Burzenie bastionów
Maciej Biskup OP
Jezus, religia, człowiek
Jaki jest stosunek Jezusa do religii? Nakaz pokazania się kapłanowi i złożenia ofiary, jednoznacznie mówią o szacunku Jezusa do judaizmu. Jezus to, dla nas chrześcijan, Bóg Jedyny, na którym umiłowany Lud zbudował całą swoją tożsamość. Sam nie potrzebował religii, ale stając się prawdziwym człowiekiem, podporządkował się „miejscom i czasom” Izraela, jego historii, językowi, kulturze, w tym i religii. Jezus był praktykującym Żydem: obrzezany ósmego dnia (Łk 2,21), w 31 dniu po urodzeniu poddany obrzędowi wykupu syna - pidion haben (Łk 2,22-24), jako dwunastoletni przeszedł obrzęd Bar Micwa (Łk 2,41-50)i wówczas po raz pierwszy odczytał z pergaminowych zwojów paraszę – fragment ksiąg prorockich … swoje nauczanie rozpoczął w synagodze (Łk,14-30), przestrzegał wszystkich świąt żydowskich (Mk 14,12; Mt 21,8-9; J 7,2).
Jezus jest wypełnieniem każdej próby poszukiwania religijnego. Swoją zbawczą misją przywraca właściwy wymiar religii. Uczy ufności w Bogu i szacunku dla człowieka, bo nie człowiek jest dla szabatu (religii), ale szabat (religia) jest dla człowieka. Religia przeminie, bo przemija postać tego świata.Zostanie tylko Bóg i człowiek. I o tym musi pamiętać każda religia, także Kościół w swej widzialnej strukturze.
Przywołany przeze mnie fragment ewangelii pokazuje bezradność religii w niektórych momentach wobec pewnych sytuacji egzystencjalnych człowieka. Trędowaci byli praktycznie wyłączeni ze społeczności. Odosobnienie początkowo miało uzasadnienie czysto praktyczne, aby nie zarazić zdrowych (Kpł 13,45-46). Z czasem dorobiono „religijną” ideologię o nieczystych duchowo i pozbawionych błogosławieństwa Bożego. Nie było dla nich miejsca w społeczeństwie. Nie wolno było im zbliżać się do zdrowych, a podobny zakaz dotyczył zdrowych, aby nie zaciągnąć nieczystości.
Jezus przekracza nieprzekraczalne dla człowieka granice - otwarty na jakichkolwiek „zamkniętych”. Niszczy granice, które tworzy grzech, cierpienie, obojętność, lęk… Przekracza te religijne konwenanse, które nie odzwierciedlają obrazu kochającego Boga. Meliton z Sardes w II w. pisał w homilii paschalnej: w Ablu został zabity, w Izaaku związano mu nogi, w Jakubie przebywał na obczyźnie, w Józefie sprzedany, w Mojżeszu porzucony… to mowa o Jezusie. On sam poznał doświadczenie odrzucenia i wyobcowania: przyszedłem do swoich, a moi mnie nie przyjęli (J).
Nie możemy też nie zauważyć, że to z powodów religijnych (jak łatwo swoje motywy osobiste i polityczne, pomylić z misją religii – także dziś!) i przez ludzi religijnych (pobożny nie zawsze bywa wierzący!) Jezus został odrzucony. I spróbujmy nie patrzyć na to wydarzenie tylko z ostatecznego, zbawczego punktu widzenia. Nie usprawiedliwiajmy człowieka, tłumacząc to Bożym zamysłem. Bo ulegając takiej interpretacji, zbyt łatwo „sakralizujemy” element ludzki i usprawiedliwiamy w religii, co złe z powodu człowieka.
Jezus, wyrzucony poza nawias religii, w oczach ludzi religijnych znalazł się jakoby poza Bogiem (Pwt 21,23: Bo wiszący jest przeklęty przez Boga). Skoro teologia Starego Testamentu, starsi i uczeni w Prawie oraz faryzeusze, potwierdzają odrzucenie Jezusa, jak inaczej może spojrzeć prosty lud? Z powodu ludzkiego odrzucenia, także na poziomie emocjonalnym i psychologicznym Jezus miał poczucie, że Bóg o Nim zapomniał: Boże mój Boże czemuś mnie opuścił.
Jest taka teologiczna zasada zgodnie, z którą Kościół związany jest sakramentami, ale nie Chrystus – Źródło wszelkich sakramentów (Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych i pomimo niewiary Tomasza – por. J 20,24029). Może dotrzeć do każdego i działać w każdym egzystencjalnym położeniu człowieka: skoro Bóg rozjaśnił ziemię porankiem zmartwychwstania, nie ma już więcej skreślonych z listy, nie ma marginesu, kloaki odrzutów rodzaju ludzkiego, getta i zon specjalnego nadzoru (Michał Zioło OCSO). Czyż inaczej nie mówiła Matka Teresa: być niechcianym to najgorsza choroba. Wszyscy ludzie są tacy sami, wszyscy pragną miłości.
To podejście też obowiązuje każdą religię, przede wszystkim Kościół – miejsce najszczególniejszego uobecnienia Chrystusa. Kościół nie zawsze może dotrzeć za pomocą sakramentów, ale zawsze jest zobowiązany do empatii, w którą został wyposażony każdy człowiek – chrześcijanie także. Do tego ma jeszcze siłę ewangelii, która jest w stanie rozbić każdy mur niechęci i wrogości. Sakramenty to spotkanie w Komunii. Ale można do Komunii przygotowywać się w każdy nam dostępny sposób. Jak mogę pragnąć być z kimś w Komunii sakramentalnej, jeśli nie ma we mnie nawet próby szukania spotkania i zrozumienia na płaszczyźnie ludzkiej? Nie wierzę, że ktoś szczerze może pragnąć czyjegoś zbawienia w wieczności i wie o czym mówi, jeśli nigdy nic nie zrobił, by kogoś uratować z jakiejś opresji, tu i teraz!
Czy my nie zamykamy ludzi w gettach naszych schematów, niechęci, obojętności i czy czasem religia nie służy nam jako okazja do ideologizowania naszych lęków przed innymi? Dlaczego tak często się zdarza, że osoba z obiektywnych powodów odchodząca od konfesjonału bez rozgrzeszenia, nie mogła choćby liczyć na odrobinę szacunku i cierpliwe wyjaśnienie, że miłość Boża jest wierna i sięga poza widzialne działanie Kościoła? Dlaczego tak wielu ludzi czuje się odepchniętych przez kościół, a jego wierni nie potrafią użyć języka, w którym obecne są szacunek, cierpliwość, chęć zrozumienia? Czy z powodu czyjejś nie przystosowalności, nie dopasowania, nie zmuszamy innych do funkcjonowania w gettach zamkniętych środowisk, które stanowią namiastkę akceptacji? Jeśli ktoś nie czuje się akceptowany przez społeczeństwo i Kościół, naturalnie szuka sobie środowiska przychylnego. Między trędowatymi też funkcjonowały jakieś relacje społeczne: współczucie i wsparcie.
Jest oczywiście jeszcze jeden aspekt wyobcowania. Istnieje ryzyko, że gdy jestem odepchnięty, niezrozumiały, sam mogę zamknąć się w więzieniu nie akceptacji siebie i obrażenia się na społeczeństwo, w tym także na Kościół. Jezus każe trędowatemu pokazać się kapłanowi. Musi on zdobyć się na odwagę powrotu do ludzi i poruszania się wśród nich. Jest wezwany do wdzięczności (ma złożyć ofiarę w świątyni). To, że wracam do społeczeństwa fizycznie, nie znaczy, że mentalnie otwieram się na nie. Dopiero przekroczenie swojego lęku i zranionego zaufania do ludzi, sprawia, że doświadczam pełnego uzdrowienia. O wiele bardziej bolesne są więzienia wewnętrzne, które nas zamykają na innych. Często przybiera to formę zgorzknienia. Rozżalenie może się staćjest bardzo realnym wyboremi wielu je wybiera jako sposób funkcjonowania, a jest ono jedną z najbardziej niszczących sił w naszym życiu. Bardzo polecam nowy, wzruszający i mądry film Gran Torino, który pokazuje, że zawsze można się jednak otworzyć.
To wychodzenie z wyobcowania wewnętrznego może dotyczyć także mojego nastawienia do religii i Kościoła. Jezus nie związał uzdrowionego jedynie ze sobą, ale odesłał do religijnej społeczności. Trudne i ryzykowne zadanie! Dlaczego?
Bo jeśli nawrócony na Pana Jezusa, rzeczywiście chce przekroczyć swoje wyobcowanie i żal, by odnaleźć się w Kościele, to czy może liczyć, że i Kościół w tym, co dla religii zmienne, bo ludzkie, potrafi się zwracać do współczesnego świata i wychodzić ze swego rodzaju wyobcowania? Czy społeczność ludzi wierzących nie przypomina czasem środowiska, które ma coś z mentalności getta, sekty, grupy politycznej…? Czy nie zbyt często właśnie ludzie religijni są bardzo często rozgoryczeni życiem, światem? W jakiś sposób to zrozumiałe, bo zbyt głębokie są nasze pragnienia, by zostały zaspokojone przez ograniczone możliwości „tego łez padołu”. Ale gdyby św. Paweł (człowiek wymagający i dość zasadniczy) zamknął się w takiej pogardliwej i rozgoryczonej postawie wobec „zepsutego” świata (bardzo stare, powiedziałbym „z tradycjami” i wygodne pojęcie, które niezawodnie służy ludziom bardzo pobożnym za wymówkę) daleko trzymałby się od Rzymu i Aten… kosztem Ewangelii!
Jak odnaleźć się człowiekowi, który przychodzi z tzw. społeczeństwa nowoczesnego, w którym ceni się nie zawoalowany język komunikacji międzyludzkiej, a w Kościele rządzi język dyplomacji (mimo zachęty: niech wasza mowa będzie „tak tak, nie nie”): co innego wiedzą swoje o trudnych sprawach hierarchowie, a co innego się mówi (zdawkowo i nie ufnie) wiernym.
Jak poruszać się w Kościele człowiekowi, który w społeczeństwie dojrzał do odpowiedzialności za państwo i potrafi korzystać z demokracji, a w realiach kościelnych spotyka się jeszcze często z sakralizowaniem władzy feudalnej, bo tak jest po prostu wygodniej, bezpieczniej (mimo nauki Pana: wszyscy w wy wszyscy braćmi jesteście)?
I jak przykre jest, gdy hierarcha, który skrzywdził, otrzymuje od papieża dziękczynny list za pobożność i zaangażowanie w Kościele, a maluczcy z powodu tego samego „zaangażowania” nie otrzymali nawet pomocy psychologicznej, a po wyrzuceniu z seminarium żadnej pomocy finansowej, a wręcz, co wiem o jednej osobie, została skazana na „niebyt” nie tylko w seminarium, ale przez „przykład z góry” także w swojej parafii i rodzinie. Na szczęście przyjęły je bogobojne, hm… ludzkie, siostry zakonne. Minęło 45 lat od Soboru Watykańskiego, a ludzi słabych, świeckich bez wpływów w strukturach kościelnych nadal mało się szanuje, nie mówiąc o zaufaniu.
Jak młodemu człowiekowi, który przychodzi z kultury, w której panuje prostota i funkcjonalizm, znaleźć się w kościelnych klimatach, gdzie panują dziwne gusta (w języku, muzyce, strojach, w ogóle w sztuce) czyli kicz i historyzująca tandeta. Do tego w kuriach, pałacach biskupich, seminariach, na parafiach, w komunikowaniu się ze społeczeństwem, w dyskusjach publicznych, bardzo nagminnie chłopska mentalność miesza się z pseudo manierami, rodem z dworu Ludwiga XIV. Nie mam nic przeciwko temu, że komuś „wychodzi słoma z butów”, przecież na słomie, sianku leżał Pan Jezus, ale On urodzony w prostocie i biedzie „nie miał parcia” na salony! A szacunek obowiązuje wszystkich!
Tak, to tylko ludzkie uwarunkowania Kościoła. Ten, kto ufa Bogu będzie trwał w nim pomimo swego niezrozumienia i nie przystosowania do jego widzialnej struktury. Ale czy „uduchawiając” tak sprawę, nie ignorujmy tajemnicy Stworzenia i Wcielenia? Skoro Jezus przyjął we Wcieleniu „miejsca i czasy” człowieka, jego język i kulturę oraz religię w jej ludzkich uwarunkowaniach, równocześnie ukazując jej właściwy charakter nastawiony na ratowanie człowieka, to tym bardziej chrześcijanie muszą podejmować nieustanny wysiłek, by pokazać, że wspólnota wierzących, którą według Ducha gromadzi Chrystus, ale gromadzi „tu i teraz”. Czy współczesny człowiek, autentycznie szukający Chrystusa, ma szansę odnaleźć i zadomowić się w widzialnej postaci Kościoła, jak np. św. Justyn w II wieku, który zakochany w ewangelii, jednocześnie nie musiał odżegnywać się od całej kultury antycznej i od filozofii? To właśnie dzięki takim ludziom, Kościół nie stał się sektą!
Prawda, która jest tylko przekazywana, nie będąc przemyśliwaną ciągle na nowo aż do korzeni, zatraca swą życiową moc. Naczynie, które je zawiera – np. język, świat obrazów i pojęć – zamienia się w proch, rdzewieje, ulega rozproszeniu. Stare pozostaje młodym tylko wtedy, kiedy jest odniesione z najbardziej młodzieńczą siłą do jeszcze starszego, do wiecznie trwałego, do teraźniejszego objawienia Boga… Odnoszenie się ze czcią do tradycji wcale nie zwalnia z obowiązku rozpoczynania wszystkiego od nowa, tzn. nie od Augustyna bądź Tomasza, czy Newmana, ale od Chrystusa… Małe grupki tych, którzy w porozumieniu między sobą nadal pielęgnują domniemaną tradycję, stają się coraz bardziej ezoteryczne, obce światu i coraz bardziej niezrozumiałe, nawet nie racząc przyjąć do wiadomości swego wyobcowania. Wówczas przychodzi nagle czas nawałnicy, która łamie uschniętą gałąź, ale ów upadek nie będzie wielki, ponieważ padający konar już od dawna był niczym. (H. Urs von Balthasar)« powrót
37 komentarzy
-
2009-07-17
vera
odwagi
Wszystko to racja. Dopóki religia będzie rozumiana, traktowana jako bastion praw, zawsze znajdą... » -
2009-07-16
Kasia (Sz)
Na koniec jeszcze ciekawostka
Znalazłam takie określenie "churching" - czyli wędrówki w poszukiwaniu kościoła z... » -
2009-07-16
Kasia
Co do o.Rydzyka - ręce opadają ... Co do Ojca wpisu - trafne spostrzeżenie. Dziękuję za poruszenie ...
Co do o.Rydzyka - ręce opadają ... Co do Ojca wpisu - trafne spostrzeżenie. Dziękuję za... »
Miłość posiada twarz, a odsłania się całkowicie w Chrystusie. Spojrzenie Jezusa to "jakaś nowa nauka z mocą" (Mk 1, 27b) - spojrzenie tak mocne miłością, że lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło - mówi aklamacja przed dzisiejszą ewangelią. Najwznioślejsza nawet i najbardziej uzasadniona nauka Kościoła pozostaje wyłącznie moralizującą połajanką a orędzie dobrej nowiny jedynie tanim pocieszaniem jeśli im nie towarzyszy żywe doświadczenie mocy spojrzenia Chrystusa. Ono dociera to najbardziej dramatycznego mroku niewiary człowieka, której same radykalne poglądy ludzi Kościoła nie są w stanie przełamać.
... więcej »
"NIEOBECNOŚĆ NAM OBCA" - śpiewała zmarła tydzień temu Cesaria Evora. I gdy dalsze słowa piosenki mówią:
"Ale bez lęku
Podróżuje tylko w myślach
Jestem wolny
Tylko w moich snach
W najgłębszych marzeniach
Chronisz mnie
Kochasz, tylko tam..."
my chrześcijanie wierzymy, że "nieobecność nam obca" w realnym życiu, skoro Mesjasz Pan, to Emmanuel - Bóg jest już z nami na zawsze!
Ewangelia nazwała Jana Chrzciciela, idąc za proroctwem Izajasza, głosem wołającym na pustyni. Święty Augustyn tłumaczy, że jest to głos przerywający milczenie - dźwięk niosący Słowo.

















