Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP
Jezus Chrystus czy Jezus Barabasz?
Gdy Jezus z uczniami szedł drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć.
Łk 9,57-58
Zastanawiałem się tu niedawno, "co wierzący poczną z Nergalem" i nie sądziłem, że wzbudzę takie emocje. Mimo wszystko nie zaprzestaję dalej zadawać sobie tego pytania, zachęcony medytacją nad ewangelamii z Liturgii tego tygodnia oraz lekturą Jezusa z Nazaretu Benedykta XVI. Wbrew pozorom, tu wcale nie chodzi o Nergala.
Nie odmawiam nam chrześcijanom, wbrew temu co niektórzy chcieli mi zarzucić, prawa do sprzeciwu wobec tych wszystkich postaw w życiu społecznym, które uderzają prymitywnie w wiarę. Jesteśmy uczestnikami życia społecznego, więc mamy prawo korzystać z demokracji i prawa głosu.
Sprzeciw jednak nie zwolni nas wierzących w Chrystusa z pytania o to, czy jest w nas wewnętrzna zgoda na to, że i tak wszystkich praw i szacunku dla siebie w tym świecie nie zyskamy a tym bardziej nie wymusimy, bo nie mamy tu miejsca stałego, ale przyszłego oczekujemy. List do Diogenata (II w.) mówi o nas: mieszkają w swojej ojczyźnie, lecz są jakby obcokrajowcami. Czy dopuszczamy do siebie w ogóle taką myśl, że choć jesteśmy dla świata tym czym dusza jest dla ciała (por. List do Diogeneta ), to jednak jesteśmy dla świata jakby wyjętymi z prawa - outlaw. Każda taka sytuacja, w której nasza wiara poddawana jest próbie przez zlekceważenie, jest okazją to przeżycia jej nie tyle zewnętrznie - w formie protestu i oburzenia - ale duchowo, na drodze Ośmiu Błogosławieństw. Innej drogi ku wolności niż ta, którą przeszedł Chrystus - sam wyjęty spod prawa, obcy wsród swoich - nie odnajdziemy. Tylko na tej drodze zachowamy ewangeliczną tożsamość: są obrzucani obelgami, a oni odnoszą się z szacunkiem (List do Diogeneta).
Królestwo Boże to nie tyle miejsce ale osoba. Benedykt XVI przypomina w Jezusie z Nazaretu, że to Chrystus jest uosobieniem Królestwa. On jest Królestwem. I jeśli chcemy mieć udział w Jego chwale, to nie ominiemy krzyża: upokorzenia, samotności, braku przyjęcia i szacunku, bo lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć. I gdy nie jesteśmy z odpowiednimi honorami przyjmowani w tym świecie, nie koniecznie od razu musimy z siebie robić męczenników i wyruszać na "wyprawę krzyżową", przed czym przestrzega uczniów Chrystus:
Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka (Łk 9,51-56).
Ile straciliśmy w tych dniach czasu i duchowej energii na krucjatę przeciwko Nergalowi a na ile rzeczywiście umocniliśmy się wewnętrznie w wierze?
Według niedawno zrobionych badań, które publikuje "Tygodnik Powszechny" (http://tygodnik.onet.pl/1,67714,druk.html) okazuję się, że rodzice w Polsce bardziej uczą i wymagają od swych dzieci zewnętrznego, zrytualizowanego przeżywania wiary a nie potrafią o darze wiary rozmawiać, dzielić się nią i ją wzbudzać. Rodzicie nie mogę wyłącznie zatrzymać się na proteście wobec tego wszystkiego, co zewnętrznie zagraża wierze ich dzieci. Bardziej powinni nauczyć je zdolności mądrego, refleksyjnego dojrzewania w wierze, zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia, którego nigdy nie da się ostatecznie wyeliminować. W każdych czasach Kościoła znajdą się jakieś "lwy", które będą chciały nas "pożreć" ale nie odbiorą nam wiary. Wiarę trudno stracić. Szybciej traci się nieugruntowaną, cepelnianą i nieprzeżytą całą swoją egzystencją religijność. Chrystus nie zapewni nam wolności zewnętrznej w tym świecie, nie obiecuje jej na trwałe instytucjom Kościoła, może natomiast zapewnić jedynie (aż!) wolność wewnętrzną, jaką sam posiadał także w trakcie swojego ziemskiego życia.
Mógł sprawić cud, by dla Świętej Rodziny znalazł się apartament w królewskim Betlejem, ale wybrał sytuację bycia nieprzyjętym! Mógł nie uciekać do Egiptu a Heroda wysłać na banicję. On jednak poszedł drogą lęku i upokorzenia, jakiego doświadczają uciekinierzy. Mógł zamknąć usta szatanowi i nie pozwolić mu, by Go - samego Boga - kusić na pustyni, po czterdziestu dniach postu. On jednak wybrał drogę wolności wewnętrznej. Szatan nie ma bowiem przystępu i władzy nad tymi, którzy ufają Bogu. Mógł wreszcie zakończyć jawną niesprawiedliwość względem siebie, zejść z krzyża I rozprawić się z bluźniercami i prześmiewcami - w końcu opluli i znieważyli SŁOWO ODWIECZNIE, ale wybrał drogę pokornej śmierci w opuszczeniu - błogosławnieni cisi... Gdyby wybrał siłę i władzę, inną niż moc przekonującą miłości, pozwoliłby wygrać szatanowi. Szatan chichocze, gdy wybieramy jego broń w walce o to, co święte.
Przez Krzyż powstaje zupełnie inna społeczność. Piotr rozumiał to jednak inaczej: "A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie". Niewiarygodnie stanowczą odpowiedź Jezusa możemy zrozumieć tylko wtedy, gdy słowa te czytamy w tle historii kuszenia - jako jego ponowienie w decydującym momencie: "Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku (Mt 16,22n.)
Czy jednak my wszyscy ciągle nie mówimy Jezusowi, że Jego orędzie... w konsekwencji naraża na niebezpieczeństwo porażki, cierpienia i prześladowania? Chrześcijańskie cesarstwo lub świecka władza papieża nie stanowią już dziś pokusy.
Może optymizm Benedykta XVI jest przedwczesny, patrząc jak obecnie "cedzimy komara" walcząc z szatanem wyłącznie zewnętrznie, a "połykamy wielbłąda", pozwalając szatanowi subtelnie nas kusić: "zejdź z krzyża", "omiń krzyż", "osiem błogosławieństw to romantyzm", "wyrusz na wojnę z wrogami Boga i Kościoła". Szatan skutecznie zwodzi nas, byśmy tracąc energię na walkę ze światem zewnętrznym, nie mieli już siły na walkę ze "światem", który skutecznie trzyma się w nas. Ile bowiem w nas jeszcze "nie ochrzczonych" przestrzeni, jak mówił ś.p. ojciec Kalikst Suszyło OP.
A może po prostu Benedykt XVI pisze tak, jak podpowiada mu wiara - wiara według Ducha, której świat nie może dosięgnąć i splugawić czy obrazić, bo nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusa... (Rz 8, 37n)
Jezus ma władzę jako Zmartwychwstały. Znaczy to: władza ta zakłada Krzyż, zakłada Jego śmierć... Królestwo Chrystusa nie ma takiego blasku. Ono rośnie przez pokorę przepowiadania w tych, którzy chcą zostać Jego uczniami... Tak, to prawda: władza Boga jest cicha na tym świecie, jest to jednak władza rzeczywista i trwała. Sprawa Boga jawi się nam nieraz "jakby w stanie agonii". Ciągle na nowo jednak okazuje swe nieprzemijające i zbawcze oblicze.... chwała Chrystusa, pokorna i gotowa cierpieć, chwała Jego miłości, nie przeminęła i nie przeminie.
Wybierając się na "wyprawę krzyżową" przeciw współczesnym bluźniercom, być może nieświadomie kogo innego ogłaszamy naszym Mesjaszem? Może wolimy wojowniczego mesjasza, który kategorycznie i ostatecznie, już teraz, nas zniecierpliwionych upokarzaniem wiary, Boga i Kościoła, wyzwoli na naszych warunkach?
W historii Męki Chrystusa alternatywa, o której tu mowa, pojawia się w niezwykłej postaci. W szczytowym momencie procesu Piłat proponuje wybór Jezusa lub Barabasza... Kim był Barabasz? Zazwyczaj mamy w uszach wyłącznie sformułowanie z Ewangelii Jana: "A Barabasz był zbrodniarzem" (18,40). Jednak grecki odpowiednik słowa "rozbójnik" .... znaczył tyle, co "bojownik ruchu oporu". Barabasz brał udział w powstaniu (zob. Mk 15,7)... Jeśli Mateusz mówi, że Barabasz był "znacznym więźniem", świadczy to, że był przywódcą tego powstania (zob. Mt 27,7). Innymi słowy: Barabasz był postacią mesjańską. Wybór: albo Jezus, albo Barabasz nie był przypadkowy; naprzeciw siebie znalazły się dwie postacie mesjańskie, dwie formy mesjanizmu. Staje się to jeszcze wyraźniejsze, jeśli zwrócimy uwagę na to, że "Bar-Abbas" znaczy "syn ojca". Jest to typowo mesjańskie określenie (...) w wielu rękopisach Ewangelii, aż do trzeciego wieku, człowiek, o którego tu chodzi, nazywał się "Jesus-Barabbas" - "Jezus syn ojca". Wygląda na to tak, jakby był sobowtórem Jezusa, który na inny sposób wysuwa same roszczenia.
ZATEM WYBORU TRZEBA DOKONAĆ MIĘDZY MESJASZEM, KTÓRY TOCZY WALKĘ, PRZYOBIECUJĄC WOLNOŚĆ I WŁASNE KRÓLESTWO, I OWYM TAJEMNICZYM JEZUSEM, KTÓRY GŁOSI UTRATĘ SAMEGO SIEBIE JAKO DROGĘ DO ŻYCIA.
P.s. W Poznaniu tymczasem ciągle wlecze się nieszczęsna sprawa szkoły "8". Szkołę zabrali komuniści i Kościół ma prawo odzyskać swoją własność. Ale jaki jest tego koszt? Wielu młodych ludzi, widząc pazerność ludzi Kościoła, odchodzi. Kościół poznański procesując się w nieskończoność i domagając się swego za wszelką cenę, traci przecież własność pozorną, bo jak inaczej można nazwać budynek przy Głogowskiej. Traci zaś młodych ludzi, którzy ponoć są przyszłością Kościoła? Gdy widzą, że nijak ma się droga Kościoła do drogi Syna Człowieczego, który nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć, przekonują się tylko, że zawsze ostatecznie chodzi o pieniądze!
Wszystkie cytaty, poza fragmentami z Ewangelii, pochodzą z książki Benedykta XVI, Jezus z Nazaretu , cz. I, rozdz. 2 Kuszenie Jezusa.
« powrót
8 komentarzy
-
2011-10-02
Alfama
Re: Re: Barabasz
Dzięki, wyjaśnienie zrozumiałam i muszę, nie nie muszę a chcę napisać,że pierwszy raz jakoś tak... » -
2011-10-02
Anka
W tym duchu
W ostatnim (choc teraz juz moze przedostatnim) TP jest bardzo ciekawy wywiad z Halina Bortnowska.... » -
2011-10-01
podesek
Re: Re: Re: Jan Turnau w dzisiejszym
Tylko, że Nergal, jak i Nietzsche, nie widzieli żadnego ratunku, a jak sam pierwszy przyznał w... »
Dobry Pasterz nie rozkazuje powrotów. Nie prowokuje ich, wykorzystując nasze czułe miejsca, by toksycznie nas związać ze sobą. On przyciąga samym Sobą... przyciąga każdą wolność. Niefałszowanym zapachem i smakiem miłości dociera do najbardziej oddalonych i zakazanych przez "wierzących i pobożnych" miejsc profanum. Chce być rozpoznany w nieoczekiwanych momentach przez każdego... rozpoznany niepowtarzalnie.
... więcej »Żywe paschalne doświadczenie BARANKA ZABITEGO ŻYJĄCEGO NA WIEKI, to jedna z bardziej właściwych definicji prawdziwej TRADYCJI KOŚCIOŁA, którą w sercach wiernych przechowuje nie tyle strachliwa z natury ludzka rutyna ale sam Duch Święty - Parakletos. Inna, nie wykluczająca pierwszej, przypomina o odpowiedzialności Kościoła za Tradycję i brzmi następująco: "abyście się wzajemnie obdarzali miłością tak, jak ja was pokochałem" (por. J 15).
Jak można z miłością adorować niewidzialnego Boga, który ukrywa się utajony w Najświętszych Postaciach Eucharystycznych, jednocześnie opluwając drugiego człowieka, który jest widzialną ikoną Boga i cząstką Ciała Chrystusa? Jak można czcić Najświętszy Krzyż, a jednocześnie wylewać pod nim cała swoją żółć i nienawiść wobec przeciwnika politycznego? Chrystus na drodze naszego życia utajony jest w monstrancji o wielorakich rysach.

















