Opowieści z betonowego lasu
Krzysztof Pałys OP
Historie niekatechetyczne
To nie sukcesy, lecz porażki są najcenniejsze, gdyż dzięki nim możemy przestać liczyć na siebie. Łatwiej się o tym mówi, jednak zdecydowanie trudniej przerabiać to na własnej skórze.
Pamiętam gdy w nowicjacie otrzymałem dominikański habit, taki sam jaki nosił Dominik. Miałem ochotę w nim spać i pracować. Jak kiedyś mnisi od świętego Benedykta. Wyobrażałem sobie, że będę prowadził teraz życie kontemplacyjne polegające na chodzeniu w kapturze po ulicach miasta i klasztornym korytarzu. „Ewangelizacja świadectwem” – myślałem. Kaptur na głowie, więc zakonnik się modli – tak mówi tradycja. Na szczęście moi przełożeni zawsze okazywali zdrowy rozsądek, delikatnie korygując naiwną pobożność. Do dziś nie mogę w to uwierzyć, ale dopuszczono mnie do profesji wieczystej.
Kiedy leżałem na gołej posadzce krakowskiej bazyliki, składając wieczyste śluby zakonne, nie mogłem powstrzymać płaczu. Trząsłem się w spazmach, jednocześnie wstydząc się swoich łez. Nie był to jednak płacz człowieka pogrążonego w smutku zmarnowanego życia, lecz kogoś kto doświadczył Bożego miłosierdzia. Schola śpiewała O Spem Miriam i nagle wszystko stało się inne. Konflikty, urazy, problemy, które wydawały się nie do rozwiązania, w obliczu Jego łaski nagle nabrały znaczenia i sensu. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś takiego. Ryczałem jak dzieciak, bo ogarniała mnie Jego miłość, z którą nic na tym świecie równać się nie mogło.
Nie mogłem uwierzyć, że zakon który kocham, miejsce w którym po raz pierwszy w życiu poczułem się jak u siebie, będzie moim domem – aż do śmierci.
Rok później przyjąłem święcenia kapłańskie. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałem plany zmieniania świata. Nosiłem w sobie przekonanie, że moje słowa, napełnione Bożą Mocą dokonają cudów. Że ludzie słysząc Dobrą Nowinę z kapłańskich ust zafascynują się nią, niemal tak samo jak ja.
Były różne momenty. Takie kiedy ze śmiechu bolała mnie przepona i takie, gdy biegłem do kaplicy z poczuciem niezrozumienia i bólu.
Nigdy jednak nie żałowałem swojej decyzji.
Dominikański zakon, kapłaństwo to najpiękniejsze rzeczy jakie mnie w życiu spotkały. Mimo iż seminaryjna formacja dobiegła końca, Pan Bóg nie zakończył swojej pracy. Niczym mądry pedagog dodaje wyzwań, wciąż ucząc pokory. Potrafi zakpić z nadęcia, z tego żałosnego napuszenia. Jakby chciał powiedzieć „nie bądź taki ważny Krzysztofie i przestań się tak napinać. To ja zbawiam świat, a nie ty”.
Benedyktyński mnich Anselm Grun uczy: „Pozwól, by się na ciebie zawaliło wszystko, i czekaj, aż Bóg, który wprowadził cię w tę sytuację, wyciągnie cię z niej”.
To nie sukcesy lecz porażki są najcenniejsze, gdyż dzięki nim możemy przestać liczyć na siebie i zacząć na Niego. Łatwiej się o tym mówi, jednak zdecydowanie trudniej przerabiać to na własnej skórze.
Kolejny dzień rekolekcji dla dziewczyn w Domu Samotnej Matki. Idę na autobusowy przystanek kiedy zaczepia mnie Marcin. Potężna postura, tatuaże schodzące aż na palce u rąk. Wygląd przestępcy połączony z wyjątkowo niskim tembrem głosu sprawiają, że ogarnia mnie lęk. Próbuję się przełamać stając wyprostowany i patrząc odważnie w oczy. Wulgaryzmy nie robią na mnie wrażenia. Używa ich jako przerywników, aby złapać oddech. Dziwny widok. Zakonnik w białym habicie, słuchający bluzgów, które opisują wiarę. „Bo Kościół to nie k… budowla, ale kościół jest we mnie! I h… mnie obchodzi, że ludzie się mnie boją!”. Zaraz odjeżdża mój autobus, więc proponuję rozmowę w klasztorze.
Żegnamy się podając sobie ręce. Jadę do dziewczyn myśląc, że niejedna z nich została porzucona przez podobnych „twardzieli”. Po cichu liczę, że Marcin jednak nie przyjdzie. Po prostu się go boję. Boję się nie tylko jego wyglądu, sposobu mówienia i wyrażania emocji, lecz chyba najbardziej własnej bezradności. Tego, że nie będę potrafił mu pomóc.
Bóg chce inaczej i Marcin niespodziewanie zjawia się w klasztorze. Zapamiętał moje imię, ulicę. Już na klasztornym korytarzu zdążył wystraszyć młodą dziewczynę czekającą na psychologa. Zaraz potem delikatnie mnie poproszono, abym w przyszłości wybierał inne miejsca na tego typu spotkania. Nie protestuję, gdyż rozumiem owe argumenty.
Poznaję jego historię. Kilka lat w Legii Cudzoziemskiej sprawiły, że ma poważne problemy ze zdrowiem. Nerwowo nie wytrzymuje i ucieka w alkohol, przelotne związki. Podczas rozmowy wyciąga ostry sprężynowy nóż i patrzy na moją reakcję.
- Wiesz ojciec co to jest?
- Wiem.
- Mogę nim rzucić lub odebrać komuś życie.
- Możesz, jesteś wolnym człowiekiem.
Nagle ostrze przykłada sobie do nadgarstka i zmienia głos na jeszcze bardziej niski. Mam wrażenie, że robi to z premedytacją.
- Nie boję się krwi, a dzięki legii nóż stał się moim przyjacielem.
Serce zaczyna mi bić szybciej.
- Nie chcę widzieć Twojej krwi, więc odłóż nóż – mówię.
Marcin bez słowa podaje białą broń do mojej ręki.
- Zobacz, można się z nim zaprzyjaźnić.
Jako snajper był na misji w jednym z krajów Afryki. Twierdzi, że ma na koncie kilkadziesiąt zabójstw. „Była wojna, robiłem to w obronie życia”. Przełykam ślinę. Przypomina mi się świadectwo polskiego żołnierza, który przyjechał z Iraku. Wrócił niemal bez włosów, jako strzępek nerwów. Były okresy, w których niemal co piętnaście minut w polskiej bazie było słychać strzały. Nie chciał już wracać, mimo iż oferowano mu jeszcze wyższe pieniądze. Do dziś nie może się do końca pozbierać.
Marcin nie był u spowiedzi przez ponad trzydzieści lat. Twierdzi, że czeka go piekło. Kiedy mówi o Bogu oczy zaczynają mu się szklić. „Przecież ku… ja już nie będę inny” – dusi przez łzy.
Siedzę wstrząśnięty. Byłbym nieuczciwym głupcem mówiąc, że „wszystko się ułoży”. Rozsądek podpowiada, że jednak nie wszystko. Na ludzkiej psychice są ślady i zranienia, które pozostają w nas do końca.
Wiem, że katechetyczna historia powinna skończyć się szczęśliwie. Marcin znalazł pracę, zyskał przyjaciół, założył szczęśliwą rodzinę. Jezus uzdrowił go z chorób somatycznych i emocjonalnych zranień.
Niestety, ta historia katechetyczną nie jest. Na kolejnym spotkaniu Marcin rezygnuje z chęci spowiedzi. „Coś mi odbiło, że ojcu tak powiedziałem. Może potrzebuję czasu?” – stwierdza.
Chce wierzyć, że Bóg ma do niego swoje sposoby dotarcia. Tym razem niewidoczne dla mnie.
Śliczna dwudziestosześcioletnia dziewczyna od czterech lat zarabia jako prostytutka na północy Polski. Wszystkie pieniądze topi w alkoholu i hazardzie. Żyje z dnia na dzień. W momencie zupełnego kryzysu prosi o pomoc. We współpracy z pewną organizacją udaje się znaleźć dla niej nowe miejsce, w którym mogła by ułożyć swoje życie na nowo. Kobieta rezygnuje po kilku dniach i wraca do starego środowiska, doskonale wiedząc, że jest ono dla niej destrukcyjne. „Pierd… waszą pomoc” - krzyczy.
Takich opowieści mógłbym podać sporo. Słysząc poharatane ludzkie historie, mam ochotę płakać razem z tymi ludźmi. Podobno z czasem można się uodpornić, zachować dystans. Podobno.
Widząc ból i cierpienie, któremu nie umiem zaradzić, chciałbym móc powiedzieć niczym Piotr: „Nie mam srebra ani złota. W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” – ale takiej mocy nie dostałem. Nie potrafię uzdrawiać jak mój Pan z Nazaretu.
Kilka dni temu, będąc w Szczecinie, byłem odwiedzić w onkologicznym szpitalu mojego 12 letniego przyjaciela, który od 3 lat walczy z chorobą nowotworową. W połowie zeszłego roku amputowano mu nogę. Jest bardzo dzielny, podobnie jak jego rodzice.
Kiedyś za jedno bliskie mi małżeństwo modliłem się przez kilkanaście miesięcy – rozeszło się. Do dziś nie rozumiem tego – o czym mówiłem Mu wielokrotnie.
Owszem, bywają wspaniałe chwile, kiedy ludzie stają na nogi, powracają do pionu, ale są i historie, które zostawiają zawód i rozgoryczenie. To żadne nośne homiletyczne przykłady. Żaden barwny dodatek do seminaryjnych opowieści, o tym, jakich to wielkich dzieł Bóg dokonuje przez nas.
Rodzicie dziecka, które związało się z homoseksualnym środowiskiem proszą o pomoc. Ojciec dziewczyny, która uciekła z domu pyta co ma zrobić? Mężczyzna, który przez hazard stracił swój cały majątek, a długi będą spłacać jego dzieci, zastanawia się jak teraz ma żyć… Żona po tragicznej śmierci męża głowi się jak wyżywić piątkę dzieci i opłacić rachunki za kilkaset złotych miesięcznie? Kolejne maile proszące o pomoc lub modlitwę, telefony, rozmowy, spotkania.
Szukamy wspólnie rozwiązań, bywa, że w ciemno. Owszem, jest sztab specjalistów, ukończone stosowne studia, szkolenia, są ośrodki, z którymi współpraca bardzo się przydaje. Jednak bywa, że i to nie wystarcza...
Jak z tym wszystkim żyć? Co poradzić? Odpowiem zupełnie szczerze. Nie wiem.
Jednak znam Kogoś kto wie.
« powrót
21 komentarzy
-
2011-02-20
nashim1
Krzysztofie, ani się nie napinaj, ani sie nie martw poprostu rób swoje. I nie oczekuj, że poznasz ci...
Krzysztofie, ani się nie napinaj, ani sie nie martw poprostu rób swoje. I nie oczekuj, że poznasz... » -
2011-02-18
Sportowiec
Ocena:



Re: Bo może trzeba ostrzej?
Ciekawi mnie co znaczy ostrzej? Z człowiekiem jak z mydłem, jak za mocno naciśniesz wyleci, jak... » -
2011-02-16
Maciej
Bo może trzeba ostrzej?
Może problem z dotarciem do takich ludzi jak przytoczony Marcin, polega na tym, że nie nadajemy... »
Każdy chrześcijanin, a przede wszystkim ksiądz, powinien kłócić się z Bogiem o grzesznika: „Panie, przecież ja go nie potępiam, więc i Ty też nie możesz być gorszy ode mnie”. W każdym człowieku kryje się bowiem coś świętego i nietykalnego. Zadaniem kapłana jest to ochronić. Nawet jeśli robi to na wyrost.
... więcej »Winston Churchill twierdził, że mówca tak powinien skonstruować przemówienie, by wyczerpać temat, ale nie wyczerpać słuchaczy. Myślę, że tak samo powinno być z dobrą książką.
... więcej »Ten kto chce dziś zobaczyć błogosławioną Matkę Teresę, powinien popatrzeć na jej siostry.
... więcej »Chrześcijanie nie walczą ze złem. Oni zło przemieniają na dobro. Ile osób walcząc z wadami człowieka rozbiło przyjaźń? Ilu księży oburzonych na grzech współbraci zostawiło swoje kapłaństwo? Ile żon walcząc z mężem alkoholikiem rozbiło małżeństwo? Nie jest sztuką grać, kiedy się wygrywa. Najtrudniejsze są sytuacje kiedy przegrywa się 3:0 i trzeba dograć do końca.
... więcej »Dla takich osób ważne jest dlaczego ty wierzysz. Co jest takiego w tym Jezusie, że ludzie są gotowi przelać krew? Słuchają uważnie, jeśli jednak nie znajdą autentycznej odpowiedzi, odejdą.
... więcej »


















