„Abandon”
Małgorzata Wałejko
Marzec 2009
Postanowienie wielkopostne: być prawdziwym
Pewien tekst Tomasza Mertona wywarł na mnie duże wrażenie.
<<Kiedy jesteśmy nieustannie w ruchu, zawsze zajęci wypełnianiem wymagań naszej społecznej roli, bierni, unoszeni przez strumień mowy rwący od rana do nocy, być może jesteśmy w stanie uciec od naszego głębszego „ja” i pytań, które ono stawia. Możemy być mniej lub bardziej zadowoleni z naszej zewnętrznej tożsamości, społecznego „ja”, które tworzone jest przez nasze interakcje z innymi w pracowitym rytmie życia codziennego. Lecz bez względu na to, na ile uczciwi i otwarci potrafimy być w naszych relacjach z innymi, owo społeczne „ja” zakłada konieczny element sztuczności. Jest zawsze do pewnego stopnia maską. (…) Czy kiedykolwiek stwarzamy sobie możliwość zrozumienia, iż ta rozgadana i uśmiechnięta, być może nawet twarda i zwarta osobowość, jaką jawimy się sobie, nie jest w istocie naszym prawdziwym „ja”?>> (T. Merton, Twórcza cisza, Życie duchowe, Lato 31/2002).
Merton pisząc o „koniecznym elemencie sztuczności” zaznacza, iż jest on obecny nawet mimo uczciwości i szczerego otwarcia na innych; to jakby naturalny, społeczny kaftan bezpieczeństwa, który zawsze krępuje pewną, najgłębszą część „ja”. Ona jest niewypowiadalna i ukryta. Ten kaftan wynika choćby z prostego faktu, że jesteśmy cieleśni, a ciało, choć jest znakiem naszej duszy, to przecież niezupełnie transparentnym. Wynika także z kulturowych norm i mechanizmów psychologicznych, nieuświadamianych, a mających na celu samoobronę, okopanie się, naturalne ukrycie pewnych wewnętrznych przeżyć. Zdaje się o tym pisał H. J. M. Nouwen: << Kilka razy w mym życiu miałem jakieś dziwne odczucie, że zbliżam się bardziej do moich przyjaciół w czasie ich nieobecności, niż gdy byliśmy razem. Kiedy wyjechali, miałem silne pragnienie, by spotkać się znów z nimi, nie mogłem jednak uniknąć pewnego uczucia rozczarowania, kiedy spotkanie się ziściło. Nasza fizyczna obecność przeszkadza nam w pełnym spotkaniu. Tak jakbyśmy czuli, że jesteśmy czymś więcej dla siebie niż to potrafimy wyrazić. Tak jakby nasze konkretne, indywidualne charaktery zaczynały pełnić rolę jakiejś ściany, za którą trzymamy w ukryciu nasze najgłębsze osobiste „ja”. Dystans stworzony przez czasową nieobecność pomógł mi wyjrzeć poza ich charaktery i ukazał mi ich wielkość i piękno jako osób, które ukształtowały podstawę naszej miłości>>.
Słowa te przywodzą mi na myśl fenomen, dostrzeżony i opisany, (jak i prywatnie zwalczany za Jego życia) przez Prof. Wojciecha Chudego. Kłamstwo społeczne. Prof. Chudy idzie nieco dalej niż Merton i ukazuje, jak można ten naturalny, w warunkach doczesnych nieunikniony kaftan, nieduży kawałek sukna, przekroić na kombinezon antyterrorysty, obudowujący szczelnie naszą prawdziwą tożsamość, diametralnie ją fałszujący. Zbrojąc się „kłamstwem społecznym”, nie tylko ukrywamy prawdziwe „ja”; zniekształcamy je, niszczymy relacje, ranimy innych i siebie.
Kłamstwo społeczne to sieć, w którą niemal wszyscy, poza nielicznymi wyjątkami, jesteśmy niestety uwikłani. Ona nie jest już zjawiskiem naturalnym jak „bariera” opisywana przez Martona i Nouwena, lecz zwykłym zakłamaniem. Dopomaga w tym kultura z jej konwenansami i obyczajami, ale także prosta chęć zysku, rozmaicie rozumianego. Także tego subtelnego, gdy stawką jest akceptacja innych, spokój, miła atmosfera w pracy.
Mistrz pisze: <<W stosunkach społecznych istnieje zawsze komponent kłamstwa. W tym sensie można mówić o stałej kłamstwa społecznego. Ujawnia się ona w codzienności społecznej, m.in. w postaci pseudogrzeczności, które prawimy sobie na co dzień. Przybiera postać konformizmu, np. służalczości w pracy lub w komplementach, które mówi się bez większego przekonania przełożonym. Komponanta ta ujawnia się niekiedy w małych domowych dramatach: „Nie powiem – dla jej/jego dobra bądź dla świętego spokoju” Stąd krok już do samookłamywania, do pocieszania się „nie jest tak źle…”>> (Społeczeństwo zakłamane, Wa-wa 2007). Kłamstwo społeczne to wiele „drobnostek”, które wydają się nie mieć w sobie nic szkodliwego, a mogą nam pomóc. Np. nieprzyznanie się, że spóźniłam się, gdyż się grzebałam i straciłam poczucie czasu, ale wysapane „miałam trudności z dojazdem… korki…” Praktyka dopisywania do projektu konferencji nazwisk gości zagranicznych, których i tak ma nie być, po to, aby zwiększyć szanse na dotacje. Narzucanie studentom „przedmiotu do wyboru” z uzasadnieniem, iż uczelnia wybrała za nich, by cyt. „oszczędzić im kłopotu”. Każdy z Czytelników może dopisać swoje przykłady.
Merton zauważa, że nasze najprawdziwsze „ja” narzuca się w ciszy i samotności. <<Kiedy pozostajemy w ciszy nie tylko przez kilka minut, lecz przez godzinę lub kilka godzin, możemy stać się niespokojnie świadomi wewnętrznej obecności jakiegoś niepokojącego gościa, naszego „ja”, którym jesteśmy my sami oraz ktoś jeszcze. To „ja” nie jest w pełni akceptowane w swym własnym domu, ponieważ jest tak różne od owej codziennej figury, która skonstruowaliśmy z naszych relacji z innymi – i z naszych wewnętrznych niewierności. Istnieje w nas ciche „ja” , którego obecność jest niepokojąca właśnie dlatego, iż jest ono tak ciche i nie może być wypowiedziane. Musi pozostać ciche. Werbalizując je, jednocześnie je okrawamy i w pewien sposób niszczymy. (…) Nasza kultura jest na wiele sposobów ukierunkowana na to, by umożliwić nam uchylanie się od potrzeby stanięcia wobec owego wewnętrznego, cichego „ja”>>.
Świadomie wybierana cisza jest sposobem na odwyk od nałogu społecznego kłamstwa.
Jest drogą do zgody z naszym wewnętrznym „ja”, a zarazem drogą do naszej największej prawdziwości na zewnątrz. W ciszy stajemy „wobec przepaści między głębią naszego istnienia, którą konsekwentnie lekceważymy, a jego powierzchnią, która jest niewierna naszej własnej rzeczywistości”. W ciszy spotykając najgłębsze, na co dzień spętane „ja” weryfikujemy zaangażowania, odkrywamy naraz, że robimy wiele rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy, mówimy rzeczy nieautentyczne, gonimy za tym, czego nie pragniemy. W ciszy poznajemy i podejmujemy nasze, nareszcie prawdziwe, „ja”.
A gdy odważymy się spojrzeć we własną głębinę, spotkamy się z Bogiem, który jest w nas obecny.
I tu także Merton czyni znakomite spostrzeżenie: wiele z naszego pełnego dobrej woli „dialogu religijnego” jest w istocie zasłoną dymną i pozorem! „Nie możemy ciągle rozmawiać, modlić się głośno, rozumować, kadzić lub słuchać obecnej w tle pobożnej muzyki”. Łatwiej nam odgrywać jakiś wewnętrzny rytuał, który ma na celu odpychanie niepokoju, samousprawiedliwienie się i wciąż ucieczkę przed spotkaniem z prawdziwym „ja” i Bogiem . Tymczasem „najczystsza wiara sprawdza się w ciszy, w której nasłuchujemy nieoczekiwanego”; gdzie „nasza wewnętrzna istota stoi przed Bogiem obnażona”.
Raz rozmawiałam o tym ze studentami. Nieprawdopodobnie poruszyła ich nagle uświadomiona sztuczność, gra, poza; sieć kłamstewek, w której wisimy jak pająki, wobec pracodawcy, ale i ukochanego, gdy nie chcemy prawdą zranić. Na zajęciach wręcz zawrzało, miałam wrażenie, ze nagle porwała ich – nas – tęsknota za prawdą, za czystym powietrzem prawdy, którym moglibyśmy oddychać pełną piersią, w świecie bez obmów, fałszu, obłudy. Ale i za prawdą o nas, w nas.
6 komentarzy
-
2009-04-14
Guru
A to czytaliście
Skradzione jutro. Jak zrozumieć i leczyć kobiety wykorzystywane seksualnie w... » -
2009-03-31
Ala
Merton
A ja dziękuje za przywołanie Mertona, bardzo lubię jego książki » -
2009-03-30
leon
znać siebie i być sobą
Ciekawy tekst skłania brzydko mówiąc „do refleksji”. Trzeba/można po prostu być sobą,... »
Przyznam, że i mnie udzieliła się medialna histeria związana ze słowami Papieża dotyczącymi prezerwatyw. Pozwoliłam się zwieść interpretacji mediów i odczułam rozczarowanie i konsternację. Dlaczego? Otóż z dwóch powodów.
... więcej »W trakcie dzisiejszej Eucharystii nie dawała mi spokoju pewna myśl.
Jakiś czas temu czytałam piękną książkę R. Cantalamessy „Eucharystia – nasze uświęcenie”. Pomogła mi ona wejść głębiej w tajemnicę paschalną i do dziś trwa we mnie „zachwycenie” nad Eucharystią i nad wymową zawartych w niej znaków.















