – w kierunku radykalnego sprzeciwu wobec ACTA.
... więcej »Dzięki pomysłowi i życzliwości o. Cypriana Klahsa OP miałem możliwość opublikowania Listów starego anioła do młodego. Ukazało się ich dwadzieścia. Zawsze chciałem dokończyć pracę i napisać jeszcze jedenaście i Toast. Powód był tylko taki, że C.S. Lewis napisał 31 listów starego diabła do młodego. Niezwykle życzliwe, niespodziewanie liczne i przychodzące wszelkiego rodzaju pocztą reakcje czytelników na publikację pierwszych dwudziestu listów anielskich napełniły mnie nadzieją, że jest jakiś sens w pisaniu kolejnych jedenastu. Napisałem zatem, a ten poniższy jest pierwszym z nowej serii.
... więcej »Serdecznie polecam świetny wywiad z o. Jackiem Salijem OP. Mam wrażenie, że jest to głos na puszczy - zwłaszcza w środowisku dominikańskim. Ale również dlatego warto wsłuchać się szczególnie uważnie.
... więcej »Bardzo mi się ostatnio spodobała koncepcja open-source. W informatyce - bo informatyk wytłumaczył mi na czym to wszystko polega - open source jest tworzeniem darmowego oprogramowania, które później może być wykorzystywane, ale i rozwijane przez kolejnych użytkowników. Z wielu powodów idea ta bardzo przypadła mi do gustu. Ale teraz nie o tym. Nie programuję i raczej już nie będę tego robił, więc włączenie się w ideę open-source na płaszczyźnie informatyki jest dla mnie niemożliwe. Niemniej jednak zaświtał mi pomysł, że idea owa może pomóc w uratowaniu pewnego projektu, którego sam nie mogę już zrealizować. Chodzi o napisanie serii dwunastu opowiadań. Napisałem trzy, mam koncepcję całości i chętnie ją odstąpię temu, kto będzie chciał zrobić z niej użytek. Postaram się wszystko teraz wyjaśnić.
... więcej »Czytając numer miesięcznika „W drodze” poświęcony samotności nie mogłem wyrzucić z pamięci postaci niezapomnianego, tak straszliwie przez los doświadczonego, wyniesionego i upadłego człowieka a genialnego muzyka - Adriana Leverkühna.
... więcej »
















