Sed contra
Janusz Pyda OP
Englishman in New York
W kontekście wiadomości, które docierają z Polski chciałbym powiedzieć, że gdyby nasz nowy Prowincjał, nie został wybrany naszym nowym Prowincjałem bez wątpienia zostałby amerykańskim prezydentem. Serio. To jest fenomen. Wszyscy tutaj kochają polskiego prowincjała. I wcale nie mówię tylko o braciach, ale też o świeckich. Tutaj na Midweście, który nowy Prowincjał będąc starym Prowincjałem zachciał był odwiedził, spokojnie można by założyć sztab wyborczy przed wyborami prezydenckimi.
Spakowałem się już zatem i jadę na lotnisko. Wracam na Wschodnie Wybrzeże – najpierw do Nowego Yorku, a później do New Haven. A skoro wracam do Nowego Yorku, najwspanialszego miasta na świecie, to nie ma wyjścia. Dziś musi być o Nowym Yorku. A najsłynniejsza piosenka o Nowym Yorku to chyba jednak „Englishman in New York” Stinga. Tak sądzę. Frank Sinatra ze swoim „New York, New York” jest chyba obecnie drugi. Przyjrzyjmy się więc Stingowi.
Jak słuchamy tej piosenki, to wydaje nam się, że wyraża prawdę ogólną – bo cóż bardziej prawdziwego, niż głęboka różnica pomiędzy mantalnością angielskiego gentelmana a duchem Nowego Yorku. Sting śpiewa, że taki Englishman to pije herbatę (bo tu w USA rzeczywiście pije się raczej kawę, albo zimne napoje) i że lubi grzanki z jednej tylko strony przypieczone, mówi z rozpoznawalnym akcentem, spaceruje, ale nigdy nie biega, wierzy, że to maniery czynią człowieka człowiekiem i takie tam równe pierwszorzędne cechy gentelmana angielskiego – jak z podręcznikowej czytanki. Jeśli to są istotne cechy englishmana, to ja się wcale nie dziwię, że Brytyjska Korona nie jest już imperium.
Ale wbrew pozorom Sting nie śpiewa o englishmanie w ogólności. Śpiewa o bardzo konkretnym Englishmanie, którego możemy zobaczyć na teledysku. W teledysku ważne są trzy postaci – Sting (nie ma co pisać, wszyscy znają), Branford Marsalis – ten czarny gość grający na saksofonie, fantastyczny muzyk i jest jeszcze trzecia osoba. Mężczyzna, który wygląda jak kobieta – Quentin Crisp, tytułowy englishman.
Otóż, piosenka Stinga ukazała się się w 1987 roku na albumie Nothing Like The Sun, a powstała po tym jak Quentin Crisp przeniósł się z Londynu do Nowego Yorku. A kim był Quentin Crisp? Cóż, słabym pisarzem i świetnym gawędziarzem, ale przede wszystkim dumnym z siebie promiskuitą, rozpustnikiem, gwiazdą tęczowej propagandy. Opublikował swoje wspomnienie gdzieś w latach siedemdziesiątych pod tytułem „The Nacked Civil Servant” – jednen wielki dziennik cudzołożnika, który dryfuje po szerokim morzu dewiacji seksualnych, uprawia prostytucję w poszukiwaniu miłości (choć jak sam wyznał w jednym z wywiadów znalazł w ten sposób jedynie degradację) i chce, aby świat zaakceptował go takim, jaki jest. Do końca życia uwielbiał przebierać się w damskie ubrania i zachowywał z iście kobiecą delikatnością – co chyba widać na teledysku i co Sting bierze za dobre maniery.
I to właśnie ten angielski gentelman jest bohaterem, muzą, inspirację i jednocześnie obiektem bronionym przez Stinga w piosence „Englishman in New York”. To jemu Sting radzi – „be yourself no matter what they said”, czyli żeby się nie przejmował opiniami innych ludzi i był sobą.
Ok, kończę bo muszę zjeść śniadanie a oglądając ten teledysk jakoś tak apetyt tracę. Taka kurcze ładna piosenka, tacy dobrzy muzycy, przyzwoicie nakręcony teledysk i taka ideologia. Juto musimy posłuchać jakiejś zdrowszej piosenki o Nowym Yorku. Może ten Frank Sinatra. Zobaczymy.
« powrót
12 komentarzy
-
2010-02-06
Mała Czarna
Gentelem would walk but never run
Ojca zdaje się ta angielska grzeczność denerwować niczym iście "pudinngowe nudy na pudy". A ja... » -
2010-02-02
Dominik
George Gershwin - Manhattan :)
Pozdrawiam z pszennoburaczanoziemniaczanej słowiańszczyzny » -
2010-02-02
Anka
z pozdrowieniami dla aktywnych
Niestety (dla mnie) nie mam czasu na aktywne ani pasywne uczestnictwo w piosenkowej opowieści.... »
Cóż, koniec tego słodkiego intelektualnego lenistwa i słuchania sobie pioseneczek, kiedy wojna najprawdziwsza wisi w powietrzu – najprawdziwsza, choć ideowa. Cóż, mamy przed sobą kilka tematów, które musimy rozważyć trochę bardziej szczegółowo, a które pojawiły się zupełnie dla mnie niespodziewanie po opublikowaniu na www.dominikanie.pl artykułu z miesięcznika „W drodze” zatytułowanego „Gdy sumienie się waha”. Nigdy nie napisałem nic w tym celu, aby wzbudzić spory czy dyskusje. Niemniej jednak czasami wiem, że z tego co piszę będę się musiał gęsto tłumaczyć. Ale tym razem byłem rzeczywiście zaskoczony dyskusją, która się wywiązała. Dziś pierwszy jej wątek. Problem jest prosty i został w komentarzach postawiony mniej więcej w następujący sposób. Jedna z czytelniczek napisała:
... więcej »Muszę wywiązać się z zakładu, aby podjąć całą serię poważniejszych tematów, które na nas czekają. Została jeszcze jedna piosenka. Obiecałem – bodajże Fasoli - że będzie to The Sounds of Silence Simona i Garfunkela. No to zaczynamy. Proponuję wysłuchanie tej piosenki w najbardziej klasycznym i przaśnym wykonaniu, jakie znalazłem w sieci.
... więcej »A dziś piosenka ze specjalną dedykacją dla Staten Island. Ostrzegam serdecznie, że z zaproszenia na kawę zamieszczonego w komentarzu zamierzam skorzystać. Nie posiadam za grosz kultury i pozbyłem się dawno dobrego wychowania. W związku z tym nie rozróżniam pytań retorycznych od wymagających odpowiedzi i zaproszeń grzecznościowych od serdecznych. Innymi słowy mam nadzieję, że przed najbliższym wyjazdem do Polski uda mi się przypłynąć na Staten Island.
... więcej »Z przyczyn czysto technicznych nie mogłem wczoraj zamieścić kolejnego tekstu. Starałem się robić wszystko, aby się wykręcić od mojej publicznej kary, ale się nie udało. Niestety mój hardware i software znów działają poprawnie i w ten oto sposób wracam do moich kajdan, dyb, czy też pracy niewolniczej. A dziś piosenka dla erudytów, czyli We Didn’t Start The Fire.
... więcej »Zróbmy sobie chwilę przerwy od słuchania piosenek związanych z konkretnymi miejscami w Ameryce. Pewnie do nich jeszcze wrócimy, bo nie da się przecież pominąć na tej „liście przebojów” najbardziej „ośpiewanego” miasta na świecie, jakim jest New York. Ale dziś przyszedł czas na trochę klasyki. Mam na myśli starą, dobrą i straszliwie angielską kapelę - The Rolling Stones oczywiście. Ale jeśli na tym blogu pojawia się coś angielskiego, to oczywiście musi być w amerykańskim opakowaniu. Proponuję zatem następujące wykonanie. (Jedna rada - proszę obejrzeć video do końca, aby móc się ucieszyć "klamrą kompozycyjną" :-))))
















