„Abandon”
Małgorzata Wałejko
Luty 2012
O ekstra ekstrakcji i mocy dziecięcej modlitwy
Dziś historia mrożąca krew w żyłach, a raczej miazgę w zębach.
Ostatni tydzień upłynął pod znakiem zębów, na rozpaczliwym szukaniu kogoś, kto stwierdzi, dlaczego tak boli, że Ketonal forte razy 4 nic nie daje. Nocne wyjazdy na szczękówkę i smutne powroty bez ulgi. Podejrzewano wyrzynającą się ósemkę, która uwięzła w dziąśle nie znajdując drogi EXIT. Po czterech dniach konsultacji z różnymi zębowymi ekspertami, mądry profesor studiując zdjęcie rtg szczęki uśmiechnął się triumfalnie i oznajmił, że przeszłam zapalenie nerwu w siódemce. „Ale ósemkę i tak trzeba operacyjnie usunąć”.
Myślałam, że z leczeniem miazgi w siódemce poczekam do przyszłego tygodnia, bo dziś miałam mieć wycinaną ósemkę. Jednak wczoraj na wieczornych wykładach ból siódemki powrócił z wielką siłą. Moja stomatolog (kochana!) kazała mi przyjechać, mimo, że dochodziła 22.00, a ona właśnie wróciła z filharmonii.
Gdy wychodziłam, z bólu szara na twarzy, przytuliłam Antosia. Był wyraźnie zaniepokojony. „Mamo?” szepnął. „Tak cierpisz. A jeśli ty nie wrócisz? A jak to coś poważnego? A jeśli ty...?” i łzy popłynęły mu z oczu. Mój wrażliwiec. „Synciu! To tylko zęby! Od tego się nie umiera! chcesz jechać ze mną? Potrzymasz mnie za rękę…” Oczy mu się zaświeciły (czy z potrzeby wsparcia matki, czy sposobności niepójścia spać – wolę nie wiedzieć) i po minucie stał ubrany w drzwiach.
Gdy doktor rozwiercała ząb z zapaleniem nerwu, ból był silny. Mimo, że godzinę usuwała zgorzel, nie ustępował, nawet się nasilał. Antoś siedział na krzesełku w kącie i obie zapomniałyśmy o jego obecności. Był świadkiem moich łez i jęków, bo zapalenie nerwu jest doznaniem trudnym. Po godzinie byłyśmy obie bezradne. Mimo usunięcia martwego nerwu, ból nie ucichł. I wtedy doktor podjęła ostatnią próbę – sięgnęła igłą tak głęboko w kanał, że zawyłam – i wydobyła paskudny, „gnijący” nerw. Nie wierzyłam, ból momentalnie ustał. Obcałowałam ją i popłakałam się z ulgi.
Kiedy wychodziliśmy doktor szepnęła mi na ucho: „wiesz Małgosiu, ale to nie mi zawdzięczasz sukces, tylko synkowi”. Nie zrozumiałam. „Ja byłam już naprawdę załamana. Pierwszy raz zgorzel tkwił tak głęboko, bałam się, że nie umiem ci pomóc. I wtedy zobaczyłam kątem oka, że Antoś w swoim kąciku się przeżegnał. Więc podjęłam tę rozpaczliwą próbę – i udało się!”
Gdy opowiadałam o tym Mężowi, przypomniał mi, jak przed paroma laty zadziwiła nas moc Antosiowej modlitwy. Miał chyba 5 latek. Próbowaliśmy wprowadzać go w części Mszy i w czasie modlitwy wiernych powiedziałam mu do ucha, że to jest czas, gdy można Pana Jezusa o coś poprosić. Wyszeptał więc intencję, niczym magiczne zaklęcie, zaciskając powieki dla większej skuteczności: „Proszę o lego!” „Nie myśl, że ci teraz kupię, bo się pomodliłeś!” syknęłam.
Po kościele pojechaliśmy na obiad do Rodziców. Po jedzeniu Babcia dostrzegła jakiś odrywający się guzik u Antka i poprosiła, by poszperał w szafce z nićmi i przyniósł jedną. Poszłam z nim i nagle z tyłu szafki, gdzie odkąd pamiętam Mamusia trzymała nici i guziki, coś się zazieleniło. „Mamo? – zapytał –Mogę zobaczyć co to?” „Możesz…” i ku mojemu zdumieniu Antoś wyciągnął fabrycznie zapakowane Lego, pobiegł do babci i co się okazało? Że przed laty mój Tatuś przywiózł z Niemiec dla małej Gosi Lego i Rodzice postanowili je ukryć na jakąś nadchodzącą okazję.
Nadeszła po 30 latach, gdyż Babcia z przyjemnością śliczny zestaw Lego, rok produkcji 1981, sprezentowała wnusiowi.
A Antoś skonstatował ze spokojem: „No. Modliłem się dziś o Lego”.
Ps. A ekstrakcja chirurgiczna „zatrzymanej” ósemki miała miejsce dzisiaj. Jeszcze trzyma znieczulenie, dlatego pewnie tak tu wesolutko sobie notuję. Było naprawdę zabawnie. Gdy na Sali operacyjnej przysunięto mi nieomal pod brodę stół z przyrządami – kleszczami, dłutami i wiertłami – lekko zakłopotany młody lekarz asystujący profesorowi, łapiąc mój przerażony wzrok tłumaczył: „wiem, wiem… nie powinien chyba pacjent widzieć tych narzędzi, to chyba pogarsza stres… a wie Pani, że do niedawna do ekstrakcji chirurgicznych zakładano pacjentom takie kominiarki bez wyciętych otworów na oczy, tylko z otworem na usta? Żeby nic nie wiedzieli”. Stwierdziliśmy zgodnie, że lepiej bez kominiarki, ale na stole trzeba poukładać kolorowe pluszaki zasłaniające przyrządy. Albo zdjęcia bliskich. I święte obrazki.
Profesor odznaczał się także subtelnym poczuciem humoru, które strasznie lubię. Po pierwszej dawce znieczulenia wciąż czułam wargi – a nie powinnam. Otrzymałam zatem drugą dawkę. Po chwili profesor spytał, czy czuję wargi. „No… czuję!!” odpowiedziałam z niepokojem wpatrując się w niego ogromnymi oczami. Profesor spojrzał na mnie obojętnie i powiedział „To trudno”. I przystąpił do akcji.
Pocieszałam się, że jeszcze nie mam tragicznego obrzęku, ale właśnie wpadł sąsiad do drukarki i na mój widok zakrzyknął: „O Jezu! A co ci się stało?” Aha, czyli nie jestem obiektywna – pomyślałam. Jeśli spuchnę cudacznie, obiecuję wkleić zdjęcie (-: No i czekam na wróżkę zębuszkę, jak zauważył kolega, na dłutowanie ma z pewnością specjalny fundusz.
Filmik tematyczny jaki mi spowiednik ku pokrzepieniu podesłał:
8 komentarzy
-
2012-02-27
Alfama
Re: NIE JESTEM PRZEKONANY...
@Hiacynt ja też nie jestem przekonana, Wielki Post ma być bez czepiania, więc tylko nie jestem... » -
2012-02-26
Hiacynt
NIE JESTEM PRZEKONANY...
Pani Małgosiu, przepiękne sa Pani teksty, uwielbiam czytać, ale tym razem coś mi nie pasuje. Po... » -
2012-02-26
peronI
_szczęka opada!
Mój Szanowny Imiennik jeszcze nas niejednego nauczy;niejedno nam przypomni...Zdrowiej nam... »
Zasnęła. Okrywam ją kołdrą. Mąż wpatruje się w nią w zamyśleniu. Spojrzałam pytająco. „Wiesz, miałem ostatnio takie przeświadczenie… że ona będzie świętą.” Po chwili dodaje, jakby usprawiedliwiając się: „ale może to tylko moje pragnienie…”
... więcej »















