Menu
 
Fotoreportaże
 
 

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter z informacjami o nowościach kliknij przycisk:
kontynuuj Kontynuuj

Rozmiar czcionki: A A A RSS

Sed contra
Janusz Pyda OP

15.11.2009 19:49

O pobożności bogoojczyźnianej

Tak się składa, że tuż przed 11 listopada, czyli Świętem Niepodległości w Polsce (a Dniem Weterana w Stanach Zjednoczonych) miałem okazję obejrzeć tu, w Nowej Anglii przedstawienie polskiego, ba, poznańskiego w rzeczy samej, Teatru Ósmego Dnia. Teatr ów wystawił w Yale Repertory Theatre w ramach programu World Performance Project at Yale sztukę pt. Piołun (albo po angielsku Wormwood). Przyznaję, że sztuka bardzo mi się podobała, poza tym co mi się nie podobało, a o czym za chwilę.


Teatr Ósmego Dnia to ponoć bardzo sławny w Polsce teatr. Ja oczywiście nigdy w życiu się z nim nie zetknąłem, ale cóż poradzić, jak się człowiek kocha w amerykańskich filmach i poza takim kinem lubi teatry w starym stylu (no wiecie, takie ze scenografią i wydzieloną sceną, i z kostiumami, gdzie aktorzy nie rzucają się na mnie w mani interakcji widz-aktor i nie szwendają mi się za plecami, aby stworzyć wrażenie, że moje życie też jest częścią sztuki) to nie jest łatwo znaleźć się w obrębie oddziaływania teatru tak elitarnego.

Poza tym zawsze mam pewien dyskomfort w oglądaniu przedstawień teatrów alternatywnych, bo nie wiem, czy czasem reżyserem nie jest jakaś ciemna, diaboliczna w moim przekonaniu postać w stylu Grotowskiego, która wysysa życie z aktorów, a później zostawia z samobójczymi myślami w głowach. A tak a propos, rok 2009 jest rokiem Grotowskiego i myślę, że w ramach uczczenia tego wielkiego sekciarza nasz Ośrodek Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych powinien urządzić jakąś konferencję o Grotowskim i Teatrze Laboratorium. Albo gdyby się znalazł ktoś odważny i napisach magisterkę pt.: „Mechanizmy psychomanipulacji i oddziaływania jednostki manicznej na przykładzie działalności Jerzego Grotowskiego i Teatru Laboratorium". Oczywiście nikt tego nie zrobi, bo Grotowski jest cesarzem, którego szaty obecnie wszyscy podziwiają. Chociaż to może jest złe określenie. Pewnie był wielkim reżyserem, ale był też wielkim manipulatorem.


W każdym razie wszedłem sobie na stronę WWW Teatru Ósmego Dnia i zobaczyłem, co artyści sami o sobie piszą. Otóż, piszą tak: „Nasz program jest prosty: być nieufnym wobec wszystkiego tego, co w nas i tego, co poza nami i budzić tę nieufność w innych”. Też mi wielka sprawa. Znacznie trudniej jest manię prześladowczą i nerwicę leczyć, niż wywoływać, ale co tam. Jedynym uzasadnieniem wpędzania się w duchową nerwicę nieufności może być to „budzenie nieufności w innych” i przyglądanie się jak się z tym męczą. Troszkę to perwersyjna przyjemność, ale nie ma co wybrzydzać. Perwersyjna nie perwersyjna, ważne, że wysokiego lotu, prawdziwie intelektualna i pachnąca sztuką na odległość. Myślę, że teatr o takim programie nie tylko w Poznaniu, ale nawet i w samym Krakowie mógłby się odnaleźć.

Ale to jeszcze nie koniec „Manifestu” Teatru Ósmego Dnia. Dalej jest jeszcze lepiej: „Dla grupy naszej najważniejsze są sprawy te, które odczuwają wszyscy powszechnie. (…) Przez ich siłę i społeczną wagę stają się one bodźcami do tworzenia drogą zbiorowych inscenizacji zdarzeń teatralnych, które rozbudowane i skomponowane w przedstawienie, uzyskują ów walor prowokacyjnego pytania i osobistej wypowiedzi. Poprzez naruszenie tabu, dają możliwość, szansę wywołania szoku u widza, przeżycia tego, co rodzi się, gdy stajemy twarzą w twarz z ukrytą prawdą”. Cóż, ja powiem tylko, że biorąc pod uwagę fakt, iż z wyboru, charakteru i przekonań jestem kompletnym i skończonym wieśniakiem, mam prawo uważać, że zadaniem teatru jest granie sztuk, nie zaś publicystyka. 

Ale nic to, wróćmy do przedstawienia. Podobało mi się bardzo – mówię całkiem poważnie. Przedstawienie zupełnie nie zgadzało się z deklaracjami zawartymi w „Manifeście”, który znalazłem na stronie WWW. Ukazywało życie w Polsce stanu wojennego i rzeczywiście robiło wrażenie na widzu. Spektakl był złożony z sekwencji scen, które odnosiły się zarówno do konkretnych, realnych sytuacji polskiego życia tamtej dekady, jak i do bardzo charakterystycznych cech czy też zachowań Polaków. 


Pierwsza na przykład scena przedstawiała pasażerów pociągu stojących i stłoczonych, powtarzających wciąż jak mantrę tak dobrze znane nam z PKP hasło: „Nie wychylać się”. Scena jest świetna – trochę w niej przedrzeźniania rzeczywistości codziennej z komunistycznych czasów i trochę ogólnej prawdy o naszej największej wadzie narodowej – umiłowaniu szarości, ściąganiu na ziemię tych wszystkich, którzy w czymkolwiek się wyróżniają, zazdrości, zawiści. Fakt, że nie potrafimy grać zespołowo, jest przecież właśnie tym podyktowany. Gra zespołowa w istocie jest grą „na lidera” a my nienawidzimy liderów. Oczywiście jeśli ktoś już się przebił przez naszą szarą zazdrość to go wielbimy i grzejemy się w jego blasku, ale póki jeszcze możemy mu szkodzić, to robimy to solidnie i niewątpliwie nie będziemy inwestować w niczyj rozwój czy talent.
I takich scen, dobrze zagranych była rzeka w przedstawieniu „Piołun”. Przez niemal godzinę czułem się jakbym „skakał po telewizyjnych kanałach” zatrzymując się tylko po to, aby obejrzeć po jednej scenie z każdego filmu. Każdy zaś film opowiadałby o tym samym. Godzina wściekłej gonitwy myśli, aby nadążyć za tymi mini-scenami. Oczywiście mnie się to nie udało i zrozumiałem z całego przedstawienia pewnie jedynie połowę. Ale nie spodobały mi się trzy rzeczy.

Po pierwsze, to że spektakl balansujący rzeczywiście między stylistyką koszmarno-absurdalnego snu a faktografią nie przedstawił ani jednej sceny wzniosłej. Cóż, co by nie powiedzieć, to jednak było trochę heroizmu, bohaterstwa i przede wszystkim dużo wytrzymałości w narodzie, który przetrwał stan wojenny. 

  

Dlaczego mamy taką przyjemność w dostrzeganiu tego, co tragiczne i absurdalne, a wstydzimy się dostrzegać i eksponować to, co w naszej historii wzniosłe, bohaterskie, niekiedy święte? Na płaszczyźnie sztuki oczywiście. No, ale może się czepiam. Nie można mieć pretensji do wróbla, że nie jest orłem i do spektaklu „Piołun”, że nie jest …. No właśnie, nie mogę sobie przypomnieć niczego, co mogłoby być członem tej analogii. Czy powstała choćby jedna sztuka teatralna, która głęboko i solidnie przedstawia realną tajemnicę wielkości osób i sytuacji ostatniego półwiecza historii Polski? Czy wysoka sztuka musi mieć zawsze ciemną tonację? 

Druga rzecz, która mi się nie spodobała wydarzyła się już po spektaklu, kiedy miała miejsce rozmowa z aktorami. Otóż pani Ewa Wójciak mówiąc o historii przedstawienia przyznała, że co prawda spektakl początkowo wystawiany był po prostu w kościele, ale to dlatego, że Kościół był wówczas bardziej tolerancyjny. Ciekawa teoria. Nie sądzę, aby dziś Kościół był tak nietolerancyjny, że odrzuciłby spektakl „Piołun”. Raczej jest tak, że artyści spokojnie mogą dziś odrzucać Kościół, bo nie jest już im potrzebny jako przestrzeń wolności twórczej. Tylko, że wychodzi na to, że to artyści są nietolerancyjni wobec Kościoła, a nie Kościół wobec artystów. W każdym razie było coś przykrego w podkreślaniu przez aktorów faktu, że jak tylko się dało, dali nogę z kościelnych scen, bo tony patryjotyczno - religijnych pieśni, które tam rozbrzmiewały, to jednak nie były tony ich pieśni. No może i nie, ale było w tych deklaracjach coś z nieeleganckiej niewdzięczności, coś ze wstydu, którym niekiedy dzieci wstydzą się rodziców, którym dużo zawdzięczają.



Ale jeszcze jedna rzecz mi się nie podobała. W podobnej absurdalno – tragikomicznej stylizacji była przedstawiona religijność tamtego czasu. Później, po przedstawieniu, artyści wyjaśniali amerykańskiej widowni, że to był taki czas, że z jednej strony wszyscy czekali na cud boski, a z drugiej stali w kolejkach po mięso i cóż, cała religijność wpisywała się w kontekst absurdalności tego czasu.
Co prawda nie podobało mi się takie potraktowanie tego temat, ale jestem wdzięczny Teatrowi Ósmego dnia, bo dzięki ich „prowokacji” musiałem przemyśleć odpowiedź na pytanie: „Dlaczego jestem tak wielkim fanem pobożności bogoojczyźnianej”. 


Otóż, istnieją ku temu zasadniczo trzy główne powody i dwa poboczne:


1) Pobożność bogoojczyźniana jest przedłużeniem wielkiej biblijnej tradycji dostrzegania działania Bożego, działania Opatrzności w konkretnych wydarzeniach, konkretnej historii, konkretnego narodu. Nasz cud nad Wisłą, obrona Jasnej Góry, Lech Wałęsa z Matką Boską w klapie, interreks Wyszyński, Sobieski pod Wiedniem – my rzeczywiście potrafimy patrzeć na naszą historię przez pryzmat naszej wiary w Bożą Opatrzność. I to jest kapitalne. Jak zaś dowiedli nasi dziadkowie pod Grunwaldem pobożność bogoojczyźniana da się pogodzić nawet z pewnego rodzaju wojującym antyklerykalizmem.


2) Pobożność bogoojczyźniana jest najlepszym lekarstwem na duchowy kwietyzm, duchowe samolubstwo, duchową stylizację i tym podobne rzeczy. Sobą - również w sensie duchowym - zajmujemy się dzięki wrodzonemu nam, przydatnemu niekiedy egocentryzmowi. Naszymi najbliższymi (rodziną i przyjaciółmi) zajmujemy się dzięki wrodzonym nam uczuciom wspierającym takie inicjatywy – mamy tu cały wachlarz wspierających uczuć – od sympatii poprzez miłość aż do błogosławionego poczucia winy i lęku przed samotnością. Ale zająć się kimś innym albo zrobić coś dla kogoś innego, kogo mamy obligująco i konkretnie blisko, a na kim nam emocjonalnie nie zależy – to jest coś. Dawniej nazywało się to pracą nad dobrem wspólnym. Złości mnie znamienna rysa dzisiejszego katolicyzmu młodych ludzi – wszyscy chcą mieć jakieś swoje wspólnoty a prawie wszyscy jak jeden mąż z podejrzliwością patrzą na pobożność podkreślającą wagę wspólnoty narodowej. Chodzi oczywiście o to, że my nie szukamy realnych wspólnot tylko klubów. Uprawiamy duchowy clubbing, co jest wyjątkowo niską praktyką. I przed tym pobożność bogoojczyźniana bardzo chroni. Jak ktoś chce sprawdzić jak z tą jego potrzebą wspólnoty rzeczywiście jest niech najpierw się spyta, kiedy ostatnio modlił się za naszych żołnierzy w Iraku albo po prostu za nasz kraj i naród. Nie twierdzę, że każdy kto szuka dla siebie kameralnej wspólnoty duszpasterskiej robi to ze słabych pobudek. Twierdzę, że wielu tak robi.


3) Pobożność bogoojczyźniana jest doskonałym antidotum na idiotyczny interpretację zasady rozdziału instytucji Kościoła od instytucji państwa. Co chwila jacyś błyskotliwi publicyści czy to katoliccy czy antykatoliccy eksploatują tę zasadę jakby była zasadą rozdziału nie instytucji od instytucji, ale wiary od życia, katolików od niekatolików, społeczności wierzących od społeczności niewierzących i tak dalej. Ze słusznej zasady rozdziału instytucji robimy zasadę dzielącą nas samych. Głupia interpretacja, ale powszechna jak nie wiem co.


4) Pobożność bogoojczyźniana chroni przed snobizmem. Aby na przykład zrównoważyć te wszystkie pościelowo-pastelowe kanony z Taize, albo też z naszej, dominikańskiej „Niepojętej Trójcy” proszę sobie od czasu do czasu zaśpiewać autentyczną pieśń bogoojczyźnianą: „Z dawna Polski tyś Królową”, albo „Boże coś Polskę”. Jak komuś przez gardło nie przejdzie, znaczy, coś jest nie tak


5) Pobożność bogoojczyźniana przywraca nam narodową dumę. Z jednej strony widzimy wielkie dzieła Boże w naszej historii, jesteśmy dumni, że zrobiliśmy to, co zrobiliśmy, a z drugiej strony wiemy, że gdyby nad Wisłą nie zdarzył się cud, to nasze męstwo nie wystarczyłoby na tę komunistyczną hołotę, która wybrała się do nas z większą wycieczką.


Szczerze wszystkim polecam praktykowanie pobożności bogoojczyźnianej.
W Krakowskim klasztorze jest taki zupełnie spontaniczny w swej genezie zwyczaj, że zbieramy się (tzn. zbieraliśmy się) w okolicach 11 listopada, aby śpiewać wspólnie różne patriotyczne pieśni. Wspólne śpiewanie Roty, Warszawianki, Kaczmarskiego, „Pałacyka Michla” to było coś. Bardzo mi tego brakuje szczerze powiedziawszy. Mam nadzieję, że nieformalna wieczornica z okazji 11 listopada odbyła się w krakowskim klasztorze również w tym roku. Jeśli zaś Dominikański Ośrodek Liturgiczny nagra kiedyś płytę z pieśniami bogoojczyźnianymi będę świętował hucznie. 





« powrót
Skomentuj Poleć znajomemu Drukuj



Zapamiętaj mnie na tym komputerze


Aby dodawać komentarz, musisz się zalogować.
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

Właściciel serwisu dominikanie.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Internautów na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do usuwania treści zabronionych prawnie, obraźliwych, nie związanych z tematem lub naruszających zasady współżycia społecznego.

75 komentarzy

  • 2009-11-25
    Migdal

    Re: Re: Die Gedanken sind frei
    Czy Jezus miał zły dzień..? Myślę, że On takich nie miał i nie ma. Natomiast, jeśli ktoś zrobiłby... »
  • 2009-11-23
    Kasia (Sz)

    :-)
    Sądzę:). Dziękuję za cytat. Bardzo lubię te wszystkie uzdrawiające historie nawet jeśli ktoś... »
  • 2009-11-23
    angelos

    Re: lingwistycznie
    Lepsza Biblia podkreślona niż nie używana, nie sądzisz? A jak nazwać to, co nazwać trudno? Może... »
 
1 | 2 | 3 | 4 | 5


26.01.2012 09:52 | ACTA

Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w jedną stronę, mnie bardziej podoba się spacer w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale tym razem mam ochotę pójść dokładnie w tym kierunku, w którym idzie większość – w kierunku radykalnego sprzeciwu wobec ACTA.

... więcej »

05.12.2011 23:10 | Prezenty

Tak sobie pomyślałem, że należałoby kiedyś – a dzień świętego Mikołaja jest ku temu okazją dobrą, jak mało która – uporządkować całą tę sprawę z prezentami. Uporządkować to znaczy dokonać klasyfikacji – ustalić kategorie, typy, rodzaje.
Zacząłem zatem porządkować.

... więcej »

14.02.2011 02:39 | List anioła na Walentynki

Dzięki pomysłowi i życzliwości o. Cypriana Klahsa OP miałem możliwość opublikowania Listów starego anioła do młodego. Ukazało się ich dwadzieścia. Zawsze chciałem dokończyć pracę i napisać jeszcze jedenaście i Toast. Powód był tylko taki, że C.S. Lewis napisał 31 listów starego diabła do młodego. Niezwykle życzliwe, niespodziewanie liczne i przychodzące wszelkiego rodzaju pocztą reakcje czytelników na publikację pierwszych dwudziestu listów anielskich napełniły mnie nadzieją, że jest jakiś sens w pisaniu kolejnych jedenastu. Napisałem zatem, a ten poniższy jest pierwszym z nowej serii.

... więcej »

03.02.2011 15:48 | O krytykowaniu Kościoła

Serdecznie polecam świetny wywiad z o. Jackiem Salijem OP. Mam wrażenie, że jest to głos na puszczy - zwłaszcza w środowisku dominikańskim. Ale również dlatego warto wsłuchać się szczególnie uważnie.

... więcej »

17.01.2011 19:28 | Oddam pomysł w dobre ręce

Bardzo mi się ostatnio spodobała koncepcja open-source. W informatyce - bo informatyk wytłumaczył mi na czym to wszystko polega - open source jest tworzeniem darmowego oprogramowania, które później może być wykorzystywane, ale i rozwijane przez kolejnych użytkowników. Z wielu powodów idea ta bardzo przypadła mi do gustu. Ale teraz nie o tym. Nie programuję i raczej już nie będę tego robił, więc włączenie się w ideę open-source na płaszczyźnie informatyki jest dla mnie niemożliwe. Niemniej jednak zaświtał mi pomysł, że idea owa może pomóc w uratowaniu pewnego projektu, którego sam nie mogę już zrealizować. Chodzi o napisanie serii dwunastu opowiadań. Napisałem trzy, mam koncepcję całości i chętnie ją odstąpię temu, kto będzie chciał zrobić z niej użytek. Postaram się wszystko teraz wyjaśnić.

... więcej »

1 | 2 | 3 | 4 | 5


Blok wschodni
Wojciech Surówka OP

Ofiarowanie »
08.02.2012

Strefa Wodza
Tomasz Nowak OP

Matka Boża z Kibeho »
07.02.2012

„Abandon”
Małgorzata Wałejko

Może tylko pragnienie »
05.02.2012


 
Zmarł o. Melchior Łopiński OP
W szpitalu w Otwocku zmarł dzisiaj o. Melchior Łop... »
 
ACTA
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w j... »
 
komentarzy: 10
ocena:
Na chłopski rozum rzecz biorąc
Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykując... »
 
komentarzy: 11