Opowieści z betonowego lasu
Krzysztof Pałys OP
Gdzie narodziłby się Jezus?
Stajnia to nietypowe miejsce na urodziny Mesjasza. A towarzystwo jeszcze bardziej. Pasterze byli brudni, na dodatek niewykształceni, dla ówczesnych izraelitów byli warstwą pogardzaną. Nieczyści, grzeszni. Ale narodzony Jezus wybiera właśnie ich. To jednak nie koniec Bożych prowokacji.
Wyobraź sobie, że nikt cię nie kocha. Masz wrażenie, że przyszedłeś na świat przez przypadek. W rodzinnym domu czujesz się intruzem. Nikt nie pyta dokąd wychodzisz, ani kiedy wrócisz. Nikt nie pamięta o twoich imieninach, urodzinach. Wciąż słyszysz o tym czego nie powinieneś robić, a nigdy o tym, że jesteś ważny. W szkole spotykasz się z krytyką, nie spełniasz oczekiwań nauczycieli, rówieśników w swojej klasie. Wszędzie nie pasujesz. Twoja nienawiść do ludzi i świata, poczucie niezrozumienia i rozgoryczenie wzrasta z dnia na dzień.
Zaczynasz robić wszystko, aby cię zauważono, by choć na chwilę zaistnieć. Szukasz przynależności, miejsca, w których by cię zaakceptowano, gdzie mógłbyś w końcu poczuć się sobą. Nierzadko takim miejscem staje się środowisko przestępcze. Wchodzisz na równię pochyłą, a to śliski grunt.
Kilka dni temu byłem na wigilii dla wychowanków pewnego socjoterapeutycznego ośrodka, z którym współpracuję. Szkoła, przedszkole i świetlica. Młodzież i dzieci ze środowisk zagrożonych wykluczeniem społecznym. W domach problemy finansowe, rozbite małżeństwa, częstym gościem jest alkohol. Te dzieci noszą to wszystko w sobie. Agresję, poczucie niezrozumienia, wewnętrzne blokady, których sami do końca nie rozumieją. W tej pracy często nie widać spektakularnych owoców, to nauka umiejętności cieszenia się drobnymi sukcesami. Wiara, że Bóg ma do człowieka swoje własne sposoby dotarcia, dla nas często niewidoczne.
Próbuję zachować spokój. Zasada, której uczą mądrzy trenerzy boksu, doskonale sprawdza się w życiu. Jeśli zostaniesz trafiony, i w złości i upokorzeniu będziesz próbował natychmiast bez przygotowania oddać – otrzymasz kolejny cios. Tym razem powalający na ziemię. - Bierz kartkę, to nie boli – mówię nie zwracając uwagi na jego zachowanie. – Nie bój się głosu Boga – próbuję żartować.
Siedemnastoletni chłopak w końcu uśmiecha się, mam wrażenie że sprawdza moją odporność:
- No dobra, mogę wziąć - mówi.
Nawiązuje się nić porozumienia. Tak poznaję Wojtka.
Po Wigilii wracamy jednym tramwajem. Kasuję za niego bilet.
- Dzięki, po raz pierwszy od pięciu lat będę jechał legalnie – prostodusznie stwierdza.
Już na przystanku Wojtek zaczyna opowiadać o sobie. Ma wyrok w zawieszeniu na cztery lata. Jeśli w tym czasie dokona kolejnego przestępstwa trafi na rok do więzienia. Ta perspektywa go mobilizuje, aby spokornieć. Wychowany na ulicznych bójkach, kradzieżach i ucieczkach z domu. Jest sprytny i pewny siebie. Socjoterapeutyczna szkoła to dla niego ostatnia szansa.
Kilka miesięcy temu kradnie na kilka dni samochód, identyczny jakim jeżdżą tajniacy w policji. Bez prawa jazdy objeżdża z kolegą pół Polski. W dużym mieście na światłach, obok nich, zatrzymuje się policyjny radiowóz. Kierowca przygląda się z uwagą.
- Z jakiej komendy jesteście? – pada pytanie z radiowozu.
- Nie chcę rozmawiać o sprawach zawodowych – z pewnością siebie odpowiada chłopak. Wygląda znacznie dojrzalej niż w rzeczywistości.
- Mówicie, przecież pracujemy w jednej branży.
- Z Kielc – na poczekaniu wymyśla.
- I jak tam się pracuje?
- Jak wszędzie, bywa lepiej i gorzej – Wojtek nawet nie sili się na błyskotliwość. Udziela lakonicznych odpowiedzi.
Policjanci uśmiechają się życzliwie. - To dobrego dnia wam życzymy. Pozdrówcie kolegów na komendzie.
Innym razem wraca z kolegami z tzw. „ustawki”. To umówione spotkania grupy kibiców piłkarskich w celu „wymiany opinii” na temat swoich drużyn.
Do tramwaju wchodzą kontrolerzy biletów. Jest ich trzech.
- Proszę bilety do kontroli.
- Nie mam.
- A Ty? – pytanie do kolejnej osoby.
- Też nie mam.
Wojtek z kolegami przejmują nagle inicjatywę i grzecznie proszą, aby kontrolerzy pokazali im swoje legitymacje. Kontrola kończy się kradzieżą trzech dokumentów i spokojnym opuszczeniem tramwajowej linii. Przez resztę dnia chłopaki testują skuteczność owych papierów. W jednym tramwaju natrafiają na dwójkę agresywnie nastawionych mężczyzn. Sportowe ubranie, nonszalancja w ruchach, wydaje się im, że są nie do ruszenia.
- Bilety do kontroli.
- Weź sp… - pada odpowiedź
Niestety, okazało się, że swój trafił na swego.
- Co spi…? Dawaj 50 złotych – pada wyraźny nakaz.
Mężczyźni są zdezorientowani. Nigdy do tej pory nie spotkali się z taką kontrą. Postura i pewność siebie kontrolerów wyraźnie osłabia ich poczucie nietykalności.
- Nie mam tyle, mam 40.
- Może być czterdzieści.
W milczeniu wysłuchuję kolejnych opowieści. Staram się nie oceniać, dzięki temu chłopak staje się bardziej otwarty. W tym wszystkim odczuwam nawet do Wojtka pewną sympatię. To trochę tak, jak podczas oglądania filmu o napadzie na bank. Wszyscy wiemy, że bohaterowie są nieuczciwi, a jednak kibicujemy im do końca. Ten spryt nam imponuje. Niestety w realnym życiu może to skończyć się klęską.
W końcu pytam o Kościół, wiarę i Pana Boga. Mój rozmówca bez skrępowania opowiada o swojej modlitwie, mówi o dziadku, który kilka miesięcy zmarł. Twierdzi, że odczuwa jego wsparcie.
Ma marzenie, aby zostać kierowcą samochodów dostawczych. Chciałby jeździć po Europie.
Wizyta w socjoterapeutycznym przedszkolu. Dzieci są lustrem tego co dzieje się w domu. Przychodzę w pełnym dominikańskim rynsztunku. Biały habit i czarna kapa. Na spotkanie wybiega kilkuletni Piotruś z Emilką: „Święty Mikołaj, święty Mikołaj!”.
Z wychowawcami ustaliliśmy, aby zrobić spotkanie na temat świąt. Skąd się wzięły? Do czego się odnoszą? Przy okazji będzie można "oswoić się" z księdzem. Czytamy Biblię w obrazkach, później przychodzi czas na pytania. Tego zawsze boję się najbardziej. Do dziś pamiętam wspomnienie jednego z moich dominikańskich współbraci. Dzieci wciąż pytały ile Pana Jezusa jest w hostii? Czy w jednym opłatku jest tylko cząsteczka, a w innym kolejna? Wymęczony już kolejnym tłumaczeniem powiedział sześciolatkom:
- Posłuchajcie mnie teraz dzieci uważnie. Jezus w konsekrowanym opłatku jest obecny nie ilościowo, ale substancjalnie. - W klasie zapanowała cisza. Zakonnik wprowadził uczniów w rzeczywistość metafizyki. Mówiąc mi o tym w telefonicznej rozmowie śmiał się ze swoich słów.
Doskonale go rozumiem, tak jak i brata, który prowadząc katechezę w drugiej klasie gimnazjum zobaczył, że większość klasy zupełnie go nie zauważa. Wziął wówczas do ręki kredę i na tablicy zaczął tłumaczyć scholastyczne koncepcje świętego Tomasza używając obficie filozoficznego języka. Klasa była pod wrażeniem.
Dzieci są bezlitosne w obnażaniu naszych teologicznych wywodów. Jeśli sami ich do końca nie rozumiemy, nie potrafimy wytłumaczyć tego, w co wierzymy, kilkoma słowami i prostym językiem, jesteśmy na straconej pozycji. Wielokrotnie doświadczałem jak prowadząc dziecięce msze święte, plątał mi się język, gdy miałem mówić o Trójcy Świętej lub po prostu komentując Ewangelię. Tym razem nie miało być inaczej.
- Gdzie narodził się Pan Jezus? – pytam.
- Na pustyni!
- A po co się narodził? – pada kontr pytanie.
- By nas zbawić – odpowiadam.
- A co to znaczy?
- Abyśmy się wszyscy mogli znaleźć w niebie.
- A mój dziadek dwa miesiące temu umarł – dodaje Anetka.
- I może być w piekle? – Tomuś wykazuje się katechetyczną erudycją.
- A modlisz się za dziadka? – pytam
Dziewczynka kiwa głową.
- Skoro tak, to na pewno Pan Bóg chciałby aby Twój dziadzio był szczęśliwy. Więc on na pewno jest w niebie.
- A gdzie jest piekło?
- Słyszałem, że pod ziemią – dodaje Tomek.
- Nie dzieci, piekło to jest stan – zaczynam mądrze tłumaczyć.
Przedszkolaki patrzą zdumione. Nie rozumieją co do nich mówię. Natomiast trójka socjoterapeutów zamiast wesprzeć biednego zakonnika, zwija się ze śmiechu.
- Piekło jest wtedy, kiedy się nie kocha – w ostatniej chwili przychodzi na myśl zrozumiała odpowiedź.
Dzieci jednak mają więcej pytań.
- Dlaczego Jezus nie miał ojca?
- A gdzie jest Pan Bóg? Przecież go nie widać?
- Słyszałem, że mieszka w niebie – dodaje inny.
- No tak, ale możemy go spotkać także w drugim człowieku – próbuję zmienić tor dyskusji na tajemnicę wcielenia. - Was też stworzył Pan Bóg -
- Mnie stworzyła mama – stwierdza Kasia.
Naszej rozmowie przysłuchuje się Marek, jeden z rodziców. Widać, że chce mi pomóc. Ma wielkie tatuaże, które wylewają się aż na dłonie, bynajmniej nie religijne.
- A czy wiecie, że Pan Bóg jest także w kamieniu? – nagle mówi.
To betonowe koło ratunkowe. Owoc apokryficznego cytatu, tak obficie cytowanego w pewnym popularnym filmie. Niestety, trąci panteizmem.
- Pan Bóg w kamieniu? - Dzieci wybuchają śmiechem. Okazuje się, że mają w sobie zdecydowanie więcej bożej intuicji niż niejeden przemądrzały filozof.
Próbuję jednak pomóc tacie, dla swojego synka przecież jest autorytetem.
- Tata chciał powiedzieć, że możemy także poznać Pana Boga patrząc na Jego stworzenie.
Żegnamy się serdecznie, wracam do klasztoru z głową pełną pytań. Gdzie możemy zobaczyć tego Pana Boga? Przecież na co dzień go nie widać. Spotykałem rodziny, które nie były miejscami pokoju. Gdzie zamiast miłości można było się spotkać z agresją, przemocą i zdradą. Jeden z ojców karmił swoje dziecko wódką, aby mniej płakało, inna mama regularnie wyrzucała syna na ulicę, przyprowadzając coraz to nowych wujków, wobec innego dziecka było poważne podejrzenie o seksualne molestowanie.
U takich rodziców też znajdziemy Pana Jezusa?
Stajnia to nietypowe miejsce na urodziny Mesjasza. A towarzystwo jeszcze bardziej. Pasterze byli brudni, na dodatek niewykształceni, dla ówczesnych izraelitów byli warstwą pogardzaną. Nieczyści, grzeszni. Ale narodzony Jezus wybiera właśnie ich. Przychodząc na świat jak ostatni, chciał upodobnić się do ostatniego z ludzi, powiedzieć wszystkim odrzuconym, że jest przede wszystkim ich bratem. To jednak nie koniec Bożych prowokacji. Jakiś czas później Świętą Rodzinę odwiedza trzech mędrców. Nazywamy ich królami, jednak Biblia mówi, że byli magami. Kolejna niespodzianka Bożego Narodzenia. Ci mężczyźni zajmowali się na co dzień magią, która w Starym Testamencie była znienawidzonym grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu. Wystarczy zobaczyć jak skończył Saul.
Dziwny ten nasz Bóg. Na swoich przyjaciół wybiera ludzi z podejrzanych środowisk i wciąż nie chce dać się ujarzmić.
Jestem niezwykle ciekaw, gdzie urodziłby się dzisiaj.
« powrót
15 komentarzy
-
2011-01-08
nashim1
[to bedzie komentarz z lekkim opoznieniem-byloby latwiej, gdyby webmasterzy zamiescili link "zapomn...
[to bedzie komentarz z lekkim opoznieniem-byloby latwiej, gdyby webmasterzy zamiescili link... » -
2011-01-08
Carmen
Bardzo piękny artykuł
po raz kolejny głęboko poruszyła mnie miłość Pana Jezusa do każdego człowieka » -
2010-12-31
martusia
Re: tentego
Dzieci uczą pokory i są do bólu szczere :) pozdrawiam »
Każdy chrześcijanin, a przede wszystkim ksiądz, powinien kłócić się z Bogiem o grzesznika: „Panie, przecież ja go nie potępiam, więc i Ty też nie możesz być gorszy ode mnie”. W każdym człowieku kryje się bowiem coś świętego i nietykalnego. Zadaniem kapłana jest to ochronić. Nawet jeśli robi to na wyrost.
... więcej »Winston Churchill twierdził, że mówca tak powinien skonstruować przemówienie, by wyczerpać temat, ale nie wyczerpać słuchaczy. Myślę, że tak samo powinno być z dobrą książką.
... więcej »Ten kto chce dziś zobaczyć błogosławioną Matkę Teresę, powinien popatrzeć na jej siostry.
... więcej »Chrześcijanie nie walczą ze złem. Oni zło przemieniają na dobro. Ile osób walcząc z wadami człowieka rozbiło przyjaźń? Ilu księży oburzonych na grzech współbraci zostawiło swoje kapłaństwo? Ile żon walcząc z mężem alkoholikiem rozbiło małżeństwo? Nie jest sztuką grać, kiedy się wygrywa. Najtrudniejsze są sytuacje kiedy przegrywa się 3:0 i trzeba dograć do końca.
... więcej »Dla takich osób ważne jest dlaczego ty wierzysz. Co jest takiego w tym Jezusie, że ludzie są gotowi przelać krew? Słuchają uważnie, jeśli jednak nie znajdą autentycznej odpowiedzi, odejdą.
... więcej »




















