„Abandon”
Małgorzata Wałejko
Czy chrześcijanin może być beztroski?
W trakcie dzisiejszej Eucharystii nie dawała mi spokoju pewna myśl.
Jakiś czas temu czytałam piękną książkę R. Cantalamessy „Eucharystia – nasze uświęcenie”. Pomogła mi ona wejść głębiej w tajemnicę paschalną i do dziś trwa we mnie „zachwycenie” nad Eucharystią i nad wymową zawartych w niej znaków.
Szczególnie jeden z obrazów wciąż do mnie powraca. Kiedy Pan Jezus przychodzi do mnie w Komunii świętej, w tej samym momencie nawiedza również moich braci i siostry, którzy stoją obok mnie. I nie tylko ich, przychodzi do każdego człowieka, przyjmującego Go do serca; jest niepodzielny, i jednoczy nas ze sobą w sobie samym. Można śmiało powiedzieć, że spotykamy się ze sobą w Bogu, na Jego głębokościach. Ciało Chrystusa jest zarazem ciałem mistycznym Jego Kościoła. Kapłan mówiąc: „Ciało Chrystusa” mówi tym samym „ciało twego męża”, „ciało twojej teściowej”, „ciało twojej sąsiadki”, „ciało afrykańskiego chłopca”… ponieważ nie możemy przyjąć Jezusa, nie przyjmując łączących się z Nim, żyjących w Nim, w Jego Ciele, braci i sióstr. Nasze „amen” wypowiadamy nie tylko Chrystusowi, ale także i naszym braciom i siostrom. Także tym, z którymi mamy relacje trudne. Także tym, którzy bardzo cierpią.
Nasze „amen” jest przyjęciem matek, które tracą swoje dzieci, chorych psychicznie, pogrążonych w depresji, samotnych starych ludzi, czekających na odwiedziny bliskich. Do nich przychodzi tylko Chrystus. Wraz z Nim, możemy przyjść również i my na głębokim poziomie serca. Oczywiście obok wewnętrznego spotkania powinno nastąpić również zewnętrzne, ale wewnętrzne może dosięgnąć anonimowych, nieznanych przez nas osobiście, tych, do których nie możemy inaczej dotrzeć jak w Nim, pamiętając o ich bólu i niosąc go z nimi.
W tym znaczeniu nie możemy pozostać beztroscy dufną i obojętną na innych radochą, że nas nie dotykają trudności, że mamy słodkie i miłe życie, że… uff, tym razem na nas nie padło, co za ulga! Wtedy nie bylibyśmy czułymi, kochającymi braćmi, odczuwającymi lęki i trudy innych w sobie, modlącymi się za bliskich, za dalekich, za brata prześladowanego na krańcu ziemi, który przychodzi do mnie w Eucharystii, bo przyprowadza go Jezus! Niech wyjdą z tego mistycznego, eucharystycznego spotkania Chrystusem i z nami podniesieni objęciem, w którym Jezus ogarnia nas wszystkich.
Współcierpiąc, oddajemy ich Bogu i… wtedy może zakiełkować w naszych sercach inna beztroska, ta, którą odczuli przyjaciele paralityka, gdy po tym, jak go przynieśli do Jezusa, został uleczony. Przynosząc Jezusowi naszych braci możemy mieć ufność, że wszystko skończy się dobrze, „dobrze” w wymiarze pozadoczesnym i najpełniejszym.
A jednak św. Dominik nocami płakał. Są przecież i ci, którzy nie chcą przyjąć Bożego „zawsze dobrego zakończenia”. Płakał i pytał: „Panie, co będzie z grzesznikami?”… Bo tak jak Bogu możemy ufać i być spokojnymi o tych, którzy chcą Go, tak są jeszcze nasi bracia i siostry, którzy sami dla siebie są zagrożeniem. O nich nie możemy być spokojni. A jak często siedzimy obok nich przy obiedzie.
Zatem nie. Chrześcijanin, jeśli kocha - nie może być beztroski.
« powrót
2 komentarze
-
2009-03-15
M.
Nie,zdecydowanie nie może być beztroski...ale z drugiej strony musimy pamiętać, że to nie my pozysku...
Nie,zdecydowanie nie może być beztroski...ale z drugiej strony musimy pamiętać, że to nie my... » -
2009-03-10
trytka
Ocena:



a ja dzisiaj nie poszłam na Eucharystię.. a chyba (mimo dwóch dni nie doświadczenia Zjednoczenia) ju...
a ja dzisiaj nie poszłam na Eucharystię.. a chyba (mimo dwóch dni nie doświadczenia Zjednoczenia)... »
Zasnęła. Okrywam ją kołdrą. Mąż wpatruje się w nią w zamyśleniu. Spojrzałam pytająco. „Wiesz, miałem ostatnio takie przeświadczenie… że ona będzie świętą.” Po chwili dodaje, jakby usprawiedliwiając się: „ale może to tylko moje pragnienie…”
... więcej »Dobrze, że dzieci czasami wyjeżdżają. Zwłaszcza rośli dziewięcioletni młodzieńcy, którzy wstydzą się przytulać do mamy przy kumplach.
... więcej »
Celem zasilenia energią niewyspanej głowy i ożywienia snujących się w niej szarych komórek, udałam się na kawę do uczelnianego bufetu. Patrzyłam, patrzyłam i rodziły się we mnie pytania.
Zastanowiłam się, gdzie dla nas, chrześcijan przebiega granica pomiędzy krzyżem a „moim dobrem”. Na pewno inaczej, niż dla osób, które Ewangelią nie chcą się kierować. Jednak nie tak, by krzyż zagroził naszemu dobru.
















