Menu
 
Fotoreportaże
 
 

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter z informacjami o nowościach kliknij przycisk:
kontynuuj Kontynuuj

Rozmiar czcionki: A A A RSS

Sed contra
Janusz Pyda OP Październik 2009

24.10.2009 19:07

Góra w kraju Czejenów

Natknąłem się wczoraj na bardzo piękną historię. Pochodzi z lat osiemdziesiątych XIX wieku i została opowiedziana przez Starego Wilka, Wielkiego Wodza Czejenów, plemienia zamieszkującego tereny dzisiejszej Montany (Ten siedzący mężczyzna na zdjęciu poniżej to właśnie Stary Wilk). Czejenowie byli już wówczas plemieniem doświadczonym przez los. Nie tak dawno temu razem z Dakotami odnieśli wspaniałe zwycięstwo nad wojskami Gen. Custera, w bitwie nad rzeką Little Big Horn. Ale zaraz potem białych ogarnęła panika i w pościg za czerwonoskórymi wojownikami z nad Little Big Horn ruszyły wojska Gen. George’a Cooka w słynnym Marszu Końskiego Mięsa (The Horsemeat March). Od tego momentu Indianie mieli raczej trudną sytuację. Główny, zwycięski indiański wódz z nad Little Big Horn skończył występując w rewii Buffalo Billa, a w roku 1890 został zabity we własnym rezerwacie przez indiańskich policjantów. Podobnie tragiczny los spotykał w tym czasie wielu Dakotów i Czejenów. Historia jest mniej więcej z tego czasu.


Jest taka Góra w kraju Czejenów, która wznosi się ponad wszystkimi otaczającymi ja górami. Wszyscy z plemienia Czejenów znają tę Górę. Znali ją już nasi przodkowie. Jako dzieci biegaliśmy wszędzie, gdzie tylko chcieliśmy. Nigdy nie martwiliśmy się o to, że zgubimy naszą drogę do domu, gdy tylko Góra była w zasięgu wzroku i wskazywała nam jak powrócić do domu.



Kiedy dorośliśmy podążyliśmy za bizonami i łosiami. Nie troszczyliśmy się, gdzie nas zaprowadzi biegnący jeleń tak długo, jak Góra była dla nas widoczna. Wiedzieliśmy, że zawsze jest ona bezpiecznym przewodnikiem i nigdy nie porzuca swego obowiązku. Jako mężczyźni walczyliśmy ze Siuksami, Wronami, i białym człowiekiem. Drogami, które się wznosiły i opadały ścigaliśmy naszych wrogów. Nasze serca nie drżały w obawie o drogę. Tak długo jak mogliśmy widzieć Górę byliśmy bowiem pewni, że odnajdziemy nasz dom. Kiedy byliśmy daleko, nasze serca drżały z radości na Jej widok, bo mówiła nam, że nasz dom jest coraz bliżej.




Zimą śnieg białym płaszczem pokrywał całą ziemię. Nie mogliśmy już odróżnić Jej od innych gór inaczej, niż dzięki jej wysokości. Wysokość mówiła nam, że to właśnie ta Góra. Niekiedy zbierały się nad Nią czarne chmury i kryły jej wierzchołek przed naszymi spojrzeniami. Wypadały z nich ogniste strzały, które dziurawiły zbocza Góry. Gromy wstrząsały Nią od stóp do głów. Nawałnica jednak minęła, a Góra pozostała na zawsze.



Ta Góra to Czarna Suknia [Black-robe – tak rdzenni amerykanie nazywają katolickiego księdza]. Jego serce jest solidne jak skała. On się nie zmienia. Mówi do nas słowa prawdy. Zawsze jesteśmy pewni naszej ścieżki, kiedy zwracamy się doń po radę. Jest Górą, która prowadzi nas do Boga.



Przeczytałem tę historię w dodatku do Magnificat’u (taki amerykański OREMUS, który tak różni się od swojego polskiego odpowiednika, jak polskie kino akcji od amerykańskiego kina akcji). Dodatek został zredagowany specjalnie z okazji Roku Kapłańskiego i w części zawierającej teksty do medytacji została zamieszczona również ta opowieść.


 
Można ją znaleźć w książce pt. Parish Priest, Father Michael McGivney and American Catholicism napisanej przez D. Binkley’a i W. Morrowa. W każdym razie opowieść Starego Wilka uświadomiła mi kilka spraw.



Tym co jest bardzo ważne, a być może najważniejsze w byciu księdzem jest stabilność czyli innymi słowy – wierność. Pamiętam, że swojego czasu często słyszałem powtarzane jako przestrogę i przykład złego myślenia powiedzenie: „Mierny, bierny, ale wierny” – oczywiście w odniesieniu do powołania kapłańskiego. Miało ono znaczyć, że w powołaniu kapłańskim przede wszystkim liczy się wyjątkowość, aktywność nie zaś po prostu zwykłe BYCIE kapłanem, czy jak mawiali niektórzy „strażnikiem czy urzędnikiem kultu”. Jestem od 10 lat zakonnikiem i od trzech lat księdzem i to mi zupełnie wystarczy, żeby być przekonanym, że wierność jest zdecydowanie najtrudniejszym i najważniejszym składnikiem powołania kapłańskiego. Przy czym trudno nie zauważyć, że – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – kapłan wierny swojemu kapłaństwu to ktoś, kto nie tyle kojarzy się z miernością, co raczej niezwykłą wyjątkowością. Częściej słyszymy o odejściach od powołania kapłańskiego czy też niewierności temu powołaniu, niż stabilnej wierności.
Po drugie, każdy rozsądny człowiek wie, że wierność wymaga znacznie więcej zmagań i prawdziwej aktywności, niż można by przypuszczać patrząc nań z zewnątrz. Nie jest wielkim problemem przeprowadzić w życiu kilka spektakularnych, kawaleryjskich szarży. Wielkim problemem jest utrzymać obronę twierdzy własnego życia aż do jego końca – w momencie gdy wojownicy są zmęczeni, zapasy się kończą i nadzieja powoli gaśnie. To dlatego w naszej wierze moralnej zawsze twierdziliśmy, że cnota męstwa bardziej objawia się w długotrwałej obronie, niż w ataku. Wiedzą o tym wszyscy małżonkowie, którzy mają za sobą kilka lat wspólnego życia, a jeszcze lepiej ci, którzy mają za sobą srebrne czy złote gody. Językowe zestawienie „mierny, bierny, ale wierny” jest najgłupszym i do tego myślę zupełnie diabelskim pomysłem na deprecjację wierności.
Wydaje mi się, że kiedy człowiek wstępuje do Zakonu, albo decyduje się na kapłaństwo modli się, żeby był DOBRYM księdzem. Po kilku latach zaczyna się modlić, żeby mógł umrzeć jako ksiądz czy zakonnik czyli dochować wierności swojemu powołaniu. I to nie jest kapitulacja. To jest rozsądek, który mówi, że największą i najcenniejszą zdolnością duszpasterską jest siła i stabilność Góry z kraju Czejenów, nie zaś fantazja i finezyjność piaskowego zamku z plaży w Pobierowie. Dlatego chyba Piotr został nazwany Opoką.

Historia pewnego tekstu

Kiedyś napisałem pewien dosyć kontrowersyjny tekst, który gdzieś na końcu zawierał propozycję zakładu: „Jeśli mi ktoś udowodni, że jest przeciwnie, niż twierdzę, to wystąpię z Zakonu”. Nie miałem najmniejszej chęci występować z Zakonu. Traktowałem to jako taki modus irrealis: „Jeśli nie Chrystus nie zmartwychwstał, to jesteśmy największymi durniami w okolicy” albo „Gdyby kot szczekał, to byłby psem”. Ale okazało się, że przestraszyłem tym zakładem wielu ludzi – nawet tych, którzy mnie osobiście nie znali. Miało to oczywiście fantastyczne skutki, bo wiele osób zaczęło się za mnie modlić, co zawsze wychodziło mi na dobre. Niemniej jednak uświadomiłem sobie jedną rzecz – wierzący prawidłowo zareagowali strachem na taką deklarację. Zmysł wiary podpowiadał im bowiem, że podbijam pokerowo-polemiczną stawkę najcenniejszą i fundamentalną wartością, jaką kapłan ma – wiernością powołaniu, stabilnością Góry. Wtedy po raz pierwszy nauczyłem się, że ludzie od księdza przede wszystkim oczekują tego, żeby był i pozostał księdzem i żeby mogli to widzieć. Cóż, zgadzam się dziś, ze wszystkimi tezami artykułu, który kiedyś napisałem. Niemniej jednak nigdy już nie zakończyłbym go w taki sposób.

I jeszcze jedna sprawa. Ksiądz jak Góra z kraju Czejenów nie musi razem z Czejenami jeździć na polowania i wojny. Nie chodzi o to, żeby był dokładnie tam, gdzie wojownicy, ale aby był tam, gdzie dom wojowników. Góra ma wskazywać drogę, pokazywać dom a nie szlajać się z myśliwymi za bizonami. Ksiądz jeśli chce służyć temu światu musi czasami pozwolić, aby czasem świat się od niego oddalił. Jeśli zacznie dostosowywać się do świata, być może na zawsze pozostanie Górą, być może nawet najwyższą, ale nie będzie już w stanie wskazywać drogi do domu jak Góra Czejenów, która postanowiłaby jeździć z Czejenami na wojny czy polowania.


 

Skomentuj Poleć znajomemu Drukuj



Zapamiętaj mnie na tym komputerze


Aby dodawać komentarz, musisz się zalogować.
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

Właściciel serwisu dominikanie.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Internautów na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do usuwania treści zabronionych prawnie, obraźliwych, nie związanych z tematem lub naruszających zasady współżycia społecznego.

14 komentarzy

 
17.10.2009 20:21 | Polański, seks i zmiana świata
Spędzając sobotnie przedpołudnie w pralni miałem sporo czasu, aby przejrzeć gazety z ostatniego tygodnia. Było o gazociągu północnym, pogrzebie (a w zasadzie uroczystości pożegnalnej) zamordowanej studentki Yale, kanonizacji Zygmunta Szczęsnego Felińskiego (serio, na 15 stronie The Wall Street Journal), skandalu związanym z pewnym franciszkaninem, proboszczem, który przez wiele lat układał sobie szczęśliwe życie rodzinne i kapłańskie aż do momentu, gdy okazało się, że chyba jednak tego się nie da ułożyć (na pierwszej stronie wczorajszego The New York Times’a). Ale najbardziej zaciekawił mnie artykuł dotyczący sprawy Romana Polańskiego. Pod tekstem podpisał się Michael Cieply, artykuł był zatytułowany „In Polanski Case ‘70s Culture Collides With Changed World”, a wydrukował go w ostatnią niedzielę The New York Times. Bardzo mnie zaciekawiło w czym spór kultury lat siedemdziesiątych i dzisiejszego, innego już rzeczywiście świata miałby się niby przejawić w sprawie Romana Polańskiego. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że autor artykułu dostrzegł coś ważnego, ale sądzę, że spokojnie można pójść jeszcze dalej w tym sposobie myślenia, które Cieply zaprezentował. ... więcej »

12.10.2009 00:11 | Szantaż pochwalny
Tak się składa, że bardzo lubię prezydenta Baraka Obamę. W niczym się z nim nie zgadzam i uważam za politycznego szkodnika, ale wzbudza we mnie najszczerszą sympatię. Wydaje mi się, jest to jedna z najzabawniejszych form relacji do drugiego człowieka. Istnieją cztery kombinacje relacji, przy uwzględnieniu tych dwóch czynników: sympatii i zgodności myślenia. ... więcej »

10.10.2009 22:12 | Pozdrowienia z Ameryki

W zasadzie mam ochotę zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze chciałbym wszystkich serdecznie pozdrowić z mojego nowego domu – to znaczy ze Stanów Zjednoczonych.


Po drugie przepraszam, że tak długo nie pisałem, ale mam dwa poważne argumenty na swoje usprawiedliwienie. Po pierwsze wyprowadzałem się z klasztoru krakowskiego, w którym spędziłem ostatnie siedem lat. To nie było proste. Po drugie chciałbym zaznaczyć, że napisałem w ostatnim czasie dwa posty. Jeden z lotniska w Pradze, gdzie po raz pierwszy od kilku tygodni miałem chwilę, żeby spokojnie usiąść i wypić kawę. Drugi post razem ze zdjęciami z Indii powstał w Nowym Jorku. Niestety oba wspomniane teksty rozpłynęły się w wirtualnej przestrzeni, kiedy próbowałem je opublikować na blogu. Może to i lepiej, ale byłem strasznie zły.


... więcej »


Blok wschodni
Wojciech Surówka OP

Ofiarowanie »
08.02.2012

Strefa Wodza
Tomasz Nowak OP

Matka Boża z Kibeho »
07.02.2012

„Abandon”
Małgorzata Wałejko

Może tylko pragnienie »
05.02.2012


 
Przeczytały reportaż - teraz pomagają
Dzięki reportażowi zamieszczonemu w miesięczniku &... »
 
komentarzy: 1
ocena:
ACTA
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w j... »
 
komentarzy: 10
ocena:
Na chłopski rozum rzecz biorąc
Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykując... »
 
komentarzy: 7