Sed contra
Janusz Pyda OP
Październik 2009
Góra w kraju Czejenów
Natknąłem się wczoraj na bardzo piękną historię. Pochodzi z lat osiemdziesiątych XIX wieku i została opowiedziana przez Starego Wilka, Wielkiego Wodza Czejenów, plemienia zamieszkującego tereny dzisiejszej Montany (Ten siedzący mężczyzna na zdjęciu poniżej to właśnie Stary Wilk). Czejenowie byli już wówczas plemieniem doświadczonym przez los. Nie tak dawno temu razem z Dakotami odnieśli wspaniałe zwycięstwo nad wojskami Gen. Custera, w bitwie nad rzeką Little Big Horn. Ale zaraz potem białych ogarnęła panika i w pościg za czerwonoskórymi wojownikami z nad Little Big Horn ruszyły wojska Gen. George’a Cooka w słynnym Marszu Końskiego Mięsa (The Horsemeat March). Od tego momentu Indianie mieli raczej trudną sytuację. Główny, zwycięski indiański wódz z nad Little Big Horn skończył występując w rewii Buffalo Billa, a w roku 1890 został zabity we własnym rezerwacie przez indiańskich policjantów. Podobnie tragiczny los spotykał w tym czasie wielu Dakotów i Czejenów. Historia jest mniej więcej z tego czasu.

Kiedy dorośliśmy podążyliśmy za bizonami i łosiami. Nie troszczyliśmy się, gdzie nas zaprowadzi biegnący jeleń tak długo, jak Góra była dla nas widoczna. Wiedzieliśmy, że zawsze jest ona bezpiecznym przewodnikiem i nigdy nie porzuca swego obowiązku. Jako mężczyźni walczyliśmy ze Siuksami, Wronami, i białym człowiekiem. Drogami, które się wznosiły i opadały ścigaliśmy naszych wrogów. Nasze serca nie drżały w obawie o drogę. Tak długo jak mogliśmy widzieć Górę byliśmy bowiem pewni, że odnajdziemy nasz dom. Kiedy byliśmy daleko, nasze serca drżały z radości na Jej widok, bo mówiła nam, że nasz dom jest coraz bliżej.





Tym co jest bardzo ważne, a być może najważniejsze w byciu księdzem jest stabilność czyli innymi słowy – wierność. Pamiętam, że swojego czasu często słyszałem powtarzane jako przestrogę i przykład złego myślenia powiedzenie: „Mierny, bierny, ale wierny” – oczywiście w odniesieniu do powołania kapłańskiego. Miało ono znaczyć, że w powołaniu kapłańskim przede wszystkim liczy się wyjątkowość, aktywność nie zaś po prostu zwykłe BYCIE kapłanem, czy jak mawiali niektórzy „strażnikiem czy urzędnikiem kultu”. Jestem od 10 lat zakonnikiem i od trzech lat księdzem i to mi zupełnie wystarczy, żeby być przekonanym, że wierność jest zdecydowanie najtrudniejszym i najważniejszym składnikiem powołania kapłańskiego. Przy czym trudno nie zauważyć, że – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – kapłan wierny swojemu kapłaństwu to ktoś, kto nie tyle kojarzy się z miernością, co raczej niezwykłą wyjątkowością. Częściej słyszymy o odejściach od powołania kapłańskiego czy też niewierności temu powołaniu, niż stabilnej wierności.
Po drugie, każdy rozsądny człowiek wie, że wierność wymaga znacznie więcej zmagań i prawdziwej aktywności, niż można by przypuszczać patrząc nań z zewnątrz. Nie jest wielkim problemem przeprowadzić w życiu kilka spektakularnych, kawaleryjskich szarży. Wielkim problemem jest utrzymać obronę twierdzy własnego życia aż do jego końca – w momencie gdy wojownicy są zmęczeni, zapasy się kończą i nadzieja powoli gaśnie. To dlatego w naszej wierze moralnej zawsze twierdziliśmy, że cnota męstwa bardziej objawia się w długotrwałej obronie, niż w ataku. Wiedzą o tym wszyscy małżonkowie, którzy mają za sobą kilka lat wspólnego życia, a jeszcze lepiej ci, którzy mają za sobą srebrne czy złote gody. Językowe zestawienie „mierny, bierny, ale wierny” jest najgłupszym i do tego myślę zupełnie diabelskim pomysłem na deprecjację wierności.
Wydaje mi się, że kiedy człowiek wstępuje do Zakonu, albo decyduje się na kapłaństwo modli się, żeby był DOBRYM księdzem. Po kilku latach zaczyna się modlić, żeby mógł umrzeć jako ksiądz czy zakonnik czyli dochować wierności swojemu powołaniu. I to nie jest kapitulacja. To jest rozsądek, który mówi, że największą i najcenniejszą zdolnością duszpasterską jest siła i stabilność Góry z kraju Czejenów, nie zaś fantazja i finezyjność piaskowego zamku z plaży w Pobierowie. Dlatego chyba Piotr został nazwany Opoką.
Historia pewnego tekstu
Kiedyś napisałem pewien dosyć kontrowersyjny tekst, który gdzieś na końcu zawierał propozycję zakładu: „Jeśli mi ktoś udowodni, że jest przeciwnie, niż twierdzę, to wystąpię z Zakonu”. Nie miałem najmniejszej chęci występować z Zakonu. Traktowałem to jako taki modus irrealis: „Jeśli nie Chrystus nie zmartwychwstał, to jesteśmy największymi durniami w okolicy” albo „Gdyby kot szczekał, to byłby psem”. Ale okazało się, że przestraszyłem tym zakładem wielu ludzi – nawet tych, którzy mnie osobiście nie znali. Miało to oczywiście fantastyczne skutki, bo wiele osób zaczęło się za mnie modlić, co zawsze wychodziło mi na dobre. Niemniej jednak uświadomiłem sobie jedną rzecz – wierzący prawidłowo zareagowali strachem na taką deklarację. Zmysł wiary podpowiadał im bowiem, że podbijam pokerowo-polemiczną stawkę najcenniejszą i fundamentalną wartością, jaką kapłan ma – wiernością powołaniu, stabilnością Góry. Wtedy po raz pierwszy nauczyłem się, że ludzie od księdza przede wszystkim oczekują tego, żeby był i pozostał księdzem i żeby mogli to widzieć. Cóż, zgadzam się dziś, ze wszystkimi tezami artykułu, który kiedyś napisałem. Niemniej jednak nigdy już nie zakończyłbym go w taki sposób.
I jeszcze jedna sprawa. Ksiądz jak Góra z kraju Czejenów nie musi razem z Czejenami jeździć na polowania i wojny. Nie chodzi o to, żeby był dokładnie tam, gdzie wojownicy, ale aby był tam, gdzie dom wojowników. Góra ma wskazywać drogę, pokazywać dom a nie szlajać się z myśliwymi za bizonami. Ksiądz jeśli chce służyć temu światu musi czasami pozwolić, aby czasem świat się od niego oddalił. Jeśli zacznie dostosowywać się do świata, być może na zawsze pozostanie Górą, być może nawet najwyższą, ale nie będzie już w stanie wskazywać drogi do domu jak Góra Czejenów, która postanowiłaby jeździć z Czejenami na wojny czy polowania.
14 komentarzy
-
2010-05-02
Biedronka
A jednak Indianie i tutaj inspirują ...ciekawe zdjęcia i tekst ...szczególnie końcówka komentarza Oj...
A jednak Indianie i tutaj inspirują ...ciekawe zdjęcia i tekst ...szczególnie końcówka komentarza... » -
2009-10-30
Ania
Trochę na temat, trochę nie...
No cóż, mogę znów coś polecić... To śmieszne, że w moim unikaniu lektur "duchowych" i tak te... » -
2009-10-29
m
...
daje dużo do myślenia i o to chodzi... Dzieki, że Ojciec to napisał... »
W zasadzie mam ochotę zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze chciałbym wszystkich serdecznie pozdrowić z mojego nowego domu – to znaczy ze Stanów Zjednoczonych.
Po drugie przepraszam, że tak długo nie pisałem, ale mam dwa poważne argumenty na swoje usprawiedliwienie. Po pierwsze wyprowadzałem się z klasztoru krakowskiego, w którym spędziłem ostatnie siedem lat. To nie było proste. Po drugie chciałbym zaznaczyć, że napisałem w ostatnim czasie dwa posty. Jeden z lotniska w Pradze, gdzie po raz pierwszy od kilku tygodni miałem chwilę, żeby spokojnie usiąść i wypić kawę. Drugi post razem ze zdjęciami z Indii powstał w Nowym Jorku. Niestety oba wspomniane teksty rozpłynęły się w wirtualnej przestrzeni, kiedy próbowałem je opublikować na blogu. Może to i lepiej, ale byłem strasznie zły.
... więcej »
















