Sed contra
Janusz Pyda OP
In vitro
Cóż, koniec tego słodkiego intelektualnego lenistwa i słuchania sobie pioseneczek, kiedy wojna najprawdziwsza wisi w powietrzu – najprawdziwsza, choć ideowa. Cóż, mamy przed sobą kilka tematów, które musimy rozważyć trochę bardziej szczegółowo, a które pojawiły się zupełnie dla mnie niespodziewanie po opublikowaniu na www.dominikanie.pl artykułu z miesięcznika „W drodze” zatytułowanego „Gdy sumienie się waha”. Nigdy nie napisałem nic w tym celu, aby wzbudzić spory czy dyskusje. Niemniej jednak czasami wiem, że z tego co piszę będę się musiał gęsto tłumaczyć. Ale tym razem byłem rzeczywiście zaskoczony dyskusją, która się wywiązała. Dziś pierwszy jej wątek. Problem jest prosty i został w komentarzach postawiony mniej więcej w następujący sposób. Jedna z czytelniczek napisała:
Na co inna czytelniczka nie omieszkała odpowiedzieć w następujący sposób:
każdy myślący człowiek wie, że aborcja to zabijanie człowieka, tymczasem in vitro to jego tworzenie. Ale jeśli nawet wyeliminuje się różne podejrzane działania z zarodkami (co jest możliwe) to według kościoła pozostaje jeszcze godność istoty ludzkiej, która przez poczynanie się na szkiełku jest naruszana. Jeśli mi ktoś sensownie wytłumaczy, dlaczego pobyt zarodka na szkle narusza ludzką godność, a pobyt jego o pół roku starszego kolegi w inkubatorze już nie, albo czemu pomaganie plemnikowi jest złe, a wszczepianie sztucznego serca dobre, to z przyjemnością publicznie odszczekam swoje poglądy. Tylko nie mówcie, że to jest złe, bo kościół tak naucza - to znaczy, że jak by nie było kościoła, to by ta sama rzecz nie była zła? No bez sensu.
Problem jest zatem całkiem poważny a pytania podstawowe. 1) Dlaczego metoda in vitro narusza ludzką godność? 2) Czy mamy tu do czynienia jedynie z prawem wyznaniowym i religijnym, które wynika wyłącznie z nauczania Kościoła, czy też chodzi w tej sprawie o swoistego rodzaju prawo naturalne czyli obowiązujące powszechnie? 3) Czy (a jeśli tak to w jakim sensie) aborcja czyli zabijanie jest podobne do tworzenia życia - co dzieje się przecież w przypadku metody in vitro?
Zacznijmy od początku. Otóż, zasada etyczna, która może służyć za najbardziej pierwotną podstawę dla sprzeciwu wobec metody in vitro najlepiej została sformułowana nie przez żadnego katolickiego filozofa z papieskiego wydziału czy uniwersytetu, ale przez faceta, który co prawda chrześcijaninem był i prowadzał swoich studentów do kościoła w Królewcu, ale wyłącznie w ramach praktykowania społecznej dyscypliny. Chodzi mi oczywiście o Kanta. Otóż Maniek Kant (spędziliśmy razem tyle nocy, że przeszliśmy „na ty”) sformułował coś, co nawet bardzo sceptyczni filozofowie zwykli nazywać „formułą człowieczeństwa” albo – mniej poetycko - drugim sformułowaniem „imperatywu kategorycznego”. Otóż formuła ta brzmi mniej więcej tak:
„Postępuj tak, byś człowieczeństwa tak w swej własnej osobie, jako też w osobie każdego innego używał zawsze zarazem jako celu, nigdy tylko jako środka."
To jest sformułowanie tej zasady z „Uzasadnienia metafizyki moralności” Kanta. I o co w tym wszystkim niby chodzi? Cóż, świat naszych relacji dzieli się z grubsza rzecz biorąc na dwie części. Pierwszą stanowią relacje jakie wiążą nas z przedmiotami szeroko rozumianymi (przedmiotem jest w tym rozumieniu wszystko, co nie jest osobą – czyli także np. idee), drugą zaś grupę relacji w jakie wchodzimy stanowią relację, jakie łączą nas z osobami. Różnica polega na tym, iż o ile przedmiotów możemy używać, czyli posługiwać się nimi z myślą o nas samych, o tyle z ludźmi tak postępować nie wolno. Zawsze kiedy to robimy uprzedmiatawiamy osobę i grzeszymy. Ludzi nie możemy używać dla naszych własnych celów, ale powinniśmy wchodzić w relacje z nim mając na celu dobro tych konkretnych osób, których łączą z nami jakieś relacje. Przedmiotów używamy dla naszego dobra, z ludźmi jesteśmy w relacji mając na celu ich dobro, nawet jeśli sami przy okazji z tej relacji korzystamy.
Chrześcijanie powiedzą, że dokładnie o to chodzi w przykazaniu Pana Jezusa: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” czyli postaw dobro twojego bliźniego w centrum twojego zainteresowania, kiedy wchodzisz z nim w relację, dokładnie tak samo jak każdego dnia stawiasz odruchowo swoje własne dobro w centrum swojego zainteresowania, kiedy używasz rzeczy, aby zaspokoić swój głód, pragnienie, ciekawość, dać sobie chwilę odpoczynku etc. Inne osoby nie mogą służyć zaspokajaniu naszych własnych potrzeb – nawet tych najpiękniejszych jak potrzeba wspólnoty czy rodzicielstwa. Grzeszymy przeciw tej zasadzie, kiedy wykorzystujemy kogoś manipulując nim, wpływając na jego decyzję poza jego świadomością, posługując się nim do osiągnięcia celów, których być może nawet nie jest świadomy. Niemniej jednak czasami przekraczanie tej zasady bywa zabawne. Znacie ludzi, którzy są tzw. zagadywaczami? Potrzebują słuchaczy, nie tyle zatem rozmówców, którzy wejdą z nimi w interakcję, ale właśnie słuchaczy. Przed takimi osobami zwykle zwiewamy, bo wiemy, że ich wielka potrzeba wygadania się tak w istocie nie wymaga obecności konkretnej osoby, ale kogoś w ogóle. Inni ludzie służą takim osobom jedynie jako coś, co daje możliwość wylania potoku słów – właśnie „coś” a nie „ktoś”. Z „kimś” się rozmawia, „coś” potrzebne jest tylko po to, aby potokowi słów nadać kierunek. Uprzedmiatawianie człowieka dokonywać się może na różnych płaszczyznach – od tych najpoważniejszych do tych najbardziej zabawnych. Odebranie człowiekowi godności polega właśnie na jego uprzedmiotowieniu, uczynieniu zeń narzędzia do zaspokajania naszych pragnień – nawet jeśli są one najlepsze i najwspanialsze.
Jak to się ma do in vitro? Otóż, niestety dosyć prosto. Nie da się ukryć, że rodzice, którzy decydują się na taką właśnie procedurę, chcą mieć dziecko, aby zaspokoić swoją – tu zgoda – jak najbardziej świętą, piękną i wspaniałą potrzebę rodzicielstwa. Ale niestety, żadne ludzkie życie – realne czy potencjalne – nie może być wykorzystywane do tego, czy powoływane do istnienie tylko dlatego, aby zaspokoić naszą najlepszą nawet ludzką potrzebę czy pragnienie. Nie można powoływać do istnienia żadnego życia ludzkiego po to, aby zaspokoić potrzebę wpisaną w inne ludzkie istnienie. W przeciwnym razie traktujemy to właśnie ludzkie istnienie, które powołujemy do życia instrumentalnie, przedmiotowo. Posługujemy się nim dla naszego własnego dobra. I tu jest właśnie punkt wspólny łączący metodę in vitro i aborcję. Obje procedury – choć jedna jest morderstwem niewinnego ludzkiego życia a druga powołaniem go do istnienia – należą do tej samej cywilizacji śmierci, ponieważ obie one opierają się na tym, że traktujemy życie ludzkie instrumentalnie – tworzymy je, albo zabijamy zależnie od naszych potrzeb. Akt wykonawczy jest inny, ale zasada działania taka sama – postępujemy z życiem ludzkim, z innym istnieniem ludzkim mając na celu takie a nie inne nasze własne cele, pragnienia i zamierzenia. Alby zrealizować to, czego chcemy, czasami musimy kogoś uśmiercić, a czasami kogoś do życia powołać (a czasami obie te rzeczy jednocześnie, jak dzieje się w przypadku metody in vitro). Ale zawsze chodzi o nas – my jesteśmy celem, a to inne ludzkie życie jedynie środkiem do tego celu.
Jedno chciałbym jeszcze wyjaśnić. Dokładnie z tych samych powodów, dla których metoda in vitro nie jest ok, nie jest również w porządku polecanie wszystkim cierpiącym z powodu bezpłodności małżeństwom adopcji, jako lekarstwa na ich cierpienie. Tak samo jak nie wolno sztucznie powołać do istnienia dziecka, aby zaspokoiło naszą potrzebę rodzicielstwa, tak samo nie można wziąć sobie dziecka z sierocińca, tylko po to, aby zaspokoić naszą potrzebę rodzicielstwa. Właściwą postawą do adopcji jest postawa, kiedy ktoś ma świadomość, że skoro Pan Bóg nie obdarzył go własnymi dziećmi, to być może daje mu to możliwość zaopiekowania się – czyli poświęcenia swojego serca, czasu i kieszeni – innym dzieciom, które nie mają rodziców. Ale w takim myśleniu celem są te dzieci, a nie zaspokojenie potrzeby rodzicielstwa. Adoptujemy dziecko dla jego dobra, a nie dla naszego dobra – choć oczywiście nasze dobro też zostanie w ten sposób osiągnięte (przynajmniej istnieje taka możliwość).
Dlaczego pobyt zarodka na szkle narusza jego godność? Ponieważ znalazł się on tam, aby zaspokoić potrzeby innych ludzi. Jest on na tym szkiełku dokładnie w tym samym celu, w jakim na taśmie produkcyjnej w fabryce samochodowej są szkielety samochodów – aby zaspokoić potrzeby ludzi, klientów, nabywców. Różnica polega jedynie na tym jakie potrzeby się zaspokaja – czy są to potrzeby bycia rodzicem, czy potrzeby komunikacji przestrzennej. Dlaczego umieszczenie dziecka w inkubatorze nie niszczy jego godności? Ano właśnie dlatego, że ratujemy życie tego dziecka dla niego samego. Nawet gdyby nie było rodziców, którzy chcieliby dziecko z inkubatora odebrać i tak ratowalibyśmy jego życie. Gdyby nie było ludzi, którzy chcą „odebrać’ dziecko na końcu procedury zapłodnienia in vitro – nie było by sensu wdrażać procedury.
Z tych właśnie powodów, nawet, gdyby nie istniał problem zarodków nadliczbowych procedura in vitro byłaby nie w porządku. Ale niestety ten problem istnieje, nie jest jedynie wirtualny i jasno trzeba powiedzieć, że aby zaspokoić na drodze procedury in vitro swoją potrzebę rodzicielstwa często trzeba kilka istnień ludzkich zgładzić. Zabijamy kilku, aby mógł żyć jeden, a ten jeden powołany został do życia, abyśmy mogli być rodzicami. Innymi słowy zabiliśmy kilka istnień ludzkich po to, aby ukoić nasz ból bezdzietności i zaspokoić naszą potrzebę rodzicielstwa. Wiem, że są to mocne słowa, ale ja jednak jestem przekonany, że nawet najlepszych potrzeb nie można zaspokajać posługując się życiem ludzkim – obojętnie, tworząc je czy zabijając. Wkurza mnie to, że Kościół wychodzi na „wielkiego niewrażliwca”, kiedy atakuje proceduję in vitro. A przecież to, co Kościół w ten sposób robi to nic innego jak mówienie w imieniu tych, którzy sami jeszcze mówić nie mogą, bo nie dano im czasu, aby się rozwinęli. Wydaje mi się, że właśnie to należy w pewnym sensie do misji Kościoła – mówić w imieniu tych, których nikt do głosu nie chce dopuścić. Rodzice cierpiący z powodu bezdzietności mają prawo i powinni być wysłuchani – ale oni mogą mówić. Miliony w skali świata zamrożonych i schowanych w lodówkach istnień ludzkich mówić nie może. Jak tylko nie będą przydatne wyleje się je do kanalizacji, albo utylizuje tak jak inne „odpady” medyczne. Nie są już potrzebne, aby zaspokoić czyjąkolwiek piękną i cudowną potrzebę rodzicielstwa, więc spokojnie możemy otworzyć kosz. Cóż, każdy kto jest na tyle duży, aby sam zawalczył o swoje piękne i ważne potrzeby, ma prawo je realizować – zwłaszcza kosztem tych, którzy nie mogą jeszcze się o nic upomnieć. Tym, którzy mają na tyle dużo lat, aby słusznie poruszyć nasze uczucia swoim cierpieniem bezdzietności pozwalamy zaradzić ich cierpieniu korzystając dowolnie z prawa do „ożywiania i zabijania”. To może wszystkim na tyle dużym, aby upomnieć się o swoje prawo do życia a jednocześnie na tyle chorym, że życie ich jest zagrożone, pozwolimy zaradzić ich strasznemu cierpieniu za pomocą wycieczki na jakiś oddział pacjentów pogrążonych w śpiączce, którzy mówić nie mogą i w ogóle nie wiadomo, co tam w środku jest. Pochylmy się nad wielkim cierpieniem ludzi, którzy w stanie zagrożenia życia czekają na przeszczepy różnych narządów i pozwólmy im pobrać sobie, co potrzebują z „mniej wygadanych” pacjentów. Jeśli rodziny tychże mniej wygadanych będą protestować, to powiemy, że są niewrażliwi na ludzką biedę i choroby. Kościół ma to przeznaczenie, że jest najbliższą rodziną najbardziej „niemych” ze wszystkich pacjentów.
Z całym szacunkiem, ale jeśli ból bezdzietności porusza nasze serce, a problem technicznie określany jako „zarodki nadliczbowe” nie robi na nas specjalnego wrażenia oznacza to ni mniej ni więcej jak to, że jesteśmy kompletnymi hipokrytami. Najbardziej mnie denerwuje to, że najgorsze procedury i najbardziej potworne zbrodnie są dokonywane pod pozorem tego, że są pełną współczucia próbą zaradzenia cierpieniom ludzkim. Jestem osobiście dumny z Kościoła, że żali się w imieniu tych, którzy sami żalić się nie mogą.
Bezdzietność jest potwornym cierpieniem, ale nie można leczyć biedy jednych, zadając krzywdę innym.
Podsumujmy. 1) Nie wolno powoływać do istnienia, ani nawet wykorzystywać istnienia innej istoty ludzkiej do tego, aby zaspokoić najlepsze nawet i najbardziej wzniosłe ludzkie potrzeby 2) Nie wolno podejmować prób zaradzenia ludzkiemu cierpieniu posługując się instrumentalnie innym istnieniem ludzkim 3) Osoba ludzka zawsze musi być celem sama w sobie, nigdy zaś środkiem służącym do osiągnięcia najwspanialszego nawet celu 4) Żaden, najlepszy nawet cel, nie może usprawiedliwić złych moralnie środków służących do jego osiągnięcia.
« powrót
159 komentarzy
-
2010-05-26
onroad
Re: Rada Episkopatu
Aska wklejam 2 linki poczytaj oba artykuły wnioski wyciągnij sama... » -
2010-05-19
Aśka
Rada Episkopatu
Ojcze Januszu! Właśnie przeczytałam, że Rada Episkopatu ds. Rodziny ogłosiła: kto popiera metodę... » -
2010-05-03
Anna
godność poczęcia
Ojcze, bardzo chcę to zrozumieć, aby być przeciw in vitro nie tylko ze świętego posłuszeństwa,... »
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w jedną stronę, mnie bardziej podoba się spacer w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale tym razem mam ochotę pójść dokładnie w tym kierunku, w którym idzie większość – w kierunku radykalnego sprzeciwu wobec ACTA.
... więcej »Tak sobie pomyślałem, że należałoby kiedyś – a dzień świętego Mikołaja jest ku temu okazją dobrą, jak mało która – uporządkować całą tę sprawę z prezentami. Uporządkować to znaczy dokonać klasyfikacji – ustalić kategorie, typy, rodzaje.
Zacząłem zatem porządkować.
Dzięki pomysłowi i życzliwości o. Cypriana Klahsa OP miałem możliwość opublikowania Listów starego anioła do młodego. Ukazało się ich dwadzieścia. Zawsze chciałem dokończyć pracę i napisać jeszcze jedenaście i Toast. Powód był tylko taki, że C.S. Lewis napisał 31 listów starego diabła do młodego. Niezwykle życzliwe, niespodziewanie liczne i przychodzące wszelkiego rodzaju pocztą reakcje czytelników na publikację pierwszych dwudziestu listów anielskich napełniły mnie nadzieją, że jest jakiś sens w pisaniu kolejnych jedenastu. Napisałem zatem, a ten poniższy jest pierwszym z nowej serii.
... więcej »Serdecznie polecam świetny wywiad z o. Jackiem Salijem OP. Mam wrażenie, że jest to głos na puszczy - zwłaszcza w środowisku dominikańskim. Ale również dlatego warto wsłuchać się szczególnie uważnie.
... więcej »Bardzo mi się ostatnio spodobała koncepcja open-source. W informatyce - bo informatyk wytłumaczył mi na czym to wszystko polega - open source jest tworzeniem darmowego oprogramowania, które później może być wykorzystywane, ale i rozwijane przez kolejnych użytkowników. Z wielu powodów idea ta bardzo przypadła mi do gustu. Ale teraz nie o tym. Nie programuję i raczej już nie będę tego robił, więc włączenie się w ideę open-source na płaszczyźnie informatyki jest dla mnie niemożliwe. Niemniej jednak zaświtał mi pomysł, że idea owa może pomóc w uratowaniu pewnego projektu, którego sam nie mogę już zrealizować. Chodzi o napisanie serii dwunastu opowiadań. Napisałem trzy, mam koncepcję całości i chętnie ją odstąpię temu, kto będzie chciał zrobić z niej użytek. Postaram się wszystko teraz wyjaśnić.
... więcej »

















