Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP
Ocalić w sercu
Nie daje mi spokoju, irytuje i smuci, gdy co jakiś czas, wkraczają do akcji ze swym siermiężnym orężem tzw. „obrońcy wiary”, zachowując się wobec świata wątpiących, pogubionych i niewierzących jak słoń w składzie porcelany.
W 1965 roku, w czasie jeszcze trwającego Soboru Watykańskiego II, Hans Urs von Balthasar (podniesiony przez Jana Pawła II do godności kardynalskiej) napisał książkę „Burzenie bastionów”, która była swego rodzaju medytacją nad możliwością odnalezienia się Kościoła w czasach kryzysu i odnowy zarazem. Myśli Balthasara nie straciły nic ze swej aktualności, gdyż pytają o to, jak Kościół ma zachować swoje zbawcze posłanie wobec świata, w wymagającym spotkaniu ze współczesnością, z zachowaniem szacunku i autonomii świata. W posłowiu do polskiego wydania, kardynał Christoph Schönborn OP przypomina: Kościół nie potrzebuje żadnych bastionów, by być „miastem na górze”… Kościół nie może wyć w wilkami, by zdobyć owce dla Pana!
Nie daje mi spokoju, irytuje i smuci, gdy co jakiś czas, wkraczają do akcji ze swym siermiężnym orężem tzw. „obrońcy wiary”, zachowując się wobec świata wątpiących, pogubionych i niewierzących jak słoń w składzie porcelany. Dla zobrazowania, bardzo polecam do przeczytania tekst Cezarego Michalskiego zamieszczony w Dzienniku z 31 marca b.r., pod tytułem: „Pospieszalski mocno przesadził”. Owi współcześni pogromcy smoka, którego tropią bez subtelnych rozróżnień w całej dzisiejszej kulturze i mentalności, zapominają o podstawowej zasadzie lekarza, by nie szkodzić, czyli, by nie złamać trzciny nadłamanej… Mam poważną obawę, czy ci rycerze - marzyciele, przypominający Don Kichota walczącego z wiatrakami, naprawdę pomagają Dobrej Nowinie, by ta mogła się przebić do współczesnego świata ze swoją świętą, bo boską cierpliwością, by go olśnić jasnością poznania chwały Bożej na Obliczu Chrystusa (2 Kor 4,6)?
W piątą Niedzielę Wielkiego Postu słyszeliśmy w ewangelii św. Jana, że do Filipa przystąpili niektórzy Grecy… i prosili go mówiąc: ”Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”.
Owi Grecy, to współczesny świat, który po omacku, niespokojnie i krytycznie szuka (bo niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu – św. Augustyn) sensu ludzkiej egzystencji i zastanawia się nad kondycją człowieka i świata. Niejednokrotnie, może nie werbalizując tego, a czasem wprost, jak czynił to wobec chrześcijan Albert Camus, świat pyta o Sens właśnie nas wierzących. I okazuje się, że choć jesteśmy pewni swoich postaw i wyborów, nie potrafimy sprostać temu zadaniu. Chowamy się, robimy unik, obrażamy się i obrażamy innych, ukrywając się w zwartym tłumie zadowolonych z siebie „wyznawców”. Mało krytyczni wobec swoich własnych zachowań, motywów wiary, języka, nie przyjmujemy do wiadomości, że to nie zawsze ewangelia jest odrzucana, ale nasz sposób komunikowania się ze współczesnością. Mój ulubiony fragment ewangelii Łukasza (rozdz. 19), ukazuje nam Zacheusza – zwierzchnika celników, który z jakiejś nieokreślonej ciekawości, chciał zobaczyć Jezusa. Ewangelia mówi, że z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu, nie mógł dostrzec Chrystusa, wszedł więc na drzewo. Niski wzrost może oznaczać karłowatość wiary, może cynizm i gorycz, brak przywiązania do wartości, albo jeszcze infantylizm egocentrycznej postawy zamknięcia w swej niezależności? Łatwo na takiej interpretacji się zatrzymać. Uspokojeni prostym wytłumaczeniem, że świat jest zły, możemy dalej „śnić” spokojnie o „naszej” świętości, zajmując się narcystycznie jedynie swoim zbawieniem. Tłum egotycznie pobożnych, ortodoksyjnych i porządnych może zasłonić Jezusa. Zacheusz jest uosobieniem tych wszystkich, którzy z różnych powodów nie potrafią się dopasować do świata wierzących, nie mogą zrozumieć głosu (a może języka) Kościoła. Sam niekiedy dobrze rozumiem ów dystans ludzi krytycznie nastawionych wobec Kościoła, bo kiedy sobie myślę nad królującym często językiem i klimatem środowisk kościelnych, mówię pod nosem: „to nie moja bajka”.
Chrześcijanie, powołani by gromadzić (z greckiego, Kościół znaczy zgromadzenie) często odpychają, dystansują się od świata, usprawiedliwiając się, że to nie „nasi”, nie „swoi”. Chrześcijanie swoją zamkniętą postawą (nie chodzi mi o relatywizm wiary, ale zwyczajną otwartość na drugiego) nie pomagają odsłonić światu tajemnicy Chrystusa gromadzącego dzieci Boże w jedno, który „obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur - wrogość” (Ef 2,14). Jawią się natomiast światu jako jakaś zinfantylizawana grupa społeczna, która nie radzi sobie z odnalezieniem się we współczesnych realiach, takich chociażby jak demokracja, komunikacja czy postęp techniczny (w sensie duchowym nie społecznym, chrześcijanie, nie mogą do końca się odnaleźć w świecie, bo ma inną ojczyznę, w niebie). Jezus dostrzegł Zacheusza i zechciał pojawić się w jego świecie: zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Bóg przekroczył w Tajemnicy Wcielenia progi profanum i zamieszkał w „świecie” wyobcowanym od Boga! Timothy Radcliffe OP pisał kiedyś: według Eckharta Słowo trwa w jedności z Ojcem, kiedy przychodzi i "wylewa się" na świat. Nic, co ludzkie, nie jest Mu obce. Życie Boże "rozszerza się", aby pomieścić wszystko to, czym jesteśmy. On stał się podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu. Przyjął na siebie nasze zwątpienie i lęk, wszedł w doświadczenie absurdu — w to pustkowie, gdzie gubi się wszelki sens. Chrześcijanom zawsze grozi pokusa demonizowania świata i postrzegania w krzywym zwierciadle, w sposób uproszczony, prymitywny, tym samym powątpiewając w dobroć stworzenia. Kościoł, tłumacząc swoją wiarę, nie może zapominać, że jest Katolicki, tzn. głosi powszechność zbawienia.
Aby mocą paschalnej miłości Boga, włączyć świat w proces „gromadzenia” w Kościół, trzeba Go wpierw życzliwie zauważyć, wysłuchać, cierpliwie zgodzić się na jego czasową nie przystosowalność (do Kościoła), zrozumieć jego wątpliwości (bez wchodzenie w szczegóły, bardzo polecam film „Wątpliwość”, z genialną jak zawsze, Meryl Streep, albo sztukę o tym samym tytule)… i ocalić. Nikt i nic nas nie może zwolnić z empatii i wpółodczuwania ze światem. Jeden z naszych braci, ogromny autorytet młodego pokolenia polskich dominikanów, o.Aleksander Koza, wypowiedział kiedyś zdanie, które ciągle mnie porusza i każe mi robić sobie rachunek sumienia: jeśli nie ocaliłeś człowieka w swoim sercu, nie głoś mu ewangelii. Chrystus ma prawo nam głosić Ewangelię, bo przygarnął nas na krzyżu, posłany, aby objawić światu, że w łonie Trójedynego Boga jest odwieczna zgoda i pragnienie ocalenia świata – tak Bóg umiłował świat, że Syna Swojego Jednorodzonego dał…nie po to, aby świat potępić, ale zbawić. Jak pisał Balthasar: Chrystus tylko dlatego może osądzić grzesznika, że od wewnątrz doświadczył, poznał i zgładził jego ciemność.
Niekiedy nie wiele trzeba, by przełamać obcość, by było nam bliżej z Ewangelią do świata. Znana jest historia o tym, jak papież Jan XXIII, jeszcze jako nuncjusz, w rozmowie z przewodniczącym francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Eduardem Herriotem, stwierdził: „Cóż nas od siebie dzieli? Nasze poglądy? Przyzna Pan, że to tak niewiele”. Ale cóż, okazuję się, że nam paradoksalnie najtrudniej się spotkać jak człowiek z człowiekiem!
« powrót
24 komentarze
-
2009-05-02
Ciiisza
blog szwankuje
Blog chyba szwankuje - zjada niektóre komentarze ;( » -
2009-04-23
o.Maciej
do Rybaka
a czy w tym tekście było jakieś potępienie prostych ludzi? szanuję prostych ludzi, często od nich... » -
2009-04-22
Rybak
Co łatwiej, Drogi Przyjacielu, wychować pokolenia do wiary, czy utrzymać wiarę w pokoleniach? Nie po...
Co łatwiej, Drogi Przyjacielu, wychować pokolenia do wiary, czy utrzymać wiarę w pokoleniach? Nie... »
Dobry Pasterz nie rozkazuje powrotów. Nie prowokuje ich, wykorzystując nasze czułe miejsca, by toksycznie nas związać ze sobą. On przyciąga samym Sobą... przyciąga każdą wolność. Niefałszowanym zapachem i smakiem miłości dociera do najbardziej oddalonych i zakazanych przez "wierzących i pobożnych" miejsc profanum. Chce być rozpoznany w nieoczekiwanych momentach przez każdego... rozpoznany niepowtarzalnie.
... więcej »Żywe paschalne doświadczenie BARANKA ZABITEGO ŻYJĄCEGO NA WIEKI, to jedna z bardziej właściwych definicji prawdziwej TRADYCJI KOŚCIOŁA, którą w sercach wiernych przechowuje nie tyle strachliwa z natury ludzka rutyna ale sam Duch Święty - Parakletos. Inna, nie wykluczająca pierwszej, przypomina o odpowiedzialności Kościoła za Tradycję i brzmi następująco: "abyście się wzajemnie obdarzali miłością tak, jak ja was pokochałem" (por. J 15).
Jak można z miłością adorować niewidzialnego Boga, który ukrywa się utajony w Najświętszych Postaciach Eucharystycznych, jednocześnie opluwając drugiego człowieka, który jest widzialną ikoną Boga i cząstką Ciała Chrystusa? Jak można czcić Najświętszy Krzyż, a jednocześnie wylewać pod nim cała swoją żółć i nienawiść wobec przeciwnika politycznego? Chrystus na drodze naszego życia utajony jest w monstrancji o wielorakich rysach.

















