Sed contra
Janusz Pyda OP
Ad vocem, cz. I
Dyskusja dotycząca ostatniego wpisu trochę mnie oszołomiła – w jak najbardziej pozytywnym sensie. Jeszcze o tym napiszę, ale muszę sobie sam najpierw w głowie wypunktować dlaczego, tak się stało. Jak da się zauważyć, bez punktów myśleć nie potrafię. Póki co, chciałbym odnieść się do niektórych zarzutów i kilku spostrzeżeń, jakie pojawiły się w komentarzach. Ponieważ jest ich sporo, a nie mogłem reagować na bieżąco, przez najbliższy tydzień będę zmuszony pisać dosyć często. Dziś odcinek pierwszy.
A) Pani Małgorzata Wałejko pyta:
1. Przypowieść o Miłosiernym (i niesprawiedliwym) Ojcu, nagradzajacym(!) syna, który BARDZO narozrabiał, i tylko, po prostu, PRZYSZEDŁ Z POWROTEM. Proszę by Ojciec ją zinterpretował w kluczu Boga, który karze grzesznika.
Cóż, myślę, że już w tym pytaniu kryje się tendencja, z którą zupełnie mi nie po drodze. Otóż, ja właśnie nie lubię interpretować Pisma Świętego w jakimś „kluczu”. Raczej wydaje mi się, że to Pismo Święte jest kluczem do interpretacji życia. Nie zamierzam interpretować przypowieści o synu marnotrawnym „w kluczu Boga, który karze grzesznika”, bo ta przypowieść nie mówi o karaniu grzesznika, ale o miłosierdziu Bożym. Ta historia ilustruje Boże miłosierdzie, a np. historia o bogaczu i Łazarzu Bożą sprawiedliwość i karę. Są w Piśmie Świętym ilustracje Bożego miłosierdzia, są ilustracje Bożego gniewu, Bożej kary i pomsty, Bożej cierpliwości i łagodności. Ja po prostu uważam, że one opisują i pokazują różne oblicza Boga Jedynego. Bóg jest miłością, a Jego miłość objawia się zarówno w miłosierdziu jak i karaniu czy karceniu, cierpliwości i pomście, sprawiedliwości i łaskawości. Rozumiem, że dla ludzkiego rozumu czy doświadczenia trudne jest pogodzenie paradoksalnych oblicz Bożej miłości, ale wydaje mi się, że właśnie tam, gdzie napotykamy paradoks, napotykamy Tajemnicę Prawdziwego Boga, a nie nasze myślenie projektujące. I jeszcze jedna sprawa. Z mojego doświadczenia wynika, że „przyjście z powrotem” nie jest znowu takie „po prostu”. To raczej dosyć skomplikowany proces, de facto we wspomnianej przypowieści rewelacyjnie opisany.
2. Zmasakrowany Chrystus na krzyżu - dla naszego zbawienia, kochający nie za dobre uczynki, ale pomimo i braku zasług, i poważnych win - a tę darmową miłość przyjmuje każdy, kto otwiera serce i pozwoli się pokochać. Do dziś myślałam, że Jezus wziął na siebie grzech i pozwolił by wyniszczył Jego zamiast mnie.
Wydaje mi się, że dobrze Pani myślała, a ja nie zamierzam z tym myśleniem polemizować. Nie wiem dlaczego to stwierdzenie ma być zarzutem do mojego tekstu. Ale ponieważ zarzut nie jest sformułowany wprost, to pozwoli Pani, że również odpowiedź będzie nie wprost. Otóż, codziennie kiedy uobecniam w ofierze Mszy Świętej to, o czym Pani piszę – mękę i śmierć naszego Pana na krzyżu – odmawiam (wtedy, kiedy wierni śpiewają bądź recytują Baranku Boży) taką modlitwę (która nie jest wynikiem prywatnej pobożności, ale jest przypisana przez Mszał):
Panie Jezu Chryste, nich przyjęcie Ciała i Krwi Twojej nie ściągnie na mnie wyroku potępienia, ale dzięki Twojemu miłosierdziu niech mnie chroni oraz skutecznie leczy moją duszę i ciało.
Widzi Pani, to nie jest takie proste. Zbawcza ofiara Chrystusa jest źródłem miłosierdzia i krynicą zbawienia, ale jednak możemy jej nie przyjąć, albo przyjąć niegodnie i wówczas „ściągamy na siebie wyrok potępienia”. Wiem, że brzmi to twardo i jest mało kolorowe, ale tak jest i dotyczy w ogóle podejścia do łaski w naszym życiu. Dar jest niewątpliwy, ale nasz sposób przyjęcia decyduje, czy będzie to dar miłosierdzia czyli lekarstwa dla duszy i ciała, czy też pierwszy krok, do wyjścia na zewnątrz, tam gdzie jest noc. Dotyczy to oczywiście nie tylko Eucharystii ale i w ogóle wszelkiej łaski w życiu człowieka. Paweł ostrzega, aby nie przyjmować na darmo łaski Bożej, ale „z bojaźnią i drżeniem” zabiegać o własne zbawienie. Wydaje mi się, że właśnie wielkość zbawczego daru zwiększa również winę, gdy go odrzucamy. A przecież– nie daj Boże – możemy go odrzucić.
Do odpowiedzi na inne pytania Pani Małgorzaty jeszcze będę wracał, ale teraz kilka innych spraw, które pojawiły się w komentarzach.
B) Dominikańskie kazania i inne kazania
Co najmniej dwoje komentatorów przyznało, że przychodzi do dominikańskich kościołów, bo tutaj właśnie nikt nie straszy i słyszy się o Bożym miłosierdziu. Generalnie to bardzo dobrze, ale szczerze powiedziawszy ja nie jestem specjalnym fanem naszego obecnego kaznodziejstwa. Mam czasami wrażenie, że zostawiamy trudne tematy księżom, niech oni mówią o piekle, karze, gniewie, aborcji, antykoncepcji i eutanazji, a my naszym słuchaczom nie będziemy w niedzielny dzień psuć humoru i wejdziemy na kurs kaznodziejski znacznie mniej kolizyjny. Pomijamy wszelkie rzeczywiście trudne tematy. I co najgorsze – za to często ludzie nas chwalą i cenią, że od nas pewnych rzeczy nie usłyszą. Nie twierdzę, że inni księża nie grzeszą złym i nieumiejętnym mówieniem o trudnych tematach. Twierdzę, że my dominikanie grzeszymy niepodejmowaniem ich w ogóle. Być może inni grzeszą grubiaństwem, brakiem delikatności, niewiedzą i czym tam jeszcze, ale myślę, że my często grzeszymy tchórzostwem. A bycie tchórzem dla każdego mężczyzny jest grzechem kompromitującym, a już dla kaznodziei, czyli następcy proroków i apostołów, grzechem ciężkim niepomiernie. O trudnych tematach można mówić a) dobrze b) źle c) w ogóle. Mam wrażenie, że większość księży wybrała opcję b) a większość dominikanów opcję c). Czasami myślę, że gdyby nas, dominikanów Pan Bóg teraz sądził za nasze kaznodziejstwo, to usłyszelibyśmy słowa jak z Księgi Jeremiasza:
Podleczają rany córki mojego narodu pobieżnie,
Mówiąc: „Pokój, pokój”, a tymczasem nie ma pokoju.
Wstydzić się powinni, że popełniali obrzydliwość;
Odrzucili jednak wszelki wstyd
I nie potrafią się rumienić.
Dlatego upadną wśród tych, którzy padać będą,
Runą w czasie, gdy ich nawiedzę – mówi Pan.
Ale też wydaje mi się, że wielu zwykłych księży, którzy poruszają trudne tematy wcale nie robi tego z wielkiej radości, ale raczej chętnie poskarżyłoby się by się jak sam Jeremiasz:
Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść;
ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.
Stałem się codziennym pośmiewiskiem,
Wszyscy mi urągają.
Albowiem ilekroć mam zabierać głos,
Muszę obwieszczać:
„Gwałt i ruina!”
Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie
Codzienną zniewagą i pośmiewiskiem.
I powiedziałem sobie: Nie będę już go wspominał
ani mówił w Jego imię.
Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień,
Nurtujący w moim ciele.
Czyniłem wysiłki, by go stłumić,
Lecz nie potrafiłem.
Módlcie się za swoich księży i bardzo ich szanujcie, nawet jeśli mówią nieumiejętnie, albo mówią rzeczy trudne. Nie wiadomo, które kaznodziejstwo ostoi się przed Panem Bogiem i które jest lepsze. Być może jest tak, że my mówimy Wam dokładnie to, co chcielibyście usłyszeć, a Wy dlatego nas lubicie i cenicie? Nie macie wrażenia, że my się czasami po prostu podlizujemy naszym słuchaczom? Jeśli tak jest, to lepiej dokonać dwustronnego szybkiego nawrócenia. W każdym razie fakt faktem, ludzie nas dominikanów chwalą i lubią (co gorsza kontrastując z innymi księżmi), a w Piśmie Świętym prawdziwych proroków zwykle specjalnie nie lubili i nie cenili. Za to tych nie do końca prawdziwych lubili.
C) Czy Pan Jezus się śmiał?
W którymś z komentarzy zostało wspomniane, że Pan Jezus nie śmieje się w Ewangelii, bo i z czego miałby się śmiać, skoro świat taki zły. Wybaczcie, ale ten temat jest dla mnie frapujący. Od jakiegoś czasu czytam Ewangelię pod kątem przyglądania się uczuciom Pana Jezusa i wydaje mi się, że znalazłem kilka fragmentów, kiedy Pan Jezus dusi w sobie śmiech. Na przykład ten moment, kiedy każe Piotrowi iść, wyciągnąć rybę, wyjąć z jej pyszczka monetę i uiścić stosowne opłaty. Po co to wszystko? Żadna alegoreza mnie nie przekonuje, mam wrażenie, że Pan Jezus w tym momencie trochę sobie żartuje. Ale w tym temacie jest taki piękny, nieomal mistyczny fragment u Chestertona:
Radość, która dla pogan stanowiła rzecz niewielką i jawną, jest największą tajemnicą chrześcijaństwa(…). Otwieram raz jeszcze niewielką książeczkę, z której chrześcijaństwo wzięło swój początek. I znów napełnia mnie przeczucie, że oto znalazłem potwierdzenie moich myśli. Ogromna postać wypełniająca Ewangelię przewyższa w tym względzie, jak i w każdym innym, wszystkich myślicieli, którzy kiedykolwiek uważali się za wielkich. Jego patos był naturalny, niby zdawkowy. Zarówno starożytni, jak i współcześni stoicy byli dumni z ukrywania łez. On zaś nigdy nie ukrywał łez; pozwalał im pojawiać się na odsłoniętej twarzy z powodu różnych codziennych zdarzeń, na przykład widoku rodzinnego miasta. A jednak i On coś ukrywał. Uroczyści nadludzie i imperialni dyplomaci są dumni z tego, że potrafią ukryć gniew. On zaś nigdy nie ukrywał gniewu. Zrzucał stoły z frontowych schodów świątyni i pytał ludzi, jak mogą uniknąć potępienia w piekle. Ale przecież coś ukrywał. Z całym szacunkiem muszę powiedzieć, że w tej wstrząsającej Osobowości dostrzegam cechę, którą trzeba nazwać nieśmiałością. Było coś, co skrywał przed wszystkimi, gdy szedł na górę się modlić. Było coś, co ukrywał, nagle milknąc, lub pospiesznie odchodząc. Bóg chodząc po ziemi, nie mógł nam okazać tego, co całkowicie nas przerastało; czasami podejrzewam, że tym czymś był Jego śmiech.
« powrót
58 komentarzy
-
2009-07-11
m.u.
Do o. Janusza: dzieci w kościele
Chwileczkę. Może i wina rodziców, ale nie wyłącznie. Dowód: KOściół na Służewie, jedenastka. Czy... » -
2009-07-11
Kasia
Słyszałam u dominikanów też kazania, w których poruszane były trudne tematy. W kazaniach o aborcji p...
Słyszałam u dominikanów też kazania, w których poruszane były trudne tematy. W kazaniach o... » -
2009-07-11
bea
szerokiej drogi :)
...a może raczej dobrej drogi, bo wiemy dokąd prowadzi ta „szeroka”… ;) Zatem... »
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w jedną stronę, mnie bardziej podoba się spacer w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale tym razem mam ochotę pójść dokładnie w tym kierunku, w którym idzie większość – w kierunku radykalnego sprzeciwu wobec ACTA.
... więcej »Tak sobie pomyślałem, że należałoby kiedyś – a dzień świętego Mikołaja jest ku temu okazją dobrą, jak mało która – uporządkować całą tę sprawę z prezentami. Uporządkować to znaczy dokonać klasyfikacji – ustalić kategorie, typy, rodzaje.
Zacząłem zatem porządkować.
Dzięki pomysłowi i życzliwości o. Cypriana Klahsa OP miałem możliwość opublikowania Listów starego anioła do młodego. Ukazało się ich dwadzieścia. Zawsze chciałem dokończyć pracę i napisać jeszcze jedenaście i Toast. Powód był tylko taki, że C.S. Lewis napisał 31 listów starego diabła do młodego. Niezwykle życzliwe, niespodziewanie liczne i przychodzące wszelkiego rodzaju pocztą reakcje czytelników na publikację pierwszych dwudziestu listów anielskich napełniły mnie nadzieją, że jest jakiś sens w pisaniu kolejnych jedenastu. Napisałem zatem, a ten poniższy jest pierwszym z nowej serii.
... więcej »Serdecznie polecam świetny wywiad z o. Jackiem Salijem OP. Mam wrażenie, że jest to głos na puszczy - zwłaszcza w środowisku dominikańskim. Ale również dlatego warto wsłuchać się szczególnie uważnie.
... więcej »Bardzo mi się ostatnio spodobała koncepcja open-source. W informatyce - bo informatyk wytłumaczył mi na czym to wszystko polega - open source jest tworzeniem darmowego oprogramowania, które później może być wykorzystywane, ale i rozwijane przez kolejnych użytkowników. Z wielu powodów idea ta bardzo przypadła mi do gustu. Ale teraz nie o tym. Nie programuję i raczej już nie będę tego robił, więc włączenie się w ideę open-source na płaszczyźnie informatyki jest dla mnie niemożliwe. Niemniej jednak zaświtał mi pomysł, że idea owa może pomóc w uratowaniu pewnego projektu, którego sam nie mogę już zrealizować. Chodzi o napisanie serii dwunastu opowiadań. Napisałem trzy, mam koncepcję całości i chętnie ją odstąpię temu, kto będzie chciał zrobić z niej użytek. Postaram się wszystko teraz wyjaśnić.
... więcej »
















