„Abandon”
Małgorzata Wałejko
Do takich należy Królestwo
Panu Jezusowi nie chodziło o zachowanie dzieci, gdy się nimi zachwycał. Bardziej chodziło o relację.
Muszę wyznać Wam, drodzy Czytelnicy, że moja Córeńka, a ściślej Jej usposobienie, jest moim wielkim, życiowym zaskoczeniem. Antoś był i jest dzieckiem spokojnym i nieskomplikowanym. Urodził się przedwcześnie, drobniutki i słabiutki, i niemal całe najwcześniejsze dzieciństwo przespał lub przedumał. My z mężem jesteśmy raczej podobni – bynajmniej nie wulkany energii. A Olka to herod-baba. I posturą, i temperamentem. Ostatnio koleżanka przyjrzała się wnikliwie poczynaniom młodej na placu zabaw i stwierdziła: „Widzę ją na kierowniczym stanowisku dużej korporacji”. A po wizycie u Rodziców, gdy już wpakowałam dzieci do samochodu, moja Mamusia spojrzała mi w oczy i szepnęła, jakoś tak współczująco – „jesteś dzielna, kochanie”. Chwilę wcześniej ich dom plądrował 15-miesięczny różowy huragan o kręconych włoskach, raz po raz rzucając się na ziemię teatralnie demonstrując ataki histerii.
Gdy więc w piątek wieczorem schroniłam się na dobę w moim mateczniku – szczecińskim Karmelu – cisza smakowała szczególnie, a odpoczynek przed Panem Jezusem cieszył jak nigdy. Potrzebowałam i duchowego wytchnienia, i zawierzenia mojego macierzyństwa, wystawionego na ciężką próbę (-: I naraz rano słyszę Ewangelię o tym, jak rodzice przyprowadzali dzieci do Jezusa, a On mówił, że do takich właśnie należy Królestwo Niebieskie. Kazanie wprawiło mnie w osłupienie i kazało zadać pytanie, czy aby nie jestem śledzona. Odpowiedź zresztą jest twierdząca, jestem, przed Ducha Bożego (-: „No cóż – mówił kapłan – dzieci są różne. Bywają krzykliwe i nieposłuszne, histeryczne i trudne. Może było tak, że zmęczeni rodzice przyszli do Jezusa z tymi rozwydrzonymi, z nadzieją, że jak na nie ręce położy, to, podobnie jak uzdrawiał, choć trochę się poprawią?...” Na pewno – pomyślałam.
No to dlaczego Jezus daje nam za wzór dziecko? Przecież niewątpliwie miał świadomość wielorakiej słabości tego wieku – zwłaszcza w ówczesnym Izraelu, gdzie dziecko nie cieszyło się godnością, prawami i szacunkiem. Nauczyciel nie mówi: „Jeśli się nie staniecie jak grzeczne dziecko, to najlepiej wychowane, ze złożonymi rączkami w kościele, niewinne”, ale po prostu: „jak dziecko”. Jakie? Które broi, bywa nieposłuszne, usiłuje przekraczać granice, niecierpliwie żąda wszystkiego natychmiast, u którego zwykle emocje górują nad rozumem prowadząc do histerii. Które zachłannie chce dużo, jeśli nie wszystko i tylko dla siebie, i które potrafi odpłacać złem za zło. Pan Jezus musiał o tym wszystkim wiedzieć – zwłaszcza, że w innych fragmentach Ewangelii przywołuje przykład „przymawiających”, krnąbrnych dzieci na rynku.
Można więc wysnuć wniosek, iż dziecko stawiane za przykład oznacza, że jego słabość nie jest dla Boga problemem, że ta słabość i nawet pewna skłonność do zła – atrybuty dzieciństwa – nie przeszkadzają w wejściu do Królestwa Niebieskiego!
To bardzo ciekawe. Nie słyszymy: „Jeśli się nie staniecie doskonali i wolni od zła…” ale „Jeśli się nie staniecie jak dzieci”. Bóg pozwala nam na słabość. Mamy prawo być słabi!
Jest to więc zachęta do realizmu w myśleniu o sobie: do końca życia będzie w nas przecież ciemna strona. Zapewne coraz mniej, ale będzie. Słowa Pana Jezusa zachęcają do pogodnej akceptacji własnej słabości. Ona nie jest przeszkodą w wejściu do nieba. Przecież świętość to nie doskonałość – ta nie jest dla nas osiągalna. Co więc jest takiego w dzieciach, do czego my mamy dążyć? .jpg)
Wydaje mi się, że chodzi o sposób, w jaki na swoją słabość reagujemy. A możliwe są dwa; pierwszy jest zwykle właściwy osobom dorosłym, a drugi dzieciom.
Pierwszy polega na zadręczaniu się swoim złem, upadkami i wadami. Nie umiemy sobie ich wybaczyć, bywamy „sobą” przytłoczeni. Bardzo martwimy się, że dana wada wciąż powraca. Zaciskamy zęby, by ją wyeliminować, a porażka nas załamuje. Słabości zatem zniechęcają. Tego typu postawa skrywa pychę, czyli przekonanie i oczekiwanie, że jest się w stanie o własnych siłach wyzbyć słabości, stać się nieskazitelnym. Nie uznajemy się za człowieka nieodwracalnie słabego; ponieważ nie wierzymy, że Bóg mógłby nas takimi przyjąć.
Drugi sposób reagowania na swoją słabość, który możemy obserwować u maluchów, to nadmierne nieprzejmowanie się swoją słabością. Nie obciążanie paraliżującym poczuciem winy. Dziecko oswojone ze swoją słabością, nie boi się jej. Uznaje błąd, przeprasza, i już.
Stąd ta prostota? Z przeświadczenia, że ma nad sobą kogoś, kto zawsze przebaczy i pomoże, kogo miłość nie zależy od jego osiągnięć czy zachowania. Jednocześnie ze świadomości, że jest zależne i nie samowystarczalne – że potrzebuje pomocy (nie ma z tym problemu!) i pozwala sobie pomóc. Jego bycie w hierarchii „na samym dole” nie oznacza bycia poniżonym, ale zaopiekowanym i bezpiecznym. Taka postawa to pokora.
Zatem Pan Jezus daje nam prawo do błędów. Można jednak się zaniepokoić, czy takie odkrycie nie spowoduje, że legnę w lenistwie, nie będzie mi się chciało zmieniać, pracować nad sobą… Wręcz przeciwnie! Czyż ktoś, kto zawiódł rodzica czy przyjaciela, zrobił mu świństwo, a usłyszy: „kocham cię mimo wszystko” – nie otrzymuje naraz skrzydeł u ramion, by z całego serca na miłość odpowiedzieć miłością i poprawą?
Następna cecha dziecięca, zresztą z poprzednimi powiązana, to bezpretensjonalna zdolność przyjmowania darmo. My, dorośli, bywamy skażeni kalkulowaniem typu „coś za coś”: na wszystko trzeba zapracować. Gdy coś cennego otrzymamy darmo, czujemy się nieswojo – niemal winni, niemal jakbyśmy to ukradli. Momentalnie zagłuszamy te niewygodne odczucia przymusem odwdzięczenia się. Wykazania się, zasłużenia, dowiedzenia, że jestem daru wart!
A maluchy czerpią, przyjmują – chciałoby się powiedzieć – bezczelnie. Dziecko do pewnego momentu tylko bierze, nic (świadomie) nie dając – wysysa z mamy pokarm, żąda zabawy, obecności, czasu, spaceru i wie, że to wszystko jest dla niego. Tylko to, że jest – staje się wystarczającym tytułem do tego, że wszystko mu się należy. Poza tym – ono… nie ma czym zapłacić.
W myśleniu religijnym utarło się, że to my musimy dawać dary Bogu – modlitwę, realizację przykazań i moralne życie. Wtedy będziemy święci i wtedy Bóg będzie z nas zadowolony i będzie się do nas uśmiechał. Na ludzką miłość też chcemy zapracować i często każemy innym zapracować na naszą. Dzieci upośledzone, np. z zespołem Downa, są dzisiaj masowo usuwane w 12 tygodniu ciąży (gdy usg już wykrywa wady chromosomalne) ponieważ nie będą miały czym zapracować na naszą miłość – ani ładną buzią, ani inteligencją.
Tymczasem Bóg kocha za nic; słabych jeszcze tkliwiej. Wszakże jadał i świętował z grzesznikami, poszedł na obiad do złodzieja Zacheusza zanim ten poczynił krok ku zmianie. A za wzór postawił nam pogardzane w Izraelu dziecko.
Być świętym i szczęśliwym oznacza zatem nie tyle dawać Bogu swoją doskonałość (tego nigdy nie zdołamy zrobić), ile łapczywie przyjąć miłość, która jest za darmo. Wkładać wysiłek najpierw nie w purystyczne samo-doskonalenie, ale w poznanie tej miłości Boga – np. w Ewangelii. Modlić się o to, by w nią uwierzyć i poczuć się wolnym, bezpiecznym dzieckiem. Bezczelnie i zuchwale wysysać z Boga pokarm. Ćwiczyć się w nie-rozpamiętywaniu własnych błędów. Przepraszam – i już. Bóg się cieszy, że jestem z Nim nawet upadając, a nie z tego, że nie upadam. Zwłaszcza, że można nie upadać, ale z Nim wcale nie być (jak faryzeusze).
Panu Jezusowi nie chodziło więc o zachowanie dzieci, gdy się nimi zachwycał. Bardziej chodziło o relację – jak zauważył ksiądz w Karmelu. Chodzi tu więc o pełne zaufanie – także w znaczeniu rezygnacji z kontroli nad własnym życiem.
Dorośli żyją strachem o byt, o jutro, o karierę i sukces, zdrowie, majątek i bezpieczeństwo. Wiele energii tracimy na dreptanie wokół różnych dóbr, by nic nie stracić.
Dzieci są od tego wolne. One nie mają co stracić, bo nic nie mają lub inaczej – nie czują, by coś miały. Myślę, że Pan Jezus zachęca nas w Ewangelii – i tutaj, mówiąc o dziecku, i w przypowieści o liliach na polu – byśmy porzucili usilne trzymanie sterów kontroli nad własnym życiem i troski o siebie. Nie chodzi tu o zarzucenie rozsądnego zapewnienia sobie tego, co do życia potrzebne, ale o niemartwienie się. Wolność od stresu, lęku i nadmiernego skupienia na sobie, zamiast na innych. Przerzucenie trosk o dzisiaj i jutro na Boga.
Dziecko nie próbuje przecież kontrolować biegu wydarzeń i swego życia. Gdy rodzic mówi: „chodź, idziemy” – chwyta dłoń i idzie. Bez pytań: „a czy to dobre dla mnie? „ „a czy nic mi się nie stanie?” „A kiedy wrócimy?” Po prostu idzie.
Jak dziecko przyjmować wydarzenia, jakie niesie strumień życia; z ufnością. Dziecko poddaje się wyborowi
przedszkola, szkoły czy miejsca zamieszkania. Ufa. Nawet gdy rodzinę spotykają dramaty.
Myślę, że dla nas może być to lekcja zaufania Opatrzności nawet gdy życie układa się inaczej, niż myślimy. Nietrzymania się kurczowo własnych pomysłów na życie, nie obrażania się, gdy dotyka nas trud. Ufać bez granic.
Po co?
Po pierwsze, by cieszyć się wolnością – radością i wewnętrzną swobodą. Kiedyś w radio pewien podróżnik opowiadał, że dzieci w biednych dzielnicach Indii bawią się bardziej radośnie i beztrosko niż mali Europejczycy. Ci ostatni kontrolę nad swoim życiem i bytem przejmują przedwcześnie. Reklama generuje im sztuczne potrzeby. Czują się nieszczęśliwe, gdy nie mają MP3, czy nowego modelu komórki. A dzieci w Indiach nie dbają nadmiernie o siebie; są nasycone drobiną chleba, obecnością mamy i możliwością zabawy.
A po drugie gdy nie będziemy angażować wszystkich naszych sił w obronę siebie, zachowamy wciąż przestrzeń w sercu na miłość bliźniego, gdzie nie będziemy skupieni na sobie, ale na innych.
Wracając do Olci – doprowadziła ostatnio do wzruszenia zakochanego w niej tatusia. Korzystając z chwili naszej nieuwagi otworzyła zakazaną szklaną szafkę i zaczęła bawić się płytami. Złapana na gorącym uczynku przez tatę, który nadchodził ze zmarszczonymi brwiami i surowym tonem, dosłownie w mgnieniu oka rzuciła mu się na szyję i zaczęła go całować. Topniał bezradny w jej uścisku, oczy zaszły mu łzami i wymamrotał: „ona nas wszystkich urobi…”
Metafora spowiedzi.
« powrót
6 komentarzy
-
2011-12-02
Migdal
Re: Ufność do Boga ma się wtedy, kiedy mamy pewność, że ten Bóg jest dobry. Moim zdaniem nie ma potrzeby...
Wiesz, chrześcijański obraz Boga wyklucza raczej panowanie Absolutu, który komukolwiek "zabiera... » -
2011-08-23
nickola
( ja Dzieciak!)
uPokoiłaś znów moje skołatane serce Siostro Bliżniaczko* ((( zawsze liczymy na Twą... » -
2011-08-19
Kasia (Sz)
Ufność do Boga ma się wtedy, kiedy mamy pewność, że ten Bóg jest dobry. Moim zdaniem nie ma potrzeby...
Ufność do Boga ma się wtedy, kiedy mamy pewność, że ten Bóg jest dobry. Moim zdaniem nie ma... »
Jestem pod wrażeniem kazania, które O. Generał wygłosił dzisiaj w Krakowie. Jest do odsłuchania na stronie.
... więcej »Jak przyjemnie było dzisiaj po raz pierwszy wystawić pranie do ogródka. Tym symbolicznym gestem powitałam wiosnę. Cieszyłam się ciepłym wiatrem na policzkach i zapachem powietrza. Malutka wspinając się na paluszki podawała mi spinacze do bielizny, a przecież gdy ostatnio wieszałam pranie na dworze – póżną jesienią – jeszcze na to nie wpadła… Zmądrzała przez zimę, rośnie Skarbina.
... więcej »Dziś historia mrożąca krew w żyłach, a raczej miazgę w zębach.
... więcej »Zasnęła. Okrywam ją kołdrą. Mąż wpatruje się w nią w zamyśleniu. Spojrzałam pytająco. „Wiesz, miałem ostatnio takie przeświadczenie… że ona będzie świętą.” Po chwili dodaje, jakby usprawiedliwiając się: „ale może to tylko moje pragnienie…”
... więcej »

















