Opowieści z betonowego lasu
Krzysztof Pałys OP
O dmuchanych kościołach
W zakonie dominikanów charyzmat poczucia humoru dostaje się jeszcze przed założeniem habitu. Już pierwsze dominikańskie legendy mówią o radości. Jordan kazał nowicjuszom śmiać się nawet na wieczornej komplecie, karcąc przy okazji gorszącego się tym brata.
„Prawda przychodząca na ten świat ma dwie twarze. Jedna jest smutna od cierpienia, a druga się śmieje; jest to jednak ciągle ta sama twarz – roześmiana czy zapłakana. Kiedy ludzie są już zrozpaczeni – może lepszy jest dla nich śmiech, kiedy zaś czują się zbyt dobrze i są zbyt pewni swego bezpieczeństwa, może lepiej będzie, jeśli ujrzą twarz zapłakaną” - twierdził Black Elk, indiański katecheta Lakotów.
Ojciec Joachim Badeni często mi powtarzał, że dominikanin bez poczucia humoru od moralnej strony jest występny. Ludzie, którzy są blisko Pana Boga potrafią żartować ze świata, a przede wszystkim z samych siebie. Tylko ludzie o wolności chrystusowej potrafią przyjąć krytykę bez obrażania się, bez lęku, że utracą swój wypielęgnowany wizerunek. Żartować z idiotyzmów, z którymi mamy do czynienia na co dzień, w kapitalny sposób potrafili najwięksi święci. Poprzez ironię można wyśmiać głupotę. Śmiech może służyć temu, by przełamać smutek, lub dostrzec coś więcej.
Do dziś papierkiem lakmusowym dojrzałych wspólnot są dla mnie bracia czy siostry, które potrafią się głośno śmiać. Ile razy wracam od sióstr Misjonarek Miłości, tyle razy poprawia mi się humor. Choć niektóre siostry z Afryki, Indii czy Meksyku niemal nie mówią po polsku to zawsze witają mnie zaraźliwym śmiechem. Dogadujemy się wówczas bez słów. Podobnie mają siostry Antonianki, prowadzące w Łodzi Dom Samotnej Matki.
Kiedy myślę o swoim byciu w zakonie kojarzą mi się dwie rzeczy. Nigdy nie płakałem tyle co tutaj, ale też nigdy nie śmiałem się tak bardzo. Płaczem się krępuję, jedynie kaplica i modlitwa w samotności jest dla mnie przyjazną ku temu przestrzenią, natomiast śmiać się uwielbiam – uważam to za istotną część dominikańskiego charyzmatu (płacz zresztą także). Już pierwsze dominikańskie legendy mówią o radości. Jordan kazał nowicjuszom śmiać się nawet na wieczornej komplecie, karcąc przy okazji gorszącego się tym brata. Dominik wspominany jest jako osoba pogodna, więc musiał często doświadczać łaski szczerego śmiechu.
Dziś debiutowałem w robieniu pizzy. Zmobilizował mnie kolejny kolumbijski dominikanin, którego od wczoraj gościmy w klasztorze. Obiad jedliśmy z całą wspólnotą, rozmawiając we wszystkich znanych nam chyba językach. Goszczący także na posiłku Mały Brat od Jezusa (zgromadzenie żyjące duchowością Karola de Foucauld) mówił po francusku, reszta posiłkowała się angielskim, hiszpańskim lub obficie korzystała z uniwersalnej gestykulacji i szeleszczącego dla obcokrajowców polskiego. Okazuje się, że nawet bracia z innego kontynentu nasze żarty łapią błyskawicznie. A co lepsze, odwzajemniają się tym samym.
Nie wiem jak w innych zakonach, ale u dominikanów charyzmat ironii i humoru otrzymuje się już przed założeniem habitu.
Kilka lat temu przełożeni skierowali mnie do prenowicjatu, aby przez sześć tygodni pomagać ojcu Michałowi Ślizowi, który zajmuje się „powołaniową branżą”. Dobrze było patrzeć na entuzjazm przyszłych dominikanów, ich ofiarność, pasję i fascynację Ewangelią. Niektórym zostało tak do dzisiaj, z czego cieszę się niezmiernie.
W tym czasie mieszkał w Warszawie jeden z ojców, na co dzień pracujący we Francji. Słynął ze specyficznego poczucia humoru i nieco oryginalnych pomysłów. Jeden z nich sprzedał warszawskim braciom. Pomysł był na tyle intrygujący, że migiem dostał się w prenowicjacki obieg.
Poszło o dmuchane kościoły.
Owy dominikanin, stworzył niezwykła koncepcję ożywienia mobilności naszego zakonu. Bracia powinni zaopatrzyć się w dmuchany kościół oraz kempingowe przyczepy. Dzięki temu problem nowych placówek zostanie szybko rozwiązany. Żadnych zbędnych negocjacji co do miejsca zamieszkania, problemów związanych z budową kościoła. Po prostu zbiera się ekipa kilku zakonników, wybiera miasto docelowe. Przyczepki służące za klasztorne cele ustawia się obok siebie tworząc jednocześnie konwent. W kilka godzin stawiany jest dmuchany kościół i już można zaczynać duszpasterskie dzieło. Tanio, szybko, nowatorsko.
Inny atut: kiedy bracia pokłóciliby się ze sobą, mogliby zawsze odpiąć od źródła zasilania swoją „jeżdżącą celkę” i w kilka minut udać się do kolejnej kempingowej wspólnoty. Żadnych kosztownych przeprowadzek, stosów kartonów. Jednym słowem same plusy.
Historia stała się hitem. Szybko pojawiły się kolejne interpretacje, stworzone przez prenowicjuszy. Były nawet opowieści o braciach, którzy z dalekiej przyszłości cofnęli się w czasie przybierając postać któregoś z ojców. Owi przybysze mieli zjechać windą z piątego piętra służewieckiego klasztoru, którego jeszcze nie ma, ale będzie za kilkadziesiąt lat. Wysłannicy mieli tajny plan zniszczenia wszystkich zwolenników modernizacji zakonu. Z przyszłości zostali wysłani też inni dominikanie, którzy niczym Terminator mieli chronić kiełkujący dopiero co w umysłach zakonników pomysł. Zaczęła się walka. Konserwatyści z przyszłości przeciwko futurystycznym modernistom.
Pamiętam rekreacyjne rozmowy przy słonych paluszkach i coca-coli, zaskakujące zwroty akcji, i wciąż świetną ironię przyszłych dominikanów. Wielokrotnie brzuch bolał mnie ze śmiechu. Wieczorami rozchodziliśmy się do swoich cel, mając w głowie absurdy wymyślanych rozmów. Być może była to próba oderwania się od codziennych problemów i trudności? Możliwe, jednak jak widać na powyższym przykładzie, mój wpływ na duchowy rozwój przyszłych dominikanów był zatrważająco niski.
I pewnie o owych błyskotliwych koncepcjach byłbym już całkiem zapomniał, gdyby nie mail od Wielebnego Diakona Piotra Kruka, otrzymany kilka dni temu. Piotrek dzieląc się pewnym duszpasterskim pomysłem, wysłał mi linka do strony, na której znalazłem także zdjęcia do… dmuchanego kościoła. Niestety, brakuje tylko kempingowych przyczepek.
To moment na zazdrość, śmiech czy płacz? Pomóżcie, bo ja jestem zdezorientowany.
« powrót
76 komentarzy
-
2011-02-04
nul(ka)
dobra nowina
JoAsiu, potrzebne mi było dobre słowo. Dziękuję. » -
2011-02-04
JoAsia
Re: Re: Re: Re: dobra nowina
Tak, Ojciec rzadko się odzywa. Co do dugiej części komentarza - teraz rozumiem...i trzymaj... » -
2011-02-04
nul(ka)
Re: Re: Re: dobra nowina
Ojciec by sie nie odezwał, nawet gdybyśmy mu widelcem wyjęli wątrobe. Zakładałby i słusznie, że... »
Każdy chrześcijanin, a przede wszystkim ksiądz, powinien kłócić się z Bogiem o grzesznika: „Panie, przecież ja go nie potępiam, więc i Ty też nie możesz być gorszy ode mnie”. W każdym człowieku kryje się bowiem coś świętego i nietykalnego. Zadaniem kapłana jest to ochronić. Nawet jeśli robi to na wyrost.
... więcej »Winston Churchill twierdził, że mówca tak powinien skonstruować przemówienie, by wyczerpać temat, ale nie wyczerpać słuchaczy. Myślę, że tak samo powinno być z dobrą książką.
... więcej »Ten kto chce dziś zobaczyć błogosławioną Matkę Teresę, powinien popatrzeć na jej siostry.
... więcej »Chrześcijanie nie walczą ze złem. Oni zło przemieniają na dobro. Ile osób walcząc z wadami człowieka rozbiło przyjaźń? Ilu księży oburzonych na grzech współbraci zostawiło swoje kapłaństwo? Ile żon walcząc z mężem alkoholikiem rozbiło małżeństwo? Nie jest sztuką grać, kiedy się wygrywa. Najtrudniejsze są sytuacje kiedy przegrywa się 3:0 i trzeba dograć do końca.
... więcej »Dla takich osób ważne jest dlaczego ty wierzysz. Co jest takiego w tym Jezusie, że ludzie są gotowi przelać krew? Słuchają uważnie, jeśli jednak nie znajdą autentycznej odpowiedzi, odejdą.
... więcej »























