Sed contra
Janusz Pyda OP
Streets of Philadelphia
Tę piosenką, podobnie jak poprzednią, można zrozumieć w pełni dopiero wówczas, gdy rozumie się miejsce, które pojawia się w jej tle. Z Alabamy przenosimy się zatem na północ, choć pozostajemy na wschodzie Stanów Zjednoczonych – dokładnie na Wschodnim Wybrzeżu. No i jesteśmy w Pensylwani – stanie o zupełnie innej historii i tradycji, niż Alabama. W zasadzie można powiedzieć, że był to stan, który zapoczątkował formę rządów i ideę wolności religijnej tak charakterystyczną później dla Deklaracji Niepodległości czy Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Początkowo tylko Pensylwania i Maryland (zupełnie wówczas katolicki stan) uznawały jako prawo obywateli pełną wolność wyznania. Ale nie chodzi nam o cały stan.
W Pensylwanii jest bardzo duże miasto, które nazywa się Filadelfia. Jest to miasto szczególne, o czym mówi już sama jego nazwa – „Filadelfia” czyli miasto braterstwa, miłości braterskiej, albo miłości bliźniego jak kto woli (Φιλαδέλφεια). A jeszcze do tego Filadelfia jest miastem, gdzie uchwalono Deklarację Niepodległości. W mieście, które kiedyś było drugim po Londynie w Brytyjskiej Koronie zebrali się chłopaki i za radą trzech największych rozrabiaków: Thomasa Jeffersona, Johna Adamsa (oj, jest też w polskiej telewizji genialny serial o tym prezydencie) i Benjamina Franklina zmajstrowali dokument, który później podpisało jeszcze trochę ludzi i który streszczając mówił tyle, że nie są już częścią Korony, że z powodów braku komunikacji nie są się w stanie porozumieć się z Wyspą, że bardzo dziękują, ale od tej pory to oni sami się sobą zajmą i sami się o siebie zatroszczą. W Deklaracji Niepodległości znalazły się również takie słowa:
No i właśnie po ulicach tej Filadelfii przechadza się Bruce Springsteen i śpiewa piosenkę, którą napisał do filmu Jonathana Demme z 1993 roku a zatytułowanego właśnie „Filadelfia”. Film został oparty na prawdziwej historii prawnika Geoffrey’a Bowersa (Tom Hanks), którego wylano z prawniczej firmy Baker & McKenzie - bo zachorował na AIDS, a do tego był gejem. I to wszystko stało się w mieście „braterskiej miłości”. Nie przepadam za tym filmem i jednocześnie go lubię. Nie przepadam, bo co by nie powiedzieć jest dosyć wyraźną pro gejowską propagandą. Ale lubię go, bo przypomina o bardzo ważnej wartości jaką jest ludzkie braterstwo. Otóż, cierpiący na AIDS i wywalony z roboty prawnik zaczyna szukać kogoś, kto mu pomoże bronić swojej sprawy przed sądem. Ale nie znajduje. Wszyscy mu odmawiają. W pewnej chwili decyduje się go bronić pewien drugoligowy, czarny, absolutnie heteroseksualny prawnik, który do tego jest przerażony kontaktem z kimś chorym na AIDS i zdecydowanie nie lubi gejów (Denzel Washington).
Cóż, wydaje mi się, że ten film mówi o ludzkim i chrześcijańskim braterstwie, bo ono na tym właśnie polega. Niezależnie od wszystkiego trzeba pomóc choremu człowiekowi. Nawet jeśli jego choroba jest wynikiem jego własnego grzechu i jest karą za złe życie to trzeba człowiekowi pomóc karę tę „odbyć”. Czasami musimy oddalić się od grzesznika, kiedy wiemy, że jego grzech może wciągnąć nas samych, a na pewno nie jesteśmy w stanie pomóc. Ale kiedy grzesznik cierpi konsekwencję swojego grzechu, ponosi za niego odpowiedzialność, powinniśmy być przy nim i starać się pomóc jak tylko się da. Poza tym jest taki piękny rycerski zwyczaj, że prawdziwy bohater zawsze staje w obronie tych, których nikt nie chce bronić.
No i jeszcze to, że zawsze lepiej jest się znaleźć po stronie słabszego, niż silniejszego. W tym filmie piękne jest jeszcze to, że opisuje bardzo częstą prawidłowość. Człowiek ze szczytów sukcesu, rozchwytywany prawnik, kiedy znajduje się na dnie może liczyć wyłącznie na pomoc kogoś zupełnie „nie z jego bajki”, drobnego, czarnego prawniczyny od równie drobnych spraw. Głosy dotychczasowych przyjaciół znikają i odchodzą, jak śpiewa Springsteen.
Dlaczego lubię piosenkę Springsteena?
Po pierwsze za jej tekst. To jest genialny opis człowieka samotnego i pogrążonego w depresji. Ktoś taki zaczyna się włóczyć po ulicach – bez celu i zazwyczaj długo. Po co? Bo chodzenie daje poczucie, że zmierza się w jakimś celu, kierunku, a człowiek pogrążony w depresji właśnie takiego celu nie ma i chce choćby symulować sam dla siebie, że ma jakiś powód chodzenia, jakiś cel spaceru, cokolwiek przed sobą do osiągnięcia. Chodzenie po ulicach, to także wyjście do ludzi, którzy jednocześnie są, ale „nie są groźni” – nie będą niczego chcieli, o nic pytali, o niczym przypominali. Takie włóczenie się jest jednocześnie próbą ucieczki przed samotnością i ucieczki przed realnym kontaktem z ludźmi. Człowiek w depresji potrafi w ten sposób jednocześnie uciekać od ludzi i się do nich garnąć. Włóczyć można się po ulicach, sklepach z ciuchami, kościołach, księgarniach, stronach internetowych, kanałach telewizyjnych. Byle tylko oglądać wszystko za bezpieczną szybą. To właśnie dlatego na teledysku do tej piosenki oglądamy mnóstwo różnych ludzi, ale jakby z okna samochodu. Springsteen żali się, że nie rozpoznaje sam siebie i że ubrania przestają na niego pasować – pewnie tak, bo pamięta siebie z życia przed chorobą, a stare ubrania rzeczywiście przestają pasować, bo człowiek w chorobie przecież się zmienia też fizycznie. I nie chodzi tylko o AIDS, ale właśnie o głęboką chorobę duszy, smutek serca, który może być wywołany w różny sposób, także fizycznym cierpieniem, bliskością śmierci, ale przede wszystkim samotnością. Springsteen ciągle zwraca się do brata, który może go przyjąć, zgarnąć z ulicy, spełnić rolę anioła, brata, który nie pozwoli mu zmarnieć na ulicy.
Lubię też bardzo ten teledysk, bo jest dokładnie dopasowany do treści. Jest trochę dokumentalny, trochę fabularny. A tak ze szczegółów - ten dźwięk przejeżdżającego policyjnego motoru tuż przed słowami: „Ain’t no angel gonna greet me” jest rewelacyjny.
Lubię wreszcie sposób, w jaki Springsteen śpiewa tę piosenkę – też jest doskonale dopasowany do treści. On w zasadzie mruczy coś pod nosem. Nie chce mu się już gadać i żalić, nie chce mu się „wykrzykiwać” swoich problemów, ale wie, że musi poprosić o pomoc, a po to musi coś o sobie opowiedzieć. Więc tak sobie mruczy pod nosem.
« powrót
11 komentarzy
-
2010-01-28
michal
propaganda gejowska
Ojciec sobie przeczy: "Nie przepadam za tym filmem, a jednocześnie go lubię". Nie lubi go Ojciec,... » -
2010-01-27
Kasia
Nie zgadzam się z tym, że Bóg karze chorobą za grzechy. To my sami oddzielamy się od Boga grzesząc. ...
Nie zgadzam się z tym, że Bóg karze chorobą za grzechy. To my sami oddzielamy się od Boga... » -
2010-01-27
Kasia (Sz)
jeszcze wyłowiłam takie coś
Bardzo mi się podoba ten fragment o włóczeniu się i to zdanie ----->"Takie włóczenie się jest... »
Cóż, koniec tego słodkiego intelektualnego lenistwa i słuchania sobie pioseneczek, kiedy wojna najprawdziwsza wisi w powietrzu – najprawdziwsza, choć ideowa. Cóż, mamy przed sobą kilka tematów, które musimy rozważyć trochę bardziej szczegółowo, a które pojawiły się zupełnie dla mnie niespodziewanie po opublikowaniu na www.dominikanie.pl artykułu z miesięcznika „W drodze” zatytułowanego „Gdy sumienie się waha”. Nigdy nie napisałem nic w tym celu, aby wzbudzić spory czy dyskusje. Niemniej jednak czasami wiem, że z tego co piszę będę się musiał gęsto tłumaczyć. Ale tym razem byłem rzeczywiście zaskoczony dyskusją, która się wywiązała. Dziś pierwszy jej wątek. Problem jest prosty i został w komentarzach postawiony mniej więcej w następujący sposób. Jedna z czytelniczek napisała:
... więcej »Muszę wywiązać się z zakładu, aby podjąć całą serię poważniejszych tematów, które na nas czekają. Została jeszcze jedna piosenka. Obiecałem – bodajże Fasoli - że będzie to The Sounds of Silence Simona i Garfunkela. No to zaczynamy. Proponuję wysłuchanie tej piosenki w najbardziej klasycznym i przaśnym wykonaniu, jakie znalazłem w sieci.
... więcej »A dziś piosenka ze specjalną dedykacją dla Staten Island. Ostrzegam serdecznie, że z zaproszenia na kawę zamieszczonego w komentarzu zamierzam skorzystać. Nie posiadam za grosz kultury i pozbyłem się dawno dobrego wychowania. W związku z tym nie rozróżniam pytań retorycznych od wymagających odpowiedzi i zaproszeń grzecznościowych od serdecznych. Innymi słowy mam nadzieję, że przed najbliższym wyjazdem do Polski uda mi się przypłynąć na Staten Island.
... więcej »W kontekście wiadomości, które docierają z Polski chciałbym powiedzieć, że gdyby nasz nowy Prowincjał, nie został wybrany naszym nowym Prowincjałem bez wątpienia zostałby amerykańskim prezydentem. Serio. To jest fenomen. Wszyscy tutaj kochają polskiego prowincjała. I wcale nie mówię tylko o braciach, ale też o świeckich. Tutaj na Midweście, który nowy Prowincjał będąc starym Prowincjałem zachciał był odwiedził, spokojnie można by założyć sztab wyborczy przed wyborami prezydenckimi.
... więcej »Z przyczyn czysto technicznych nie mogłem wczoraj zamieścić kolejnego tekstu. Starałem się robić wszystko, aby się wykręcić od mojej publicznej kary, ale się nie udało. Niestety mój hardware i software znów działają poprawnie i w ten oto sposób wracam do moich kajdan, dyb, czy też pracy niewolniczej. A dziś piosenka dla erudytów, czyli We Didn’t Start The Fire.
... więcej »















