„Abandon”
Małgorzata Wałejko
StyczeĂĹĄĂÂ 2009
Nie starsi, lecz starzy (nieco spóźnione refleksje na dzień babci i dziadka)
Wielu ludzi starych cierpi z powodu poczucia bezwartościowości. Zbyt dużo prowadzę takich rozmów i słyszę wyznań, by traktować je jako wyjątki. To raczej smutna „norma”. Wprawia w zdumienie, jak często osoby w wieku poważnym głęboko, niemal nerwicowo lękają się „by nie być ciężarem”, chcą „umrzeć lepiej niż robić młodym kłopot”, usprawiedliwiają się „że jeszcze mogę wkoło siebie wiele zrobić, staram się być samodzielna”. Pewna pani aktywnie zaangażowana w Uniwersytet Trzeciego Wieku, zdająca się w pierwszych minutach od poznania odstępować od tej smutnej reguły, mówi nagle ściszonym głosem: „nie… ja nie chodzę raczej na takie otwarte spotkania (chodziło o debaty publiczne)… bo zobaczą tę siwą głowę i powiedzą: co baba tu chce…”. „ Jak to?!” „Starzy nie chodzą. Pani nie wie? Boją się wychodzić”. „Dlaczego?” „Bo, widzi pani, my jesteśmy tacy… no… do niczego. Nie zarabiamy… nic z siebie nie dajemy. Pasożyty trochę. I nie rozeznajemy się na tych komputerach, a to się teraz liczy jako mądrość”.
Wydaje się, że rzeczywiście przymiot wydajności i swoistej produktywności-efektywności, rozmaicie rozumianej, współcześni otoczyli szczególnym kultem. Kult ten może przekładać się na społeczną atmosferę uznawania osób starych za bezużyteczne, więcej jeszcze – ciężary dla społeczeństwa. O. Zawada napisał kiedyś: <<Człowiek uważający, że pracą i skutecznością „zarabia się” na akceptację i na życzliwość innych, pod koniec życia, wyczerpany i przygnębiony swą niesprawnością fizyczną czy psychiczną, może przeżyć trudne osamotnienie. Nie może już udowodnić swej użyteczności dla społeczności, w której żyje. Osamotnienie takie wyrasta na poczuciu winy: skoro nie mogę zapracować na chleb, nie mam prawa już jeść>>. Eufemizmy typu „wiek poprodukcyjny” sprzyjają usuwaniu w cień tych, którzy już nie spełniają kryterium wytwórczości. Starość staje się źródłem zawstydzenia; liczy się blask sprawności i inteligencji. Jak smutno konstatuje J. Bréhant: „Starcy mają dwie wady czyniące ich całkowicie nieużytecznymi w naszej cywilizacji przesytu: są nieproduktywni i konsumują mało. Interesujemy się nimi tylko podczas kampanii wyborczych”.
Co gorsza, ów brak zainteresowania przejawiają także bliscy. Pisze o tym Jan Góra OP, który zorganizował Lednicę Seniora, jednak chętne osoby miały problem z dojazdem: „na moje pytanie, czy młodzi by nie pomogli lub nie podwieźli, dowiadywałem się, ze młodzi są tak bardzo zapracowani i zajęci, że babcia nie ma nawet śmiałości zapytać, nie mówiąc już o tym, by poprosić (…) Bo taka prośba wydałaby się dziwna, niezrozumiała, że babcia lub dziadek może jeszcze czegoś w życiu chcieć dla siebie”. O. Góra nie waha się określać tego rodzaju fenomenu „rozprzestrzeniającą się coraz bardziej tyranią biologiczną”.
Obawy osób starych nie biorą się zatem z niczego. Są rezultatem przekazu społecznego niejako „podprogowego”, nie wypowiadanego wprost, lecz wymową mediów, zdjęć wyłącznie młodych ciał w czasopismach, przepisów bankowych nie udzielających kredytów ludziom starym (bo mogą umrzeć, jak bezceremonialnie uzasadnia się odmowy), ofert dorywczych prac ograniczonych wiekowo, lecz najbardziej boleśnie - wymową zbytniego zapracowania dzieci, by wpaść na obiad lub podwieźć na „Lednicę Seniora”, znikomego nie rzadko zainteresowania wnucząt rozmową z babcią i dziadkiem . Postawą bliskich, którzy nic nie wiedząc o tym, zainfekowali się wirusem tyranii biologicznej, hołdowania inwestycjom opłacalnym, dziełom efektywnym i byciu „glamour”.
Jak można to zmienić?
Wielu ludzi dostrzega ten nabrzmiewający problem. Od lat już funkcjonują wspaniałe inicjatywy Uniwersytetów Trzeciego Wieku i pokrewne, mające na celu aktywizację osób starych i ich integrację, ukazywanie im przepastnego wewnętrznego potencjału czekającego wciąż na wydobycie. Szeroka oferta dziedzin nauki, w obszarach których można podnosić kwalifikacje, poszerzać wiedzę i zaspokajać jej głód, bywa imponująca. Zajęcia sportowe i turystyka, jak również spotkania towarzyskie pozwalają na utrzymywanie dobrej kondycji i budujących przyjaźni, dają ludziom starym wiele radości. Tego rodzaju stowarzyszenia mają na celu obalanie stereotypu utożsamiającego starość z biernością, wycofaniem, izolacją i (społecznym) milczeniem; fotelem bujanym i widokiem za oknem. Nie należy negować ich wartości.
Jednak przyznam szczerze, że według mnie propagowanie tego typu aktywizacji jako najwłaściwszej, czy jedynie właściwej formy pięknego przeżycia starości rodzić może dwa poważne niebezpieczeństwa.
Pierwszym jest ni mniej ni więcej utrwalanie „wytwórczości” jako kryterium wartości osoby: wytwarzające się „ubocznie” wrażenie, jakoby spełnieniem osoby była właśnie aktywność, wiedza, inteligencja, nauka języków, występy, wysportowanie, podróże – zatem to wszystko, co stanowi miarodajne wyznaczniki sprawności i działań. Niepokojąco przypomina to próbę sprostania wymogom społecznego pręgierza: przymilne, usilne i posłuszne wejście starszyzny w ten język i ten kod pojęć i wartości, którymi formułowany jest społeczny „niemy zarzut nie-wydajności i nie-efektywności”: „skoro nie jesteśmy ważni, bo nie jesteśmy atrakcyjni i efektywni – staniemy się takimi i wtedy staniemy się na powrót ważni”. A przecież nie możemy mówić tym samym językiem i kodem znaczeń, gdyż jest to język kłamstwa i skandalu. Kod ten należy przełamać dowodząc, że o spełnieniu osobowym nie stanowi wciąż dobra sprawność intelektualna, umożliwiająca udział w kursach Uniwersytetu Trzeciego Wieku, częstotliwość wychodzenia z domu czy bycie gwiazdą socjometryczną. Te sprawności powinny być pielęgnowane, są bowiem bezsprzecznie rozwojowe, jednak należy pamiętać, iż dotyczą wciąż niewielkiego procenta osób starych! Daje się niekiedy wyczuć pewną presję, by np. osoby stare uczyły się obsługiwać komputer i brały udział w innych zajęciach, gdyż od tego zależy ich osobowe spełnienie, szczęście, czy wartość. Na własne uszy słyszałam, jak w czasie konferencji dotyczącej okresu starości jedna z prelegentek po zaprezentowaniu wyników badań dotyczących izolowania osób starych i słabych kontaktów starszego i młodszego pokolenia, jako wniosek sformułowała postulat, by … starsi uczyli się obsługiwać komputer, bardziej się „uaktywnili” - by mogli „nadążyć za światem”. Tymczasem wielu z nich nie ma na to ochoty, ma obiektywne trudności z nowoczesnymi technologiami, czy nieśmiałość uniemożliwiającą wchodzenie do nowych grup, a najczęściej niezdolność wyznaczoną kondycją zdrowotną; naprawdę starsi nic nie powinni – to świat powinien nadążyć za nimi; to świat winien dostrzec w osobie wartość nie związaną bynajmniej ze znajomością Microsoft Office.
Drugie niebezpieczeństwo rodzi sytuacja, w której główny akcent troski społecznej o ludzi starych postawiony jest na działalności Uniwersytetów Trzeciego Wieku i Klubów Seniora; słowem form zrzeszających osoby stare we własnym gronie (getta!). Szeroko upowszechnione przekonanie o wartości osoby samej w sobie, także starej, i oczywistość jej afirmacji, winno uczynić ją bardziej (jak najbardziej) obecną i ważną w naturalnych naszych środowiskach: rodzinach, zakładach pracy (jakże rzadko korzysta się z rad emerytów, zaprasza ich do konsultacji, czy rad zarządu, a są przecież skarbcami doświadczenia i wiedzy!), mediach, szkołach (pogadanki babć i dziadków), etc. A nie „babcia przesiaduje w klubie seniora, bo tam się najlepiej czuje”.
Myślę, że aby uniknąć obu tych niebezpieczeństw, wszelką pedagogię osób starych, w tym jej najpopularniejsze formy typu Uniwersytety Trzeciego Wieku (skierowane jednak „ do wybranych”, choćby chodzących) należy oprzeć na upowszechnianiu prawdy o wartości osoby i spełnieniu osobowym jako zupełnie niezależnych od „zewnętrznej aktywności” czy sprawnego intelektu.
Wówczas pedagogia osób starych byłaby adekwatna i uniwersalna – sięgająca i tych zdrowszych, i tych leżących, i błyskotliwych, i dotkniętych dezorientacją i demencją: byłaby służebna dla wszystkich i wszystkich mogłaby ogarnąć swym opiekuńczym płaszczem. Tak rozumiana pedagogia starości byłaby „zapośredniczona” w wychowaniu ogólnospołecznym, w swoistej „kampanii na rzecz godności osoby”.
Spełnienie osoby i szczęście nie byłoby kojarzone jedynie z jej naoczną efektywnością czy sprawnością; osoby chore, leżące, czy z powodów obiektywnych nie mogące w widoczny sposób angażować się społecznie, także otrzymałyby „prawo do szczęścia i spełnienia” (które oczywiście posiadają, a byłyby po prostu go bardziej świadome). Osoby stare byłyby bardziej kochane „bo są”, a nie „za to jakie są” i często zamiast zrzeszać się we własnym gronie i tam szukać powodów dla poczucia, że „są potrzebne”, byłyby afirmowane i potrzebne we własnych, naturalnych środowiskach: wśród rodzin i kolegów z dawnej pracy.
Przyznam szczerze, że sama zostałam przyłapana na uwikłaniu w ten społeczny kod nadający starości charakter negatywny. Otóż gdy składałam ostatnio tekst na sympozjum, w tytule użyłam określenia „osoby starsze”. Osoba przyjmująca tekst, od lat pracująca z ludźmi w podeszłym wieku, gdy przeczytała tytuł zapytała: „Dlaczego ‘starsze’ a nie ‘stare’? ‘Starsze’ od kogo?” „ ’Starsze’ ładniej brzmi…” odpowiedziałam, co wydało mi się oczywiste. „Ale ‘stare’ nie brzmi brzydko. ‘Stary’ to określenie wieku, niczego innego; sam wiek nie ma nacechowania negatywnego, brzydkiego czy nieeleganckiego. To, że boimy się mówić ‘stary’ i uciekamy do zamienników, wynika tylko z uprzedzenia społecznego i jest właśnie wyrazem utożsamiania starości z czymś wstydliwym, o czym nawet nie należy wprost mówić, bo takie jest okropne”.
Odtąd uważam, by słowo „stary” przychodziło mi tak samo łatwo jak „młody”. To element mojej małej „kampanii”.
« powrót
2 komentarze
-
2009-02-01
mabo
Ocena:



Podobna refleksja towarzyszy mi od jakiegos czasu, gdy patrze na moich dobiegajacych 90-tki babci i ...
Podobna refleksja towarzyszy mi od jakiegos czasu, gdy patrze na moich dobiegajacych 90-tki babci... » -
2009-02-01
trytka
Ocena:



jestem za zapraszaniem ludzi starych (choć przechodzenie tego słowa przez moją klawiaturę nie jest ł...
jestem za zapraszaniem ludzi starych (choć przechodzenie tego słowa przez moją klawiaturę nie... »
Błogosławieństwo – to nie tylko krzyżyk na czole i znak krzyża na koniec Mszy. Błogosławić to nie tylko przekazywać Boży pokój i być posłannikiem Jego miłości. Błogosławić to także odsłaniać dobro przed drugim człowiekiem; jego własne dobro.
... więcej »Nie znałam Jej osobiście, nie znam także Jej Rodziny. To nie stanowiło przeszkody, by otrzymać od nich przepiękny dar, życiową lekcję. To chyba taka ziemska odmiana obcowania świętych; czyjaś miłość do Boga staje się moim udziałem, pomimo braku spotkania.
... więcej »Ostatni wpis był dopowiedzeniem kilku refleksji dotyczących mojego tekstu pod tytułem „NPR – tylko dla orłów?” zamieszczonego na stronie dominikanów. Dziś dosnuję owe refleksje do końca.
... więcej »Ostatnimi czasy Redakcja strony była łaskawa zamieścić w zakładce „Polecamy” mój tekst poświęcony naturalnemu planowaniu rodziny. Byłam tym nieco zaskoczona, gdyż tekst powstał już jakiś czas temu i przyznam, że pewne kwestie dzisiaj gotowa byłabym nieco przeformułować. Prześledziłam komentarze (bardzo za nie dziękuję) i pomyślałam, że blog może być dobrym miejscem, aby przelać wywołane przez nie, a i przez wspomniany czas, refleksje i dopowiedzenia. Przez to, że refleksji jest kilka, podzielę wpisy na kilka odcinków, aby jednorazowo Czytelnika nie zmęczyć.
... więcej »W dniach 19 – 26 czerwca w Jamnej odbyło się IV Forum Młodzieży Dominikańskiej. To zlot dominikańskich duszpasterstw szkół średnich z całej Polski, który w tym roku zainaugurował wakacje dla 170 chłopców i dziewcząt, w wieku od 6 klasy podstawówki do klasy maturalnej. Miałam frajdę przyglądać mu się z bliska.
















