„Abandon”
Małgorzata Wałejko
Wrzesień 2011
Podwyższenie Krzyża w małżeństwie
Zastanowiłam się, gdzie dla nas, chrześcijan przebiega granica pomiędzy krzyżem a „moim dobrem”. Na pewno inaczej, niż dla osób, które Ewangelią nie chcą się kierować. Jednak nie tak, by krzyż zagroził naszemu dobru.

Wczoraj śpiewałam Oleńce kołysankę na dobranoc i rozbawiła mnie nagle w niej odkryta dwuznaczność:
Była sobie też królewna
Pokochała grajka
Król wyprawił im wesele
I skończona bajka.
Tak oto, bez intencji, wsączam do podświadomości córki przekaz, że ślub kończy bajkę zakochanych. I co ciekawe, jest to po części bzdura, ale po części „święta prawda” – z naciskiem na święta.
Bzdura: Bo „bajka” w znaczeniu prawdziwego piękna, marzenia o najbardziej intymnym porozumieniu staje się możliwa dopiero z czasem i wraz z pogłębianiem się więzi kochanków. Ślub daje więc nadzieję na prawdziwą „bajkę” w perspektywie.
Prawda – bo wygaśnięcie samego zakochania jest kwestią czasu, a codzienne życie małżeńskie niewątpliwie temu sprzyja (choć najlepiej, gdy zakochanie zejdzie na atak serca jeszcze przed ślubem, a nawet poprzedzi decyzję o małżeństwie) I wtedy bajka się kończy – rozumiana jako rumieniec pod zachwyconym spojrzeniem najdroższego; długie godziny w łazience, zanim mu się pokażę, tylko starannie umalowana i nieskalana; fala euforii powodowana tym tylko, że ona wspierając się na moim męskim ramieniu szepnęła, że nie boi się zaufać i oddać do końca, bo wie, że jest bezpieczna. Niejedzenie powodowane ściśniętym z emocji żołądkiem. Pisanie wierszy, w czym antytalent poetycki nie przeszkadza. Dostrzeganie miękkości i powabu najdrobniejszych ruchów ciała lub drgnięć twarzy. I widzenie w ukochanym tylko dobra.
Ta bajka się skończy i dobrze, bo to faktycznie w dużej mierze „bajka”.
A prawdziwa miłość to już nie komedia romantyczna czy sentymentalny tomik erotyków. To czasem walka ze sobą do krwi o przetrwanie.
Dzisiaj w Dzień Dobry TVN rozmawiano o sensie walki o uratowanie małżeństwa przed rozwodem. Żona pana Diablo Włodarczyka opowiadała o przetrwanym kryzysie i decyzji o kolejnej szansie na odbudowanie miłości. Wypowiadał się pan, który zainicjował kampanię mam i tatusiów nawołującą do podejmowania prób ratowania małżeństw przed rozwodem, czyli prostej refleksji choćby nad tym, jakim jest on dramatem dla dzieci – by nie podejmować decyzji szybko, pod wpływem zaciśniętych z bólu i wściekłości pięści. Z drugiej strony tragedię rozstania umniejsza zwyczaj szampańskich przyjęć rozwodowych, niekiedy bardziej ludycznych od kawalerskich, gdzie obwieszcza się „rozpoczęcie nowego życia” i tzw. „eleganckie rozstanie”, które obrzydliwie lukruje złamaną obietnicę, wierność i odebrany dzieciom grunt spod nóg. Pan ów mówił prosto, ale dobitnie o wadze poświęcenia, rezygnacji z siebie dla miłości. Pani Agata Passent zwróciła wówczas uwagę, że nie ma także sensu wspólne męczenie się, że takie toksyczne związki należy kończyć, bo przecież i one szkodzą dzieciom. Że czasem jest już tak trudno, że nie da się rady dalej, bo godzi to w „moje własne dobro”, które też muszę chronić.
Wtedy zastanowiłam się, gdzie dla nas, chrześcijan przebiega granica pomiędzy krzyżem a „moim dobrem”. Na pewno inaczej, niż dla osób, które Ewangelią nie chcą się kierować. Jednak nie tak, by krzyż zagroził naszemu dobru.
Dlatego mamy w Kościele separację i wręcz obowiązek schronienia się w tej instytucji wszystkich żon, dzieci, które dotyka przemoc.
W prawosławiu z zaślubinami wiąże się koronacja nowożeńców, a korony te oznaczają ponoć chwałę i godność męczeństwa. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że małżeństwo jest drogą do świętości nawet wtedy, gdy jawi się drogą krzyżową. Bo kto straci swoje życie, znajdzie je, a kto je zechce zachować na tym świecie, ten je straci… Matka Teresa z Kalkuty jest autorką kapitalnego zdania, że miłość prawdziwa „musi choć trochę boleć” i wtedy ją można rozpoznać. Czy dla pani Passent ów ból to znak, że należy ją przeciąć? Dopiero przecież, gdy mnie realnie kosztuje trwanie u boku tego gościa, tej babki, gdy nie mam na to po ludzku ochoty, mogę zacząć naprawdę kochać, czyli choć trochę rezygnować z własnego „widzimisię”. I wtedy – tak, męczę się, i owszem.
Na obrączkach wygrawerowaliśmy łacińskie „mors sola”. Zainspirowała nas opowieść o księżniczce (nie pamiętam teraz jakiej), która zażądała zamknięcia w więzieniu razem z więzionym mężem, wskazując na obrączkę z tym napisem i tłumacząc: „Tylko śmierć nas może rozłączyć”. Ale „tylko śmierć” jest też definicją miłości i to było nasze założenie. „Umierać sobie” z premedytacją.
Nie, nie piszę tego lekko, jako panienka, która ma jedynie życzeniowo-harlequinową wizję małżeństwa i łatwo jej snuć martyrologiczne wizje, o których nic nie wie. Nie mam też szalonego doświadczenia. Na razie 10 lat, ale cieszę się, bo to jedno już złapałam. Nie jestem tu po to, aby mi było dobrze. Jest mi dobrze, ale to nie jest cel małżeństwa.
Celem jest miłość.
A ona czasem powoduje, że nie jest „dobrze”.
13 komentarzy
-
2011-10-01
peronI
Re: Re: Re: Śpiesz się, kajaku
t e m a t już powraca _najwyżej_,ale często Monotematyczni nie słuchają już nawet siebie... » -
2011-10-01
kajak
Re: Re: Śpiesz się, kajaku
Najwyżej powróci. A czy powróci Najwyżej? » -
2011-10-01
kajak
Do Mamy Antosia
Pozwolę sobie napisać. W te słowa. Skoro i to nieważne, że rower, że komputer, że PSP... »















