Poszedłem sobie ostatnio na blogowy urlop, ale mnie odwołano. Najpierw napisała Zagwozdka:
Ojcze, trzy miesiące temu obiecałeś mi odpowiedź pod wpisem "Gdy sumienie się waha". Myślę, że już czas, nie sądzisz? FYI: w tzw. międzyczasie dyskusja przeniosła się na blog pani Wałejko. I chyba nie tylko ja czekam na Twoją odpowiedź. Pozdrawiam.
Zagwozdce nie odpowiedziałem z powodu komentarza, który napisała po mojej deklaracji, że zajmę się problemem o który zostałem zapytany. Komentarz ów - mam nadzieję - będę miał okazję przytoczyć – ale nie mogę zrobić tego teraz, bo artykuł „Gdy sumienie się waha” wraz z komentarzami internautów został już zdjęty ze strony dominikanie.pl. Jeśli nie uda mi się go odzyskać przytoczę komentarz z pamięci, ale najpierw spróbuję dotrzeć do tekstu. Ale zanim do tego wszystkiego dojdziemy nie mogę nie odnieść się do ostatniego bloga pani Wałejko, o którym wspomniała Zagwozdka.
Moje doktrynalne spory z Panią Doktor sięgają swoimi początkami prawdziwej prehistorii. Podjąłem kiedyś nawet decyzję, że nie będę reagował na teologiczne pomysły Pani Doktor. Przez kawał czasu byłem wierny tej decyzji, ale niestety z przykrością muszę z niej zrezygnować. Nie chodzi o to, że ja nie zgadzam się z tym, co Pani Wałejko piszę. To nie ma znaczenia. Problem polega na tym, że – przynajmniej w ostatnim blogu – Pani Doktor nie zgadza się z nauką i praktyka Kościoła. A w tej kwestii nawet jeśli kompletnie mi się nie chce muszę się obudzić. Ale zacznijmy od początku.
Serce Barnarda Show
Nie zgadzam się z „teologią” zawartą we wpisie pani Wałejko, a w pewnym momencie nie mogę nawet pojąc logiki, która została tam użyta – postaram się to wszystko pokazać. Ale zanim do tego przejdę, chciałbym zaznaczyć, że jakkolwiek teologicznie i logicznie tekst stanowi dla mnie lekturę trudną, to jednak jedno mi się w nim podoba. Niewątpliwie jest napisany przez autora o wielkim sercu do ludzi o wielkich sercach – w sensie emocjonalnej wrażliwości. Powiedziałbym nawet, iż obciach się z nim nie zgodzić, bo można wyjść nie tylko na kogoś kto nie zgadza się z Autorką, ale przede wszystkim na kompletnego niewrażliwa i emocjonalnego pustaka. Ponieważ jednak w tej materii cieszę się opinią tak marną, iż nic już nie może bardziej jej zepsuć to mogę pozwolić sobie na wolność napisania, iż ja się z tekstem pani Wałejko nie zgadzam, a wzruszenia, które we mnie powoduje uznaję, za równie cenne jak łzy na telenoweli. Tak czy inaczej czytając tekst Pani Doktor przypomniał mi się urywek z pewnego zacnego dzieła równie zacnego, choć zupełnie komicznego autora. Przeczytajcie proszę uważnie krótki cytacik:
Nie ma subtelniejszej prawdy, niż ta, którą wyrażamy mówiąc o kimś, że ma „serce na niewłaściwym miejscu”. Powiedzenie to wiąże się z pojęciem właściwych proporcji; nie chodzi tylko o istnienie pewnej funkcji, ale także o to, że pozostaje ona we właściwym odniesieniu do innych funkcji. Zaprzeczenie tego wyrażenia byłoby doskonałym opisem chorobliwego miłosierdzia i perwersyjnej pobłażliwości, które charakteryzują wiele współczesnych ludzi. Gdybym na przykład musiał określić charakter Bernarda Shawa, nie mógłbym tego zrobić dokładniej niż stwierdziwszy, że jest to człowiek o wielkim sercu, które niestety nie znajduje się na swoim miejscu. To samo można powiedzieć o typowym społeczeństwie naszych czasów. Świat współczesny nie jest zły; w pewnym sensie świat współczesny jest o wiele za dobry. Jest to świat pełen zdziczałych, zmarnowanych cnót.
Otóż dzięki temu tekstowi uświadomiłem sobie dlaczego lubię czytać zarówno Bernarda Shaw (zaczytywałem się w liceum) jak i teksty pani Małgorzaty Wałejko i jeszcze kilku innych przeszłych i teraźniejszych autorów. Otóż lubię je czytać z tego samego powodu z którego lubię obserwować rozrabiające dzieci. Nie, wcale nie mam na myśli tego, iż pan Shaw albo pani Wałejko to rozrabiające dzieci. Mam na myśli to, że chrześcijańskie cnoty i pojęcia w tekstach tych autorów zachowują się jak rozrabiające dzieci. Taka na przykład cnota miłosierdzia - nazwijmy ją Zdzisiem, pięcio czy sześcioletnim malcem z niewinną twarzą. Urocze dziecko, które rozrabia w piaskownicy i zabiera foremki innym dzieciom. Zdzisiu jest dzieckiem z dobrego domu, o niewinnym wyglądzie i może z niego oczywiście fajny chłop wyrosnąć. Ale póki co Zdzisiu rozrabia w piaskownicy i nijak ma się to do statecznego charakteru jego rodziców czy też świetlanych możliwości rozwojowych, które w sobie smarkacz nosi. Cnota miłosierdzia (czy raczej współczucia) w tekstach pani Wałejko to taki Zdzisiu. Niewinnie wygląda, bo ma twarzyczkę prawdziwie chrześcijańskiego pojęcia. Z dobrego domu jest, bo chrześcijaństwo to fantastyczny dom i rodzina, a z chrześcijaństwa właśnie pojęcie to pochodzi. Dobrze się zapowiada, bo tajemnica dobroci Bożej ukryta w pojęciu współczucia czy miłosierdzia jest szczególnie szczęściorodna, gdy ją dobrze zrozumieć. Problem tylko w tym, że miłosierdzie i współczucie rozrabiają w tekstach pani Doktor Wałejko jak Zdzisiu w piaskownicy. Trzeba go trochę przypilnować nie dlatego, że nas denerwuje, ale dlatego, że sobie dziecko krzywdę zrobi i nic dobrego z niego nie wyrośnie. Oczekuję z całego serca kolejnych tego typu tekstów dokładnie tak jak oczekuję budowy kolejnych piaskownic i boisk typu „Orliki” gdzie dzieci mogą spokojnie rozrabiać. Trzeba tylko pamiętać, że cnoty w opisie pana Shaw i pani Małgorzaty Wałejko to jeszcze dzieci no i że rozrabiają.
Więksi i mniejsi grzesznicy
Pani Wałejko pisze:
"Kapłan toczył wielką wewnętrzną walkę. Myślał o gościach lejących do nieprzytomności żony, którzy po skrusze otrzymują rozgrzeszenie. O mordercach i gwałcicielach, którzy natychmiast słyszą, że Bóg im odpuszcza. Czy nawet po prostu o księżach, którzy łamiąc święcenia i wchodząc w związek z kobietą, po paru latach otrzymują watykańską dyspensę, zawierają sakrament małżeństwa i przyjmują Jezusa w Komunii".
Ja już kiedyś starałem się powiedzieć (właśnie w artykule „Gdy sumienie się waha”), że problem spowiedzi nie jest problemem z czym się do konfesjonału przychodzi, ale co zamierza się po spowiedzi zrobić. Gdyby do konfesjonału przyszedł morderca i gwałciciel i powiedział, że chciałby się wyspowiadać, bo właśnie zamierza zostać ojcem chrzestnym swojego bratanka, ale po chrzcinach zamierza wrócić do gwałcenia i mordowania bez wątpienia żaden ksiądz nie udzieliłby mu rozgrzeszenia. W spowiedzi nie jest najważniejsze to, co jest „na wejściu”, ale co jest „na wyjściu”. Problemem kogoś żyjącego w cudzołóstwie (czyli związku pozamałżeńskim) nie jest to, że ktoś z tym grzechem przychodzi, ale fakt, że zamierza do niego wrócić i w nim ciągle trwać. Nie można odrzucać w jednym Kościele sakramentu małżeństwa i jednocześnie wymagać sakramentu Eucharystii. Między sakramentami istnieje głęboka łączność. Nie da się jednego negować, a drugiego żądać. To mniej więcej tak jakby ktoś chciał mieć jeżdżący samochód, ale bez silnika. Można mieć coś takiego, ale to nie będzie samochód tylko pojazd roweropodobny. Nie podoba mi się w tekście Pani Wałejko to porównywanie mniejszych grzeszników z większymi grzesznikami bo pachnie mi to faryzeizmem. „Ten Pan Jezus to taki dziwny, nas objeżdża za to, że kubki myjemy i filakterie nosimy i tak niedelikatnie nam od grobów pobielanych i plemion żmijowych wymyśla a do takich zdrajców i celników to mówi tak po prostu: pójdź za mną”. W tekście pani Wałejko jest ta sama logika – „ten Kościół to czepia się tych co bez ślubu, a morderców i gwałcicieli rozgrzesza”. Nie jest ważny grzech. Ważne jest to, że komorę celną (małą czy wielką) trzeba porzucić (nie da się w niej siedzieć i iść za Jezusem), a po odpuszczeniu grzechów – małych czy wielkich - zawsze słyszy się od Pana Jezusa: „Idź i nie grzesz więcej”. A pani Wałejko zamierza uczyć osoby odrzucające sakrament małżeństwa sposobu myślenia w stylu: „Panie Boże dzięki Ci, że nie jesteśmy jak Ci mordercy i gwałciciele, którzy klęczą za nami. My tak tylko po prostu odrzucamy sakrament małżeństwa a te łotry to jednak straszny element”. No, ale co poradzić, że Pan Bóg wysłuchuje tych morderców i gwałcicieli, którzy nawet wzroku na niego nie mają odwagi podnieść. Do księży, którzy „łamią święcenia” jeszcze na końcu wrócę.
Zasługa i możliwość
Pani Wałejko pisze dalej niezmordowanie:
Zastanawiał się, czy bliskość Jezusa jest nagrodą za wzorowe sprawowanie? Czy Jego łaska jest warunkowana doskonałym życiem, nawet gdy oznacza ono tu istny heroizm, na który człowiek bywa zbyt słaby?
W tym zdaniu to mamy prawdziwy bigos. Cóż, po pierwsze rozumiem, że łaskę i sakrament Eucharystii zupełnie pani Małgorzata utożsamiła. Cóż, mają rzeczywiście ze sobą ogromnie dużo wspólnego, ale żeby tak od razu robić z nich jedno to naprawdę rewolucja teologiczna. Zacznijmy więc od łaski. Nie można na nią zasłużyć i można jednocześnie – to dlatego Kościół w swojej teologii posługuje się tymi czarodziejskimi słówkami ex condigno i ex congruo. Nie można zasłużyć na łaskę w tym sensie, że nic nam Pan Bóg nie jest dłużny i ze sprawiedliwości nic nam się od Niego nie należy. W tym sensie na łaskę nie możemy zasłużyć. Ale Pan Bóg jest wspaniałomyślny i postanowił, że jednak za pewne rzeczy będzie nas nagradzał. I w tym sensie na łaskę możemy zasłużyć. To trochę tak jakby ktoś kompletnie nie potrzebował wiklinowych koszyków, które plecie Kazio. Mało tego Kazio jest u tego Ktosia potwornie zadłużony i gdyby lepił nawet koszyki do końca życia bez przerw na jedzenie i spanie to i tak nie oddałby nawet promila długu, jaki zaciągną u Ktosia. Ale Ktoś jest wspaniałomyślny i mówi tak: „Słuchaj Kazek, umawiamy się tak – przekraczając sprawiedliwości, ale zgodnie z moją wspaniałomyślnością – jak mi koszyk uszaty upleciesz to dostaniesz konia z rzędem. Oczywiście to ja będę Ci wikliny dostarczał. A jak mi dwa koszyki upleciesz to dostaniesz królestwo i moją córkę za żonę, a jak jakiś rzeczywiście szpanerski koszyk upleciesz to namówię moją córkę, żeby nauczyła się gotować”. I w ten sposób Kazek na mocy ponadsprawiedliwego wyroku Ktosia u którego miał długi teraz zaczyna zarabiać i czerpać profity. Podobnie jest z łaską – jest jednocześnie pierwotnie darmo danym i niezasłużonym przywilejem oraz czymś na co możemy zasłużyć.
No i jeszcze sprawa z tym heroizmem – chrześcijanie jednak wierzą (na podstawie Pisma Świętego), że Pan Bóg ani nie pozwala nas próbować ponad nasze siły, ani nie kusi nas ponad siły. Heroizm może być najwyższym szczeblem naszych sił, ale jeśli jesteśmy doń wezwani – bez wątpienia nas nie przekracza.
Eucharystia – nagroda czy lekarstwo.
Eucharystia niewątpliwie jest lekarstwem – i tu się z panią Wałejko zgadzam. Tylko, że właśnie dlatego uważam, że nie każdy i nie zawsze może ją przyjmować. Nie wszystkie lekarstwa każdy człowiek i w każdej sytuacji przyjmować powinien. Przecież doskonale wiemy, że nie każdego procha można łyknąć po dwóch piwkach czy setce czyścioszki. Komunii jako lekarstwa też nie można przyjmować kiedy jesteśmy „tak raczej nie tego”. Wyobraźmy sobie taka sytuację. Ktoś ma potworna marskość wątroby albo inne straszne choróbsko tego organu. Problem w tym, że cierpi też z powodu bólu głowy. Cóż, o ile się orientuję niektóre leki przeciwbólowe mają to do siebie, że wątrobie nie służą. Pytanie jest proste – czy można wówczas polecić takiemu pacjentowi lek, który ból głowy uśmierzy, ale wątrobę zniszczy? Już kiedyś cytowałem modlitwę, którą każdy kapłan wypowiada przed przyjęciem komunii, ale która odnosi się jakoś do wszystkich wierzących: „Niech przyjęcie Ciała i Krwi Twojej nie ściągnie na mnie wyroku potępienia oraz skutecznie leczy moją duszę i ciało”. W tej modlitwie właśnie o to chodzi. Cóż, jak sobie przypomnimy Ewangelię, to nie sposób nie dostrzec, że Judasz wyszedł w noc po przyjęciu od Pana Jezusa kawałka chleba w czasie Ostatniej Wieczerzy. Osoby nie mogące przyjmować Eucharystii z powodu życia wykluczającego sakrament małżeństwa są bardzo cierpiące – jak osoby z chorą wątrobą. Ale nie można ich namawiać, aby łykały właśnie ten lek, który w ich stanie im nie pomoże. Trzeba poszukać innych medykamentów – modlitwy osobistej, adoracji Najświętszego Sakramentu, uczynków miłosierdzia. Wmawianie im zaś, że fakt, iż nie mogą przystępować do komunii jest niesprawiedliwy i nie ma co się przejmować nauką Kościoła jest jak działanie lekarza, który namawia pacjenta, aby łykną środek przeciwbólowy, który być może ból uśmierzy, ale i śmierć może przynieść. Taka rada nawet jeśli wypływa z wielkiego serca, to jednak z serca, które jest nie na swoim miejscu.
Obowiązywanie błędnego sumienia
Pani Wałejko pisze dalej:
Pchnęło go [znaczy się tego miłosiernego księdza – przypis mój J.P.] ostatecznie pouczenie św. Tomasza, aby kierować się sumieniem, nawet gdy pozostaje ono w sprzeczności z nauką Kościoła, a także jurysdykcyjne wskazanie, by tego rodzaju sprawy traktować indywidualnie.
Ja rozumiem, że racjonalizacja pewnych osobistych decyzji przy perwersyjnym wykorzystaniu autorytetu św. Tomasza, którą to racjonalizację kilka lat temu na łamach Arki Noego (Gazeta Wyborcza) przeprowadził o. Tadeusz Bartoś OP (dziś świecki filozof i teolog piastujący katedrę teologii jednocześnie moralnej, dogmatycznej i eklezjalnej w radiu TOK FM) jest chwytliwa. Ale jak jeszcze raz usłyszę jej kopię to chyba umrę z nudów. Wszyscy który pamiętają ówczesną dyskusję, w którą zaangażował się spoza dominikanów chociażby ks. Prof. Witczyk (świetny biblista z KULu) też maja już chyba odruch ziewania na wspomnienie tej nadinterpretacji. Ale nic to – praca nie zabawa. Trzeba do tego wrócić to trzeba. No to od początku. Podstawowa teza brzmi: BŁĘDNE SUMIENIE OBOWIĄZUJE WTEDY I TYLKO WTEDY GDY NIE MAMY PODSTAW ABY PODEJRZEWAĆ, ŻE JEST BŁĘDNE. Postaram się to jakoś pokazać na przykładzie spoza teologii moralnej. Wyobraźmy sobie dwie sytuacje.
Sytuacja A:
Zygfryd zamierza pojechać do cioci na imieniny. Zygfryd mieszka w Nudowie Wielkim a ciocia w Rozrywkowie Górnym. Obie miejscowości łączy ze sobą ekspresowa linia PKS, która jeździ raz dziennie. Otóż Zygfryd sprawdza w Internecie godzinę odjazdu ekspresu z Nudowa do Rozrywkowa. Na stronie jest napisane, że ekspres odjeżdża o 10 przed południem. Ale Zygfryd NIE WIE, że rozkład zamieszczony na stronie jest nieaktualny. Ponieważ tego nie wie, „wiedza”, którą posiada ze strony internetowej ZOBOWIĄZUJE go do tego, iż jeśli chce dojechać z Nudowa do Rozrywkowa powinien wstać o 9 – aby zdążyć się ubrać, ogolić, dojść na dworzec autobusowy. Gdyby Zygfryd powiedział sobie – wstanę o 9:45 postąpiłby nieodpowiednio do „wiedzy”, którą ma, a która wskazuje na odjazd autobusu o 10:00. Na takiej samej zasadzie obowiązuje błędne sumienie.
Sytuacja B
Zygfryd jest ten sam i sytuacja taka sama. Ale coś się wydarza, kiedy Zygfryd się pakuje. Wpada do niego sąsiadka Brunchilda (symbol np. księdza proboszcza). Dowiedziawszy się, że Zygfryd chce jechać do Rozrywkowa o 10:00 protestuje: „Słuchaj Zygfryd ja tam się na stronach internetowych nie znam (czyt. nie słucham wykładów z teologii moralnej w radiu TOK FM), ale codziennie jeżdżę tym autobusem i wiem, że on odchodzi o 6:00 a nie o 10:00. Zygfryd może powiedzieć: „O nie Brunchildo, moje błędne sumienie mnie obowiązuje i ja wyjdę na autobus na 10:00 niezależnie od tego, co mówisz”. Ale Brunchilda (ten zwykły ksiądz proboszcz) nie daje za wygraną i mówi: „Słuchaj Zygfryd, jeśli mi nie wierzysz, to zadzwońmy na informację PKS (odpowiednik Kongregacji Nauki i Doktryny Wiary w PKSie)”. Dzwonią. Informacja potwierdza, że autobus odjeżdża o 6 a nie 10 i że strona internetowa jest do bani. Ale Zygfryd wciąż nie wierzy. Brunchilda więc przekonuje dalej: „Zygfryd, jeśli nie jesteś jeszcze przekonany to zadzwońmy do głównego dyspozytora ruchu na dworcu PKS, z którego masz odjeżdżać i spytaj u samego źródła” (dyspozytor w PKS to mniej więcej tak samo, jak papież w Kościele). Dzwonią i dyspozytor mówi: „Autobus do Rozrywkowa wypuszczam jutro o 6:00 i ani minuty później. A ten gość odpowiedzialny za stronę internetową z rozkładem już dawno odszedł z PKSu i nie wiem, co wypisuje”. Cóż, Zygfryd jest trochę zbity z tropu. I wówczas przychodzi sąsiad – Pan Pokusiński i powiada tak: „Słuchaj Zygfryd, sam pomyśl, (odpuść sobie informację i dyspozytora) jak byłoby lepiej i rozsądniej. Czy sensowniej jest, żeby autobus jechał o 10 czy o 6 rano”. Zygfryd pomyślał i wie, że wstać o 9 jest lepiej, niż o 5 rano i że on by wolał, aby autobus jechał zgodnie z rozkładem z internetu. Pan Pokusiński ciągnie dalej: „No widzisz Zygfryd, czy możliwe jest aby dyspozytor był takim tyranem, który ustala tak wczesne pory kursów. Pomyśl chwilę, czy to się kupy trzyma. A jeśli uważasz, że się nie trzyma to postępuj zgodnie z tym jak uważasz (obowiązuje Cię przecież nawet błędne sumienie). Bądź wierny sobie. Wstań o 9 i idź na autobus o 10”. No cóż, jeśli Zygfryd tak zrobi niewątpliwie się z Nudowa do Rozrywkowa nie wyrwie. W takim przypadku zrobi źle, jeśli uwierzy swojej wiedzy (sumieniu), mając wystarczające przesłanki, żeby stwierdzić, że jest błędne.
A teraz bez metafor. Może się zdarzyć, że ktoś nie miał katechizmu i księdza pod ręką i całe życie był przekonany, że kłamać w dobrym celu można. Zasada ta go obowiązywała, bo był w błędzie, nie wiedział, że tak nie jest. Ale przyszedł do spowiedzi i ksiądz mu powiedział, że kłamstwo jest czynem wewnętrznie złym i nawet w dobrym celu kłamać nie wolno. Teraz już sumienie owego kogoś nie jest w błędzie. Ma potrzebną wiedzę. Czy z niej zrobi użytek – to już inna sprawa. Ale jeśli nie zrobi nie będzie się mógł powołać na błędne sumienie, ale na nieposłuszeństwo jako motyw swego działania.
Niniejszym oświadczam, że chętnie wdam się z Panią Wałejko w polemikę o sumienia u świętego Tomasza (mogę debatować zarówno o synderezie jak i consciencji – nie ma sprawy). Stawiam tylko jeden warunek – debata musi być oparta na tekstach samego Tomasza a nie interpretacjach Tadeusza Bartosia.
Dziwna logika
I na koniec coś, z czym w tekście pani Wałejko nie tyle się nie zgadzam, co raczej zupełnie tego nie rozumiem. Na samym początku Pani Doktor dosyć że tak powiem stanowczo i krytycznie chyba wypowiada się o księżach, którzy „łamiąc świecenia wchodzą w związek z kobietą”. A pod koniec tekstu przywołuje bzdurna interpretację nauki o błędnym sumieniu od której - o ironio - o. Tadeusz Bartoś OP rozpoczął swoją publiczną epopeję teologiczną, która skończyła się wyjściem z zakonu i porzuceniem kapłaństwa. Czy związku pomiędzy taką teologią, a takimi a nie innymi wyborami Pani Doktor Wałejko rzeczywiście nie widzi? A jeśli widzi, to jak można chwalić kogoś, że np. wsiadł w Krakowie do IC Lajkonik, a później robić mu wyrzuty, że dojechał do Warszawy? Tej właśnie logiki nie rozumiem.
P.S. Zainteresowanych problemem niemożliwości przystępowania do sakramentów osób żyjących w związkach niesakramentalnych odsyłam do doskonałego artykułu o. Jacka Salija OP z książki „Pytania nieobojętne” pt: „Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów?”. Artykuł można znaleźć także pod adresem internetowym: http://mateusz.pl/ksiazki/js-pn/js-pn_35.htm.
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w jedną stronę, mnie bardziej podoba się spacer w dokładnie przeciwnym kierunku. Ale tym razem mam ochotę pójść dokładnie w tym kierunku, w którym idzie większość – w kierunku radykalnego sprzeciwu wobec ACTA.
Tak sobie pomyślałem, że należałoby kiedyś – a dzień świętego Mikołaja jest ku temu okazją dobrą, jak mało która – uporządkować całą tę sprawę z prezentami. Uporządkować to znaczy dokonać klasyfikacji – ustalić kategorie, typy, rodzaje. Zacząłem zatem porządkować.
Dzięki pomysłowi i życzliwości o. Cypriana Klahsa OP miałem możliwość opublikowania Listów starego anioła do młodego. Ukazało się ich dwadzieścia. Zawsze chciałem dokończyć pracę i napisać jeszcze jedenaście i Toast. Powód był tylko taki, że C.S. Lewis napisał 31 listów starego diabła do młodego. Niezwykle życzliwe, niespodziewanie liczne i przychodzące wszelkiego rodzaju pocztą reakcje czytelników na publikację pierwszych dwudziestu listów anielskich napełniły mnie nadzieją, że jest jakiś sens w pisaniu kolejnych jedenastu. Napisałem zatem, a ten poniższy jest pierwszym z nowej serii.
Serdecznie polecam świetny wywiad z o. Jackiem Salijem OP. Mam wrażenie, że jest to głos na puszczy - zwłaszcza w środowisku dominikańskim. Ale również dlatego warto wsłuchać się szczególnie uważnie.
Bardzo mi się ostatnio spodobała koncepcja open-source. W informatyce - bo informatyk wytłumaczył mi na czym to wszystko polega - open source jest tworzeniem darmowego oprogramowania, które później może być wykorzystywane, ale i rozwijane przez kolejnych użytkowników. Z wielu powodów idea ta bardzo przypadła mi do gustu. Ale teraz nie o tym. Nie programuję i raczej już nie będę tego robił, więc włączenie się w ideę open-source na płaszczyźnie informatyki jest dla mnie niemożliwe. Niemniej jednak zaświtał mi pomysł, że idea owa może pomóc w uratowaniu pewnego projektu, którego sam nie mogę już zrealizować. Chodzi o napisanie serii dwunastu opowiadań. Napisałem trzy, mam koncepcję całości i chętnie ją odstąpię temu, kto będzie chciał zrobić z niej użytek. Postaram się wszystko teraz wyjaśnić.
JANUSZ PYDA – dominikanin, urodzony w 1980 roku, absolwent filozofii UJ i teologii PAT, prowadził zajęcia z logiki i teologii dogmatycznej. Publikował w „Teofilu”, „Znaku”, „Christianitas” i „Teologii Politycznej”. Mieszka w Krakowie.