Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP
O niewygodnym dziedzictwie... raz jeszcze
Thomas Merton w liście do Whitmana Searsa (12 listopada 1962 )
Thomas Merton i Dalajlama
Gdy w styczniu tego roku Benedykt XVI wyznaczył dzień 27 października dniem międzyreligijnej modlitwy o pokój w Asyżu i gdy rozgorzała wokół tej decyzji krytyczna dyskusja, pisałem na blogu:
http://dominikanie.pl/blogi/maciej_biskup_op/wpis,957,niewygodne_dziedzictwo.html.
Teraz, chciałbym zrobić "małe" dopowiedzenie. Wspomagam się listami Thomasa Mertona i adhortacją apostolską Verbum Dei Benedykta XVI. Szczególnie ważne, bezpośrednio dla samego dialogu międzyreligijnego i spotkania w Asyżu, są w dokumencie punkty od 117 do 119. Papież pisze m.in:
Dialog nie byłby jednak owocny, gdyby nie zakładał również autentycznego szacunku dla każdej osoby, pozwalającego jej w sposób wolny wyznawać własną religię. Dlatego Synod, zachęcając do rozwijania współpracy między przedstawicielami różnych religii, przypomina jednocześnie o tym, że „wszystkim wierzącym musi być zapewniona skutecznie wolność wyznawania własnej religii prywatnie i publicznie, a także wolność sumienia”: istotnie, „szacunek i dialog wymagają (…) wzajemności we wszystkich dziedzinach, szczególnie w tym, co dotyczy podstawowych swobód, a zwłaszcza wolności religijnej. One sprzyjają pokojowi i zgodzie między narodami”
Chrześcijanin uczestnicząc w takiej modlitwie, wierzy, że poza Chrystusem i Kościołem nie ma zbawienia. Jeśli więc ufamy, że żydzi, muzułmaninie, buddyści, hinduiści itd. dostąpią zbawienia, stanie się to wyłącznie w Bogu, który przemawia do serca człowieka przez "SŁOWO KRZYŻA". Nie może nas bowiem wybawić z rozpaczy naszego ludzkiego, skończonego losu żaden inny rodzaj ratunku, niż ten, który oznacza obecność przy nas do granic tego wszystkiego, co w nas i naszym życiu najbardziej dramatyczne. Stąd, w Misterium Paschalnym Chrystusa Słowo Boga cichnie, staje się śmiertelną ciszą, ponieważ mówiło, aż zamilkło, nie pominąwszy niczego, co miało nam przekazać (Benedykt XVI, Verbum Dei, p. 12). W Chrystusie, Bóg językiem miłości, która jest do końca i nie ustaje, "nie pominął" niczego, co mogłoby nas ostatecznie uratować. Naprawdę wierzę, że nie ma większej miłości niż ta... (J 15,3).
Ufam jednak mocno w zbawienie nie chrześcijan. A to właśnie dlatego, że skoro JEST MIŁOŚĆ Boga w Chrystusie, to wierzę, że Ona - drogami, które sama wyznacza - dotrze do każdego. Słowo Ojca jest autonomiczne i nie pozwoli zamknąć ideologicznie i sekciarsko miłości Chrystusa w żaden upraszczający ekskluzywizm, którym kuszeni są ochrzczeni. Chrystus jest Darem Ojca nas przekraczającym i nigdy nie stanie się naszą własnością - oto Syn Boży, przedwieczny, niewidzialny, nieuchwytny, bezcielesny, początek z początku, światłość ze światłości, źródło życia i nieśmiertelności, odbicie pierwowzoru, pieczęć nienaruszalna oraz najwierniejszy, ostateczny wyraz i myśl Ojca (św. Grzegorz z Nazjanzu). Miłości Chrystusa nie da się reglamentować, schować przed innymi, zatrzymać wśród tych "swoich", "dobrych". On dotarł nawet tam, gdzie wydaje się - wbrew obecnej w świece wyraźnej pokusy rozpaczy, że Boga nie można usłyszeć i zobaczyć, by ogłosić [zbawienie] nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym (1 P 3, 19n).
Chrystus, którego szukamy, jest w nas, w naszym najgłębszym "ja", jest naszym najgłębszym "ja", a jednak nieskończenie nas przekracza. Musimy zostać "odnalezieni w Nim", a równocześnie być doskonale sobą i wolni od dominacji od jakiegokolwiek Jego obrazu innego niż On sam... Chrystus w nas jest nieznany i niewidzialny. Idziemy za Nim, znajdujemy Go (to jak przypadkowe zbieranie spotykanych po drodze obrazów), a następnie musi On zniknąć, a my musimy iść dalej bez Niego obok nas. Dlaczego? Ponieważ On jest nawet jeszcze bliżej (Thomas Merton w liście do D. T. Suzukiego - 24 X 1959).
Skoro Chrystus pozostanie na zawsze przede wszystkim Bogiem Niewidzialnym, Niepojętym i Nieogarnionym przeze swoją, nie dającą się zamknąć w ludzkich pojęciach i obrazach naturę, to również Jego Kościół - Ciało Mistyczne zachowuje, poza swoimi widzialnymi granicami, naturę niewidzialnego. Jak to, co widzialne może dostrzec jedynie "szkiełko i oko", tak niewidzialne dostrzega jedynie żywa wiara. Ona rozpoznaje Kościół także w niewidzialnej i niedającej się zamknąć przez nikogo przestrzeni Miłości - bo Jej zwyczajnie nie da się opanować i zaborczo zatrzymać dla siebie, bo Duch wieje , gdzie chce (J 3,8).
.jpg)
milczące "Słowo Krzyża" mówi o miłości Boga do każdego człowieka - Dalajlama przy grobie Thomas Mertona
Osobiście, w sprawach, w których różnią się wierzenia dogmatyczne, uważam, że spór ma niewielką wartość, ponieważ odciąga nas od rzeczywistości duchowych w dziedzinę słów i idei. W dziedzinie rzeczywistości możemy mieć bardzo dużo wspólnego, podczas gdy w słowach na pewną będą nieskończone złożoności i subtelności, których nie da się rozwiązać. Ważne jest jednak, jak sądzę, starać się zrozumieć wierzenia innych religii. Ale jeszcze ważniejsze jest dzielenie się doświadczeniem boskiego światła i przede wszystkim światła, które daje nam Bóg nawet jako Stworzyciel i Władca Wszechświata (T. Merton w liście do Abdul Aziza, 2 czerwca 1963).
Jeden z zarzutów, kierowany w stronę wspólnej modlitwy w Asyżu dotyczy wątpliwości, czy przypadkiem chrześcijanie nie "autoryzują" w tym miejscu modlitwy bałwochwalczej. Po pierwsze, Benedykt XVI odróżnia modlitwę międzyreligijną od modlitwy wieloreligijnej. W książce "Wiara, prawda, tolerancja" (s.87-88) pisał, że "modlitwa wieloreligijna" nie może być „normalnym” przypadkiem w życiu religijnym, lecz jest jedynie znakiem w sytuacjach nadzwyczajnych, kiedy niejako wznosi się wspólny krzyk, który porywa ludzkie i jednocześnie boskie serce. Czy szczerego, "wspólnego krzyku" o pokój nie rozpozna, nawet pośród usługiwania obrazom i cieniom rzeczywistości niebieskich (por. Hbr 8,5), Bóg - Stworzyciel i Ojciec wszystkich ludzi stworzonych na swój obraz i podobieństwo?
Jednocześnie, my chrześcijanie, musimy pamiętać, że Bóg Jezusa Chrystusa nie zawsze "rozpoznaje" naszej modlitwy jako tej "w Duchu i Prawdzie", choć używać możemy zewnętrznie języka "odkupionych". Niekiedy Liturgia ma więcej z teatru niż z autentycznej celebracji ofiary własnego życia na ołtarzu Pana: nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego.... Wielu powie Mi w owym dniu: "Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!
Św. Augustyn w swoim komentarzu do Modlitwy Pańskiej pisał, że kto świadomie i z premedytacją grzeszy przywołuje diabła, a nie Boga jako Ojca. Bo do kogo modlił się ks. Josef Tiso - przywódca faszystowskiej Słowacji, który świadomy sytuacji pozwolił wysłać do Auschwitz-Birkenau swoich żydowskich obywateli? Do kogo modlił się komendant obozu koncentracyjnego w chorwackim Jesenovacu - ksiądz i były franciszkanin, Miroslav Filipović-Majstorović, który w obozie nie przestał chodzić w habicie, osobiście miał podrzynać gardła serbskim kobietom a więźniowie nazywali go braciszkiem szatanem? Do kogo modlili się Polacy-katolicy, na czele z duchowieństwem, gdy w latach 30 przy jej milczeniu władza, w wolnym kraju, zburzyła na kresach wschodnich, głównie na Wołyniu i Chełmszczyźnie, przeszło 120 świątyń chrześcijan - prawosławnych wyznawców Chrystusa? Ilu krzyżom Chrystusa, które wcześniej wieńczyły cerkwie, milczenie katolików "skazało" na poniewierkę?
Nie można modlić się razem, czyli odmawiać wspólną modlitwę, ale można być obecnym, gdy inni się modlą - podkreślał bł. Jan Paweł II. Taka obecność to czas na zabliźnianie ran i zadośćuczynienie za wszelkie krzywdy wyrządzane człowiekowi w imię Boga i religii.
« powrót
1 komentarz
-
2011-10-27
wik44
"jedna owczarnia i jeden Pasterz".
Obawiam się, że dopóki w innych, niechrześcijańskich wierzeniach, nie dojdzie do przyznania :... »
Dobry Pasterz nie rozkazuje powrotów. Nie prowokuje ich, wykorzystując nasze czułe miejsca, by toksycznie nas związać ze sobą. On przyciąga samym Sobą... przyciąga każdą wolność. Niefałszowanym zapachem i smakiem miłości dociera do najbardziej oddalonych i zakazanych przez "wierzących i pobożnych" miejsc profanum. Chce być rozpoznany w nieoczekiwanych momentach przez każdego... rozpoznany niepowtarzalnie.
... więcej »Żywe paschalne doświadczenie BARANKA ZABITEGO ŻYJĄCEGO NA WIEKI, to jedna z bardziej właściwych definicji prawdziwej TRADYCJI KOŚCIOŁA, którą w sercach wiernych przechowuje nie tyle strachliwa z natury ludzka rutyna ale sam Duch Święty - Parakletos. Inna, nie wykluczająca pierwszej, przypomina o odpowiedzialności Kościoła za Tradycję i brzmi następująco: "abyście się wzajemnie obdarzali miłością tak, jak ja was pokochałem" (por. J 15).
Jak można z miłością adorować niewidzialnego Boga, który ukrywa się utajony w Najświętszych Postaciach Eucharystycznych, jednocześnie opluwając drugiego człowieka, który jest widzialną ikoną Boga i cząstką Ciała Chrystusa? Jak można czcić Najświętszy Krzyż, a jednocześnie wylewać pod nim cała swoją żółć i nienawiść wobec przeciwnika politycznego? Chrystus na drodze naszego życia utajony jest w monstrancji o wielorakich rysach.


















