Rh+
Tomasz Gałuszka OP
Grudzień 2010
Klemens, czyli archeowykopy, cz. 8
Klemens polubił się z tutejszą dzieciarnią. Brał dzieciaki po dwoje do góry i urządzał im taką średniowieczną karuzelę. Śmiał się przy tym od ucha do ucha.
Wykopy archeologiczne w krakowskim klasztorze stanęły na kilka miesięcy. Wszystko wróciło na swoje miejsce – żywi na uczelnie, a zmarli do starej swej mogiły na pierwszym wirydarzu. Takoż łopaty i sita spokojnie zapadły w zimowy sen. Na placu boju i badań pozostały tylko dwie osoby: pewien dominikanin i pewna pani antropolog. Ów dominikanin to brat żyjący przed sześciuset laty, jeden z „marynarzy” (zob. wpis Marynarze), nazwany przez nas Klemensem, a antropologiem jest pani Anna Kubica.
Pani Anna podeszła do Klemensa z właściwą sobie delikatnością i kobiecą troską. Najpierw każda jego kostka została przez nią starannie obmyta i wytarta, zmierzona i opisana. Z godziny po godzinę ustępowała dzieląca oboje bohaterów tej opowieści początkowa nieufność, aż w końcu dominikanin bezgłośnie przemówił. Najpierw okazało się, że gdzieś ok. 1480 roku można go było bez trudu dostrzec tak w zakonnym chórze, gdzie modlił się z braćmi, jak i spieszącego dokądś przez krakowski Rynek. Był bowiem stosunkowo wysokim jak na swoje czasy mężczyzną – miał ponad 170 cm wzrostu. Z pewnością należał do grupy klasztornych seniores, czyli starszych, doczekał bowiem wieku św. Dominika, czyli pięknej i stosunkowo rzadkiej w tamtych czasach pięćdziesiątki. Słuchano go i radzono się w wielu sprawach. Wspaniale i dostojnie wyglądał na ambonie, gdy swoim mocnym głosem wygłaszał przydługie może nieco kazania. Lecz ludzie bez wątpienia lubili go słuchać. Niektórzy tylko złośliwie wytykali mu megalomanię, nie do końca jeszcze zwalczoną zakonnymi ćwiczeniami, i zbyt chętne może przebywanie w towarzystwie młodych krakowianek. Sam zresztą uważał to za swoją słabość. Tłumaczył się sam przed sobą, choć nie usprawiedliwiał, że nie on pierwszy, że i św. Dominik u kresu żywota zwierzał się z tego współbraciom. Szczególnie zaś Klemens polubił się z tutejszą dzieciarnią. Brał dzieciaki po dwoje do góry i urządzał im taką średniowieczną karuzelę. Śmiał się przy tym od ucha do ucha.
Któregoś dnia Klemens uchylał się od zabawy z dzieciakami. Tłumaczył im, że „nie może, bo w plecach boli”. Po chwili przewrócił się i sam powstać nie mógł. Do klasztornej celi musiało go zanieść dwóch mocnych braci. Zawezwano cyrulika z samego Wawelu, przyjaciela prowincjała Alberta z Siecienia, przybiegło też kilku słuchaczy Klemensowych kazań, którzy zwiedzieli się szybko o niemocy zakonnika (bo przecież w Krakowie nic nie utrzyma się w sekrecie dłużej niż kwadrans). Medyk obejrzał pacjenta, przebadał, dotknął tu i tam, i rzekł wprost: „Czas już odchodzić, nasz bracie Klemensie, choć nie wiem, na coś chory”.
My dziś wiemy: Klemens chorował na gruźlicę kości, której ślady dają się rozpoznać na kręgach kręgosłupa. Z pewnością bardzo cierpiał, nie mógł chodzić i przez ostatnie miesiące brewiarz zmawiał w swojej celi z jednym z braci. Opiekę prawdopodobnie miał doskonałą, o ile tylko krakowscy bracia dobrze wczytali się w przepisy ułożone przez samego Dominika. W trakcie pierwszej Kapituły Generalnej w 1220 polecił on bowiem dopisać do Konstytucji zakonnych jeden mały punkt, który otwierał część dotycząca życia braterskiego. „Przełożony musi pilnować, aby nie zaniedbywać chorych. Trzeba tak się z nimi obchodzić, aby jak najszybciej wracali do zdrowia, jak mówi nasz ojciec Augustyn. Niektórzy z nich mogą nawet jeść mięso, o ile wymaga tego powaga ich choroby” (Dist. I, 11/1). Dominik zdawał sobie sprawę, że umiejętność pomocy i współczucia ma swe źródło wewnątrz klauzury, a stosunek do najsłabszych weryfikuje prawdziwość dominikańskiego życia.
W czasie choroby brat Klemens dostał raz małą paczkę z jakimś dziwnym ciastem. Było ono, zdaje się, w kształcie serca. Po jego celi rozszedł się zapach korzennych przypraw i świeżego miodu z pasieki. Na cieście ktoś niezdarnie wykaligrafował lukrem: Nostro fratri Clementi.

Spotkania
Pani Anna i brat Klemens
(fot. P. Oleś)
+ Rok 2010 przechodzi do historii. I bardzo dobrze. Historycy otrzymali materiału do badań na kolejne dziesięciolecia.
życzę fascynującego, pełnego kolorytu i niespodziewanych zwrotów akcji
Roku Pańskiego.
1 komentarz
-
2010-12-27
angelos
Gruźlica kości - kilkaset lat przed BCG i antybiotykami, o choleeeera. To naprawdę nacierpiał się b...
Gruźlica kości - kilkaset lat przed BCG i antybiotykami, o choleeeera. To naprawdę nacierpiał... »
Honoriusz III skończył. To naprawdę koniec. Dominik, głęboko poruszony, patrzył w papieskie oczy, które zdawały się mówić: „Żądasz zbyt wiele. Zbyt szybko. Na razie niech tak zostanie. Tak, niech tak zostanie”.
... więcej »














