Myli się głęboko ten, kto mniema, że zwyczaj mówienia „Szczęść Boże” jest obyczajowym antykiem i powinien podzielić los moherowego beretu w świecie mody, czyli bez niepotrzebnych pretensji i awantur zejść ze sceny historii. Moje skromne badania w tej dziedzinie nie prowadzą wprawdzie do jednoznacznych wniosków, ale ujawniają pewne interesujące prawidłowości. Otóż, „Szczęść Boże” żyje. Przyznać jednak trzeba, że zostało zepchnięte do niszy. Nisza, w której się znajduje jest wymowna, dlatego warto ją przedstawić. Zacznijmy od tego, że bardzo rzadko zdarza się usłyszeć „Szczęść Boże” od nowoczesnego mieszczanina. Nawet w niedzielne popołudnie, gdy po wysłuchanej mszy świętej i zjedzonym obiedzie, kiedy rozgrzany rosołem do białości udaje się na Błonia, nawet tam, w intensywnej atmosferze odwiecznej krakowskiej harmonii nie jest w stanie wydusić z siebie „Szczęść Boże”. Warto dodać, że jest to wielki cios dla „Szczęść Boże”, powiem więcej, jest to zdradziecki cios w plecy. Smutne, bo to przecież ta grupa była przez wieki mózgiem i siłą napędową dla „Szczęść Boże” a teraz z zimną krwi odwraca się bez słowa wytłumaczenia. Zostawmy mieszczan i szukajmy dalej. Młodzież. Młodzież - przypomnę - przyszłość Narodu i Kościoła też nie kwapi się pozdrowić księdza. Jeżeli dobrze pamiętam, to w ciągu ostatnich pięciu lat, nie biorąc pod uwagę znanych mi osób, może raz, może dwa razy jakiś młodzieniec powiedział do mnie „Szczęść Boże”, a gębę miał taką jakby już był albo zaraz miał iść do seminarium. W każdym razie usłyszeć „Szczęść Boże” od chłopaka z nażelowanym czubem na głowie jest prawdziwym rarytasem. Teraz duchowni i siostry zakonne. Tu następuje ścisła korelacja z wiekiem użytkownika „Szczęść Boże”. Owszem mówią, ale przede wszystkim postulanci, postulantki, seminarzyści, nowicjusze, czyli młódź zakonna i seminaryjna. Ze starszymi duchownymi czasem zdarza się wojna nerwów – kto pierwszy ma powiedzieć? Ale generalnie tu nie jest źle. Niestety nie jest to bardzo pocieszające, gdyż „Szczęść Boże” jest zawołaniem branżowym i jako takie nie powinno być umieszczane w statystyce. Przejdźmy do niszy, która jest najbardziej interesująca i pozwala tlić się jeszcze nadziei, że „Szczęść Boże” nie zaginie. W niszy znajdują się dwie grupy: dzieci i „element”. Pierwsza grupa jest niezawodna w okolicach Pierwszej Komunii, czyli wtedy, gdy dzieciaki wychodzą spod prasy siostry katechetki. Później jest różnie, ale na nich raczej można liczyć. No i pozostaje tak zwany „element”. Ci są naprawdę niezłomni. Setki razy słyszałem charakterystyczne zachrypnięte „Szczęść Boże”. Można chyba zaryzykować tezę, że jeżeli „Szczęść Boże” przetrwa, to przede wszystkim dzięki „elementowi”.