Koniec epoki czwartej władzy
Przede wszystkim obudziliśmy się gwałtownie i stwierdziliśmy, że potrafimy myśleć i czuć samodzielnie, a tego co myśleć i czuć wypada a posiadanie czego w sercu i głowie nie jest obciachem nie muszą nam mówić smagłolicy dziennikarze, wszystkowiedzący komentatorzy i wybitni intelektualiści. Bardzo charakterystyczna była sytuacja, kiedy na Rynku Głównym w Krakowie, tuż przed Mszą pogrzebową prezydenckiej pary zebrany tłum „podziękował za posługę” jakiejś tam stacji telewizyjnej. A przecież nie powinni tak nerwowo reagować. Co za maniery i to jeszcze gdzie - w Krakowie. W studiu siedziało właśnie kilku oświeconych mędrków, którzy mięli wszystkim powiedzieć jak tę całą sytuację rozumieć i jak ją odczuwać. Ale tak się złożyło, że w Bazylice Mariackiej właśnie stały trumny z ciałami prezydenckiej pary i ludzie zgromadzeni na Rynku raptem stwierdzili, że nie chcą teraz oglądać gadających głów, że w zasadzie naród sam wie co myśleć, czy płakać wypada czy nie bardzo i generalnie chyba jest w stanie po ludzku przeżyć żałobę na swój sposób. Wzburzenie społeczeństwa związane z manipulacją wizerunkiem Prezydenta przez media było rzeczywiście duże. Niezależnie od sympatii politycznych trudno było nie dostrzec, że raptem odnalazły się zupełnie nieobciachowe zdjęcia i fragmenty prezydenckich przemówień. Dlaczego uważam, że to jest ważna lekcja? Ponieważ jestem przekonany, że media w Polsce dokonały gigantycznej zdrady swojej własnej misji. Stały się czwartą władzą, a przecież media w demokracji powinny być po stronie ulicy, a nie władzy. Media polskie przez ostatnie dwadzieścia lat nie tyle przedstawiały ulicy co się u władzy dzieje, co raczej wpadły na pomysł, że będą uczyły ulicę co ma o władzy myśleć – takiej czy innej. Ale nie tylko o władzy też o świecie, Kościele, wydarzeniach. Określenie, które powinno być obelgą dla mediów – czwarta władza – stało się dumą i programem działania polskiej telewizji, prasy, radia i Internetu. W ostatnich dniach społeczeństwo demokratyczne się przebudziło i stwierdziło, że nie chce jeszcze czwartej władzy, ale prawdziwych mediów i to takich, które nie pouczają tam gdzie nie trzeba i wychowują, tych, których nie trzeba ale chcą informować i stoją zawsze wśród zwykłych ludzi. I są im winne szacunek – zwykłym szarym ludziom. Wkurzało mnie strasznie, kiedy po żałobie media raptem zaczęły chwalić same siebie i wystawiać sobie laurki – jak to relacjonowały ponad podziałami i obiektywnie ostatnie wydarzenia. Uważam, że świat dziennikarski i medialny w ostatnich latach dokonał obrzydliwej zdrady społeczeństwa oraz swojej misji i powinien za to przeprosić. Ale cieszę się, że społeczeństwo to dostrzegło, bo prawdziwa demokracja współczesna bez prawdziwych mediów długo nie przetrwa.
Koniec epoki infantylizmu
O harcerzach już pisałem, ale napiszę jeszcze raz. Mam dziwne wrażenie, że po 1989 roku wychowywano nas na inteligentnych durniów – piszę nas, bo sam jestem nieszczęśliwym beneficjentem tego stylu wychowania. Urodziłem się w 1980 roku i wraz ze swoimi rówieśnikami byłem chyba pierwszym pokoleniem nie tyle wychowywanym, co kształconym. O co mi chodzi? W kraju na dorobku wychowywano większość z nas na dorobkiewiczów – najlepiej bezideowych, bo przecież cecha ta jak żadna inna pomaga w dorobku. Kształcono nasze umiejętności, ale nie wychowywano nas do tego co najważniejsze – poświęcenie dla dobra wspólnego, patriotyzmu, szacunku do wartości, dyscypliny wewnętrznej i zewnętrznej. Dobrze zapowiadający się młodzieniec to taki co chodzi na lekcje angielskiego, francuskiego i niemieckiego, jest sprawny komputerowo, jeździ na nartach, gra w tenisa i squash’a, musi być wygadany – bo nie tylko na maturze trzeba zrobić prezentację, ale całe życie jest prezentacją i sztuką promocji. Nie musieliśmy się uczyć jak dobrze żyć, ale jak dobrze pisać CV. Który z rodziców zamieniłby lekcje angielskiego swojego dziecka na harcerskie zbiórki? Nauczono nas jak troszczyć się o siebie i dobrze wypaść na rozmowie o pracę, ale nikt od nas wymagał tego, żeby troszczyć się o dobro wspólne czy Ojczyznę. Stare arystotelesowski pojęcie troski o dobro wspólne skojarzono w naszej głowie z socjalistycznym czynem społecznym i sadzeniem drzewek. Państwo polskie nie znaczyło nic więcej, niż Zakład Ubezpieczeń Społecznych, nudne transmisje sejmowych obrad i brud Polskich Kolei Państwowych i konieczność wymiganie się od poboru. Wychowywano nas nie na „Kamieniach na szaniec” Kamińskiego, ale na „Młodych wilkach” Żamojdy – realnie, nie deklaratywnie. Nauczono nas intelektualnego sceptycyzmu i inteligentnej ironii wobec wartości, za które nasi rówieśnicy sześćdziesiąt lat temu oddawali życie. Piosenkę „Janek Wiśniewski padł” usłyszeliśmy w „Psach” Pasikowskiego – wiadomo w jakim kontekście. Ale po ostatnich wydarzeniach coś się zmieniło. Z ukrycia wyszli harcerze – dzieciaki, młodzież i dorośli, choć na początku drogi życiowej. Wyszli ofiarni, zorganizowani, ideowi. Myślę, że wszyscy im pozazdrościliśmy tego jacy są, co robią, w co wierzą i jak wierzą. Myślę, że wiele i dzieciaków i rodziców chętniej zamieni teraz trening squash’a na harcerską zbiórkę. A być może harcerstwo przestanie być niszą i stanie się na powrót tym, czym było kiedyś – wychowaniem młodych ludzi przez Ojczyznę i dla Ojczyzny w poświęceniu dla dobra wspólnego i służbie dla innych. Ale obecność i zachowanie harcerzy w tym ostatnim czasie miało jeszcze jeden fantastyczny skutek. Pamiętam, jak kilka lat temu prowadząc w „Beczce” grupę Dominikańskiej Szkoły Współczesności zorganizowaliśmy dyskusję o patriotyzmie. Szybko pojawiło się pytanie, czy gdyby pojawiła się sytuacja taka, jak wtedy, za czasów Powstania Warszawskiego, czy my bylibyśmy zdolni do takich poświeceń, jak Ci młodzi ludzie wówczas. Nie przypominam sobie, aby ktoś bronił tezy, że tak. Wszyscy mięli wątpliwości. Ale po tym, co zobaczyliśmy w ostatnich tygodniach w postawie harcerzy możemy powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem, że tak, znaleźliby się tacy. Pod postem o harcerzach, który napisałem niedawno, ktoś wpisał komentarz: „Nie ma wątpliwości, że gdyby przyszło co do czego, to Pan Bóg miałby czym obrzucić szaniec”. Myślę, że dokładnie o to chodzi. Młodzi ludzie na nowo zobaczyli i uwierzyli, że są wśród nich tacy, którzy są kamieniami obrobionymi, uformowanymi i do ręki Bożej dopasowanymi i że jak by Pan Bóg potrzebował to by szaniec z nich solidny usypał. A ci, którzy poczuli, że takimi nie są chyba trochę pozazdrościli. A jak to się ma do obudzenia demokratycznego ducha w narodzie? Cóż, ja wierzę, że Frycz Modrzewski miał rację, mówiąc, iż „takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie” i wierzę, że dzięki tym harcerzom pod pałacem i w całej Polsce i dzięki ich służbie obudziło się w poważne podejście do młodego wieku i zrozumienie, co to znaczy, że trzeba go dobrze wykorzystać – na najlepsze wychowanie a nie tylko na najlepsze wykształcenie. Mamy dorastać do służby Ojczyźnie, a nie jedynie pracy w korporacji.
Koniec epoki grillowania
Odzyskawszy spokój i wolność żyliśmy dotychczas sielankowo. Szczęśliwi, ale w swoim szczęściu źle zabezpieczeni (nie pamiętam kto to napisał – ale mądry był). Każdy, kto próbował powiedzieć, że mogą się zdarzyć jeszcze w naszej historii trudne sytuacje i tragiczne momenty uważany był za oszołoma ze spiskową teorią dziejów w kieszeni. Przewracając postpolityczne kiełbaski na ahistorycznym grillu, wśród ludycznych uciech narodowego nowobogactwa i upajając się sielankową atmosferą poświęconego wyłącznie przyszłości narodowego festynu zapomnieliśmy, że w swoim szczęściu nie jesteśmy wystarczając zabezpieczeni, że wobec losu możemy być bezradni, że tym, co nas może uratować w chwilach trudnych, to nie indywidualne bogactwo, komfort życia i poczucie humoru na poziomie Kuby Wojewódzkiego, ale zdolność do bycia razem, do wspólnoty, do zebrania się wokół tego w co wierzymy i co wyznajemy. Tragedia, która się wydarzyła była straszna, ale Pan Bóg potrafił z niej wyprowadzić dobro. Mam wrażenie, że przynajmniej część z nas pochowała grille i wyciągnęła flagi. Szkoda, że z kirem.
Koniec epoki PR-u
Daliśmy się nabierać na gładkość wymowy, niebieskie koszule, speców od marketingu i wizerunku politycznego i na opaleniznę i jeszcze na tysiąc innych rzeczy. Ale myślę, że od tej chwili pierwsze, o co będziemy pytać decydując się na poparcie danego człowieka w sprawach publicznych to o taka prostą rzecz, czy słowo patriotyzm w ogóle do tego pana czy pani pasuje. To bardzo ważne, aby każdy z nich był sprawnym zarządzającym, dobrym managerem i reprezentacyjnym gościem. Ale podstawowe pytanie brzmi – czy określenie patriota w ogóle do niego albo do niej przystaje.
Jeszcze kilka epok się skończyło w czasie naszej żałoby narodowej. Ale ten post jest i tak za długi. W każdym razie patrzę i oczom nie wierzę, bo mam wrażenie, że historia rzeczywiście dzieje się na naszych oczach. Ale jeszcze jedno mnie cieszy. Wierzę w istnienie przypadków – także tych tragicznych. Wierzę, że to co się stało było tragicznym przypadkiem. Wierzę też, że dobro które się rodzi jest z Bożej Opatrzności. Ale wierzę w jeszcze jedno. Wierzę, że gdybyśmy spytali pewnie większość tych, którzy zginęli, czy zgodziliby się oddać życie, aby ze społeczeństwem stało się to, co się dzieje po ich śmierci – usłyszelibyśmy potwierdzenie – nawet jeśli wypowiedziane zupełnie niemedialną frazą i nieprzystającym do inteligenckiej nowomowy językiem.