Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP
Po pierwsze, rozmawiać. Po drugie, nie ranić!
Czuję przeogromną wewnętrzną wolność. Sądzę, że tę wolność daje mi prawda... To, co mnie w tym uderza, to nędza, żałosny charakter tego wszystkiego. Tak żałosny. Co spośród tego, co nam się zarzuca, ma jakiekolwiek uzasadnienie? Jaka jest waga poglądów, w imię których wykonano na nas egzekucję? W naszą prowincję nie uderzyła "nawałnica", jak powiedział mi o.Chevignard z zatroskaną i zbolałą miną: uderzył w nią ABSURD!.
Yves Congar OP
Y. Congar OP i Joseph Ratzinger
Minęło już kilka dni od momentu pojawienia informacji się o zakazie częściowego i czasowego wypowiadania się do mediów dla ks. Bonieckiego. Wiele emocji, wiele głosów. Na ten czas, dla mnie samego dwie myśli wydają się być szczególnie istotne. Rozwijam je, inspirując się wspomnieniami Yvesa Congara OP, Teolog na wygnaniu. Dziennik 1952-1956, W drodze 2008.
Po pierwsze, słuchać i rozmawiać.
Wciąż istnieje w nas pokusa, by się zamknąć w gronie swoich, zamknąć wieczernik Kościoła i odgrodzić się od tych, do których jesteśmy posłani - powiedział kard. Kazimierz Nycz w kazaniu 3 listopada, w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie. Tak skomentował fragment Ewangelii o zarzutach wobec Jezusa, że jada z celnikami i grzesznikami, i o szukaniu jednej zagubionej owcy.
Głosy, że Kościół i zakony mają prawo nakazać milczenie swoim podwładnym i nie mają obowiązku tego wyjaśniać postronnym, tym bardziej, że osoby te dobrowolnie ślubowały swojemu ordynariuszowi, wydają się uzasadnione. Niby oczywista prawda. Jednak w przypadku ks. Bonieckiego sprawa jest bardziej skomplikowana. Wydaje się, że zamykając usta emerytowanemu red. Tygodnika, świadomie czy też nie, jakby chciano zmusić do milczenia wszystkich, których w dialogu wewnątrzkościelnym i w dialogu Kościoła ze światem symbolizuje Boniecki. Ludzi się szanuje i wydaje się, że czymś oczywistym powinno być wytłumaczenie swojej decyzji. Kościół to jednak nie korporacja i wyłącznie instytucja, ale przede wszystkim wspólnota ludzi - świeckich i duchownych - obdarzonych tym samym zmysłem wiary. Świeckich w Kościele bolą najmocniej nie grzechy moralne duchowieństwa, ale ich paternalistyczne traktowanie, nieumiejętność komunikowania się oraz brak przejrzystości.
Zastanawiam się nad oddźwiękiem, jaki wzbudzą przedsięwzięte środki, nad ich skutkami, nad poważnym kryzysem, który zostanie zapoczątkowany w wielu ludzkich sumieniach. Nie ma najmniejszej możliwości, by zyskać choćby blade pojęcie o tym, jakie będą tego następstwa, o tym, co to za sobą pociągnie: pozyskanie nowych OP, utrata zaufania (?), wystąpienia?? Tylko Bóg zna przyszłość.
Nieliczenie się ze zdaniem i wrażliwością ludzi, co niestety po raz kolejny obrazuje ostatnia historia z parafii w Ludziku koło mojego rodzinnego Inowrocławia, jest ewidentnie grzechem ludzi Kościoła. Nota bene, z tego właśnie wspomnianego Ludzika pochodził Jan, rektor Akademii Krakowskiej w XV wieku. Mieszkańcy tej pod inowrocławskiej wioski, jak widać cenią sobie swoje zdanie i godność. Kryzys przekazu wiary wiąże z nieumiejętnością komunikowania się wielu ludzi Kościoła ze światem zewnętrznym i współczesnością. W dużej mierze wynika ona z lenistwa i służalstwa wobec samych instytucji, swoich posad i przywilejów, a nie posługi człowiekowi. W Kościele ciągle więcej jest stróżów religii niż świadków wiary.
Najbardziej uderza mnie ten kretynizm, nieprawdopodobny brak myślenia, brak charakteru. System sfabrykował sobie sługi na własny obraz. Co za ubóstwo! Poprzestają na zewnętrznych rytuałach katolicyzmu rozumianych jako pewne ramy socjologiczne... Prawdziwe problemy nie istnieją. Jeśli ktoś o nich mówi, biorą go za niebezpiecznego natręta i staje się podejrzany... doskonałe symbole tego reżimu: nabożni, chodzące mariolatrie, tępi, płytcy jak lokaje [...] Biskupi są całkowicie podporządkowani w swej bierności i służalczości; wobec Rzymu żywią szczere synowskie oddanie. Wręcz dziecięce, infantylne. Dla nich Rzym to »Kościół«. Rzym to »Święte Oficjum«. Święte Oficjum rzeczywiście rządzi despotycznie Kościołem i wszystkich zmusza do posłuchu strachem lub swoimi interwencjami. To jest najwyższe, nieugięte gestapo, z którego decyzjami nie można dyskutować.
Sobór Watykański II, którego 50 rocznicę rozpoczęcia obchodzić będziemy uroczyście (jak zapowiedział Benedykt XVI) w przyszłym roku, widział potrzebę reformy m.in. tego sposobu komunikowania się ze współczesnością. Jak widać, zawsze to będzie aktualne. W IV wieku greka była już na tyle niezrozumiała w w Rzymie, że liturgię zaczęto odprawiać po łacinie. A Paweł Lisicki w pozostawieniu łaciny ciągle widzi lekarstwo na kryzys wiary (PlusMinus, tygodnik Rzeczypospolitej, Korzenie polityki antyklerykalnej, 29-30 X 2011). Co za naiwność! Sobór nie wzywa Kościoła i ochrzczonych do rezygnacji z Wyznania wiary. Zachęca natomiast do odważnego rewidowania swoich przyzwyczajeń, które mogą nie mieć nic wspólnego z wędrówką wiary lecz przypominają żałosną próbę budowania sobie cielca własnej religijności (np. "smoleńsko-katolickiej"). Wiara w Boga Niewidzialnego, ukrytego w cichym Baranku wydawać się może zbyt niebezpieczna. Stąd ta nieustanna pokusa ogłaszania, w charakterze nie duchowym lecz państwowo-narodowym, Chrystusa Królem Polski; budowania Kościoła nie jako duchowej wspólnoty ludzi z żywych kamieni wiary lecz monstrualnego posążka ze złota, i to z wątpliwego, politycznego kruszca.
Kościół powinien uczyć się komunikować ze współczesnością, by językiem codzienności (jak to robił sam Jezus, apostołowie, Cyryl i Metody) opowiadać światu przeżytą a nie wyuczoną prawdę o jego gorejącym, miłującym Sercu. Pionierem był sam błogosławiony papież Jan XXIII. Wspominałem już kiedyś historię o tym, jak Jan XXIII, jeszcze jako nuncjusz, w rozmowie z przewodniczącym francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Eduardem Herriotem (przywódcą radykalnych socjalistów), stwierdził: „Cóż nas od siebie dzieli? Nasze poglądy? Przyzna Pan, że to tak niewiele”. Ale cóż, okazuję się, że nam paradoksalnie najtrudniej się spotkać jak człowiek z człowiekiem!

Gdyby dziś któryś z biskupów lub innych duchownych spotkał się, nie daj Boże, np. z panem Palikotem, od szybko zostałby wrzucony do "panteonu masonów", cokolwiek miało by to znaczyć i wrogów Kościoła. W pewnym żeńskim klasztorze, na wieść o śmierci abp Życińskiego, niektóre ze sióstr wpadły wręcz w dziki entuzjazm!
Po drugie, świadomie nie ranić.
Wybitny teolog, Yves Congar, dominikanin, też kiedyś został poddany ograniczeniom. Nie obraził się, ale przyjął w duchu wiary bolesną dla niego decyzję. W tym czasie napisał wspaniałą książkę o Kościele. A potem został jednym z teologów Soboru Watykańskiego II, a pod koniec życia podniesiony do godności kardynalskiej - pisze Dariusz Kowalczyk SJ w swoim głosie "Do obrońców ks. Bonieckiego".
Wszystko, co się wydarza w naszym życiu, wierzący uczy się przeżywać i przyjmować w duchu wiary. W lutym 1954 r. ojciec Yves Congar OP zanotował: Przyzwyczaiłem się, że wszystko, co zrobię, będzie źle widziane, źle ocenione, podejrzane; przyzwyczaiłem się nie szukać odniesienia nigdzie poza własnym sumieniem przed Bogiem i dosłownie na nikogo poza Nim nie liczyć”.
W tych, którzy tak łatwo oceniają ks. Bonieckiego za to, że w ogóle próbował zrozumieć fenomen Nergala, zamiast wysłać - choćby za pomocą epitetów - do piekielnych czeluści, dostrzegam dopiero jakieś układanie się z Belialem. Bo czy na granicy czegoś diabelskiego nie jest świadome próbowanie człowieka i ranienie go. Nakaz milczenia to dość delikatna i tolerancyjna kara - jak przystało na obecne czasy, ale może nad nim "unosić się swąd" mentalności z czasów, gdy inaczej sprawdzano ortodoksyjność wiary. Ojcu Dariuszowi Kowalczykowi, który przytacza Congara, bardziej bym radził przejąć się autentycznym cierpieniem naszego współbrata, także swojego jezuickiego współbrata (wprawdzie z innej prowincji), skrzywdzonego i osamotnionego pod koniec życia - o. Stanisława Musiała SJ, niż z taką lekkością pisać o wartości próbowania ludzi.
Czy to nie za troskę o Kościół, rozumiany jako Lud Boży a nie skansen religijnych konwenansów, od czasu do czasu rani się ludzi autentycznie wrażliwych i wypowiadających się głośno oraz jasno? Karierowicze i urzędasy będą posłusznie milczeć... najwyżej szemrać.
Ojciec Wojciech Jędrzejewski OP swego czasu, komentując fragment Księgi Mądrości (Mdr 2,12-19), do lektury którego tu zachęcam, pisał: tekst Księgi Mądrości mówi o chęci wypróbowania sprawiedliwego, przetestowania jego cnót. Eksperyment zostaje podjęty w imię podejrzenia, że owa sprawiedliwość jest grą pozorów, udawaniem, a jej ukrytym celem — chęć wywyższenia się nad innych. Niemożliwe, żeby tak żyć naprawdę, bez zakamuflowanych, plugawych intencji!
Czy nie taki właśnie, podły po ludzku duch, towarzyszy wszystkim tym, którzy cieszą się ze zmuszenia do milczenie ks. Bonieckiego? Bóg - Sędzia Miłosierny, swym Duchem - Ogniem Miłości "sprawdzi" i oczyści swoich uczniów... naprawdę wszystkich bez wyjątku. Diabelskie jest jednak już teraz wyręczanie Boga, z dodatkowym szyderstwem w myślach i na ustach: skończy jak inni "celebryci" - ulubieńcy liberalnych mediów: Obirek i Bartoś i im podobni.
Po lekturze w klasztornym refektarzu "Mojego życia" L. Trockiego, Congar dzielił się mocnym spostrzeżeniem: wiele fragmentów tego tekstu opisujących, w jaki sposób Stalin odsuwał Trockiego, całkiem dobrze można by odnieść do końca tego pontyfikatu (Piusa XII) i ogólniej, do atmosfery rzymskiego dworu.
« powrót
72 komentarze
-
2011-12-27
manseb
nędzny epilog ks Bonieckiego
Cóż, życie dopisuje nędzną pointę w tej sprawie. Kolejne wystąpienia ks. Bonieckiego kompromitują... » -
2011-11-23
o. Maciej Biskup OP
Re: Burzenie bastionów
Odpowiedź... w następnym wpisie. A zapytam czy to "miłość" wyrzucać mnie z Kościoła? Jestem w... » -
2011-11-23
drachmaproject
Burzenie bastionów
Cóz to za język nienawisci ? Proponuję wspólny blog z p.Bartosiem - byłbys bracie bardziej... »
Dobry Pasterz nie rozkazuje powrotów. Nie prowokuje ich, wykorzystując nasze czułe miejsca, by toksycznie nas związać ze sobą. On przyciąga samym Sobą... przyciąga każdą wolność. Niefałszowanym zapachem i smakiem miłości dociera do najbardziej oddalonych i zakazanych przez "wierzących i pobożnych" miejsc profanum. Chce być rozpoznany w nieoczekiwanych momentach przez każdego... rozpoznany niepowtarzalnie.
... więcej »Żywe paschalne doświadczenie BARANKA ZABITEGO ŻYJĄCEGO NA WIEKI, to jedna z bardziej właściwych definicji prawdziwej TRADYCJI KOŚCIOŁA, którą w sercach wiernych przechowuje nie tyle strachliwa z natury ludzka rutyna ale sam Duch Święty - Parakletos. Inna, nie wykluczająca pierwszej, przypomina o odpowiedzialności Kościoła za Tradycję i brzmi następująco: "abyście się wzajemnie obdarzali miłością tak, jak ja was pokochałem" (por. J 15).
Jak można z miłością adorować niewidzialnego Boga, który ukrywa się utajony w Najświętszych Postaciach Eucharystycznych, jednocześnie opluwając drugiego człowieka, który jest widzialną ikoną Boga i cząstką Ciała Chrystusa? Jak można czcić Najświętszy Krzyż, a jednocześnie wylewać pod nim cała swoją żółć i nienawiść wobec przeciwnika politycznego? Chrystus na drodze naszego życia utajony jest w monstrancji o wielorakich rysach.

















