Sed contra
Janusz Pyda OP
We Didn't Start The Fire
Z przyczyn czysto technicznych nie mogłem wczoraj zamieścić kolejnego tekstu. Starałem się robić wszystko, aby się wykręcić od mojej publicznej kary, ale się nie udało. Niestety mój hardware i software znów działają poprawnie i w ten oto sposób wracam do moich kajdan, dyb, czy też pracy niewolniczej. A dziś piosenka dla erudytów, czyli We Didn’t Start The Fire.
To jedyna piosenka, jaką znam, która ma tak dużo słów i tak mało zdań. W zasadzie poza refrenem wszystko, co słyszymy to jednak wielka wyliczanka postaci, miejsc i wydarzeń (podobno udało się w całej piosence zmieścić 119 spraw – można policzyć). Joel nagrał We Didn’t Start The Fire w roku 1989 i umieścił na albumie zatytułowanym Storm Front.
Idea piosenki jest mniej więcej taka. Czterdziestolatek urodzony w 1949 roku wylicza ważne wydarzenia, które miały miejsce za jego życia – od 1949 do 1989 roku. Innymi słowy, typowy Baby Boomer (przedstawiciel pokolenia, które urodziło się na fali zakończenia wojny, kilka lat po roku 1945) wykręca się w imieniu całego swojego pokolenia, od odpowiedzialności za to, co dzieje się na świecie – czyli od tej całej szalonej historii, która kryje się za wyliczanymi wydarzeniami. Mniej więcej o to chodzi Joelowi, kiedy śpiewa, że we didn’t start the fire. To nie nasza wina (nasza, czyli „Baby Boomerów”), że na świecie dzieje się to co, się dzieje. W zasadzie zawsze tak było, nihil novi sub sole.
Co lubię w tej piosence?
Po pierwsze rytm słów. Zgadzam się, to jest wyliczanka, ale przyznajcie, że słowa dobrane są w taki sposób (dosyć specyficzny sposób „rymowania”), że w języku angielskim „trzymają się siebie” bardzo dobrze, a w połączeniu z muzyką płyną niezwykle sprawnie. Proszę mi wierzyć, nie jest łatwo ułożyć taką listę – wymaga to genialnego słuchu poetyckiego i muzycznego. (Próbowałem w języku polskim – poddałem się po jednej zwrotce, która była tragiczna). Piosenka jest rodzajem czegoś, co amerykanie nazywają patter song - bardzo rytmiczny rodzaj piosenki, w którym właśnie rytmicznie muszą być doskonale zgrane zarówno słowa jak i muzyka, bo zarówno słowa jak i muzyka wyznaczają ów rytm. Jest to forma bardzo często eksploatowana w musicalach, ale znam tylko kilka mistrzowsko zrobionych patter songs. Bardzo trudna forma. Joelowi udało się świetnie.
Po drugie, lubię ów strumień świadomości, który wypływa z głowy Joela. Szczerze powiedziawszy, kiedy przyjechałem do USA i zastanawiałem się jak mniej więcej rozejrzeć się w najnowszej kulturze i historii tego społeczeństwa i byłem przerażony ilością książek, które zaczęły piętrzyć się na moim biurku, wówczas właśnie wpadłem na pomysł, żeby zacząć trochę lżej. Potraktowałem piosenkę Joela jako spis treści. Zacząłem od pierwszego nazwiska na liście „We Didn’t Start The Fire” – Trumana i tak, metodą linków zacząłem zagrzebywać się coraz dalej. Skończyłem na czymś, co nazywa się „Cola Wars”. Dużo się po drodze dowiedziałem. Na przykład nie miałem pojęcia, że w kontekście amerykańskim sprawa „birth control” miała tak ciekawy przebieg. Nie wiedziałem na przykład, że stan w którym mieszkam (Connecticut) został pozwany w 1965 roku za prawo, które zakazywało antykoncepcji hormonalnej (sprawa Griswold przeciw Connecticut). Wbrew pozorom sprawa nie jest aż tak bardzo nie na czasie. My od czasu do czasu mamy w Polsce debatę o refundacji środków antykoncepcyjnych z publicznych pieniędzy – polecam serdecznie wszystkim zaangażowanym w ten spór przejrzenie argumentacji z procesu w USA w 1965. Oczywiście, piosenka nie przywołuje wyłącznie historii USA, ale sam wybór takich a nie innych wydarzeń, coś mówi.
Piosenka Joela jest próbą spojrzenia na historię nie przez pryzmat jedynie bitew, wojen i wielkiej polityki ale i czegoś, co można by nazwać kulturą materialną i popkulturą. Myślę, że w medialnym świecie nie da się już pisać w książkach do historii jedynie o Trumanie i pominąć roli Coca Coli. Niestety (co za wstyd) takie drobiazgi i głupoty bardziej obecnie rządzą naszym światem, niż wielkie bitwy (których de facto nie może być, bo my prowadzimy jedynie misje pokojowe, żadnych wojen).
Lubię też tę piosenkę za teledysk. On również jest utkany ze szczegółów. Wszystko jest w nim ważne, każdy szczegół pokazuje jak wielkie zmiany, cywilizacyjny ogień wkraczają niepostrzeżenie, zupełnie poza ludzką świadomością w realizację „amerykańskiego snu”, prywatne życie jakiejś z pozoru spokojnej rodziny.
Lubię tę piosenkę i teledysk, bo jest zagadką. Lubię sprawdzać, czy i ile wiem o tych wydarzeniach, o których śpiewa Joel. Często jest przecież tak, że jesteśmy kompletnie nieświadomymi uczestnikami wydarzeń, które miały miejsca dopiero co. Czasami znamy brzmienie słów, ale zupełnie nie wiemy co się za nimi kryje. Każdy słyszał o Watergate, ale kto tak uczciwie potrafi powiedzieć, o co w tym wszystkich chodziło? A inwazja w Zatoce Świń, a kim był Santayana? Tą piosenką można się dobrze bawić i to zarówno słuchając jej tekstu, jak i oglądając teledysk. Serdecznie wszystkim taka zabawę polecam. Jedna wielka miło podana zagadka. Tylko trzeba znaleźć w sieci słowa - ale z tym nie ma problemu. Wystarczy wpisać w google.
A z bieżących wydarzeń, o czym wszyscy w Polsce już pewnie wiedzą, (bo Wyborcza i Rzeczpospolita podały tę informację dzień wcześniej w internetowych serwisach, niż The Wall Street Journal w papierowym wydaniu) w środę zmarł J.D. Salinger – ten, od „Buszującego w zbożu”. Ciekawe co znajdą w jego sekretnej szufladzie i czy będzie można to opublikować.
Na Midweście jest piątek, godzina 3:06 pm.
« powrót
6 komentarzy
-
2010-02-06
Aga
The History Behind Billy Joel's Song
http://www.teacheroz.com/fire.htm do poczytania - co kryje się za wyliczanką ;) » -
2010-01-31
Kasia (Sz)
pepsi cola
Ma Ojciec rację. Nie da się pisać o Trumanie pomijając Coca Colę. Mnie nawet hasło reklamujące... » -
2010-01-31
nikoghos
Po piąte
bo to świetny rockandrollowy kawałek. Faktycznie trudno jest ułożyć taki tekst, trzeba myśleć... »
Cóż, koniec tego słodkiego intelektualnego lenistwa i słuchania sobie pioseneczek, kiedy wojna najprawdziwsza wisi w powietrzu – najprawdziwsza, choć ideowa. Cóż, mamy przed sobą kilka tematów, które musimy rozważyć trochę bardziej szczegółowo, a które pojawiły się zupełnie dla mnie niespodziewanie po opublikowaniu na www.dominikanie.pl artykułu z miesięcznika „W drodze” zatytułowanego „Gdy sumienie się waha”. Nigdy nie napisałem nic w tym celu, aby wzbudzić spory czy dyskusje. Niemniej jednak czasami wiem, że z tego co piszę będę się musiał gęsto tłumaczyć. Ale tym razem byłem rzeczywiście zaskoczony dyskusją, która się wywiązała. Dziś pierwszy jej wątek. Problem jest prosty i został w komentarzach postawiony mniej więcej w następujący sposób. Jedna z czytelniczek napisała:
... więcej »Muszę wywiązać się z zakładu, aby podjąć całą serię poważniejszych tematów, które na nas czekają. Została jeszcze jedna piosenka. Obiecałem – bodajże Fasoli - że będzie to The Sounds of Silence Simona i Garfunkela. No to zaczynamy. Proponuję wysłuchanie tej piosenki w najbardziej klasycznym i przaśnym wykonaniu, jakie znalazłem w sieci.
... więcej »A dziś piosenka ze specjalną dedykacją dla Staten Island. Ostrzegam serdecznie, że z zaproszenia na kawę zamieszczonego w komentarzu zamierzam skorzystać. Nie posiadam za grosz kultury i pozbyłem się dawno dobrego wychowania. W związku z tym nie rozróżniam pytań retorycznych od wymagających odpowiedzi i zaproszeń grzecznościowych od serdecznych. Innymi słowy mam nadzieję, że przed najbliższym wyjazdem do Polski uda mi się przypłynąć na Staten Island.
... więcej »W kontekście wiadomości, które docierają z Polski chciałbym powiedzieć, że gdyby nasz nowy Prowincjał, nie został wybrany naszym nowym Prowincjałem bez wątpienia zostałby amerykańskim prezydentem. Serio. To jest fenomen. Wszyscy tutaj kochają polskiego prowincjała. I wcale nie mówię tylko o braciach, ale też o świeckich. Tutaj na Midweście, który nowy Prowincjał będąc starym Prowincjałem zachciał był odwiedził, spokojnie można by założyć sztab wyborczy przed wyborami prezydenckimi.
... więcej »Zróbmy sobie chwilę przerwy od słuchania piosenek związanych z konkretnymi miejscami w Ameryce. Pewnie do nich jeszcze wrócimy, bo nie da się przecież pominąć na tej „liście przebojów” najbardziej „ośpiewanego” miasta na świecie, jakim jest New York. Ale dziś przyszedł czas na trochę klasyki. Mam na myśli starą, dobrą i straszliwie angielską kapelę - The Rolling Stones oczywiście. Ale jeśli na tym blogu pojawia się coś angielskiego, to oczywiście musi być w amerykańskim opakowaniu. Proponuję zatem następujące wykonanie. (Jedna rada - proszę obejrzeć video do końca, aby móc się ucieszyć "klamrą kompozycyjną" :-))))
















