Rh+
Tomasz Gałuszka OP
Sierpień 2011
Dzieciaki, czyli archeowykopy, cz. 10
Dominikanie, jako jedni z pierwszych, stworzyli profesjonalny podręcznik wychowania dzieci. Był on europejskim bestsellerem przez kilka stuleci.
W dominikańskich kościołach dzieci nie brakuje. Biegają, krzyczą donośnie, zdobywają granie ołtarzowych stopni i brawurowo pokonują niezdobyte dotąd szlaki w masywach ławek, krzeseł i klęczników. Rodzice usiłują uchwycić cokolwiek z kazania, a bracia kaznodzieje z uśmiechem bezsilności przypominają sobie naprędce skróconą wersję obrzędu egzorcyzmu. Gdy sytuacji nie daje się opanować, niezawodnym ratunkiem dla dominikanina jest chroniąca go przed tą inwazją bezdzietna klauzura i bezpieczna cela. Lecz – jak pokazują tegoroczne badania archeologiczne w krakowskim klasztorze – nie tak było na początku.
Odkrycie cmentarza na pierwszym wirydarzu naszego krakowskiego konwentu było rewelacją zeszłorocznego sezonu wykopaliskowego. Obecnie możemy potwierdzić, że średniowieczni bracia leżą tam gęsto, a nawet zbyt gęsto. Niektórzy z nich bowiem, po tym, jak przeszła między nimi zawierucha czasu i łopaty kolejnych grabarzy, pieczołowicie odsłaniani dziś przez łopatki i pędzelki archeologów, wyglądają, jakby mieli dwie głowy, troje rąk czy dwie pary nóg. Jeden z pochówków wzbudził naszą szczególną uwagę i sympatię zarazem. Był to grób chłopca w wieku około dziesięciu lat, którego nazwaliśmy Bonifacym.
Bonifacy wyglądał jak mały zakonnik. Spoczywał cichuteńko, z rękami złożonymi tak samo, jak jego cmentarni dorośli sąsiedzi: brat Czesław, co miał piękne białe zęby, i brat Ambroży, którego głowy dotychczas jeszcze nie odnaleźliśmy. Chłopiec został pochowany w dominikańskim, to jest zwyczajnym stylu, czyli w całunie, bez wyposażenia i z twarzą zwróconą ku wschodowi. Jego ścisły związek z zakonem św. Dominika akcentował jeszcze jeden fakt: mogiła Bonifacego znajdowała się na wewnętrznym cmentarzu zakonnym, przeznaczonym wyłącznie dla dominikanów. Jak zatem wytłumaczyć ten niecodzienny pochówek? Czyżby przed sześciuset laty krakowskie korytarze przemierzały dziecięce zastępy braci kaznodziejów? A może mamy tu do czynienia z aferą nadającą się do działu kryminologii dominikańskiej? Bynajmniej. Aby znaleźć rozwiązanie tej zagadki wystarczy przywołać system edukacji i formacji dominikanów w średniowieczu.
Wstąpić do Zakonu mógł każdy, kto spełniał kilka warunków, m.in. miał 17–18 lat, był ochrzczonym i wolnym mężczyzną, i – co najtrudniejsze – znał choćby biernie i w podstawowym stopniu język łaciński. Poziom ówczesnego szkolnictwa podstawowego pozostawiał wiele do życzenia, dlatego też dominikanie w niedługim czasie po powstaniu Zakonu powoływali własne przyklasztorne szkoły (schola), które miały uzupełniać braki w wykształceniu przyszłych zakonników. Z czasem, na wzór szkół benedyktyńskich i benedyktyńskich oblatów, dominikanie poszerzyli ofertę edukacyjną i zaczęli przyjmować do swoich szkół chłopców (pueri), którym brakowało nie tyle odpowiedniej wiedzy, by stać się dominikaninem, co przede wszystkim wieku. Taki puer, gdy po raz pierwszy przekraczał dominikańską furtę i zasiadał w szkolnej ławie, mógł mieć 6–7 lat. Klasztor stawał się dla niego nie tylko szkołą, ale również prawdziwym domem aż do momentu, gdy chłopiec stawał się osiemnastoletnim mężczyzną i mógł podjąć samodzielną decyzję o wejściu w szeregi braci dominikanów lub opuszczeniu klasztornych murów.
Warto wiedzieć, że dominikanie, jako jedni z pierwszych, stworzyli profesjonalny podręcznik wychowania dzieci. Był on europejskim bestsellerem przez kilka stuleci. Przy czym od razu podkreślę, że był on przeznaczony jedynie dla dominikańskich nauczycieli, a nie średniowiecznych rodziców. Autorem tej książki był francuski dominikanin, mistrz Wilhelm z Tournai. Dziełko to powstało około 1250 r. i nosiło jednoznaczny tytuł O wychowaniu dzieci. Wilhelm podaje szereg konkretnych rad, które zachowały swoją aktualność do dnia dzisiejszego, jak choćby wymaganie, by dorośli nie gorszyli dzieci czy też by okazywali wyrozumiałość wobec niesfornych zachowań młodych podopiecznych. Z drugiej strony inne zawarte w dziele Wilhelma zalecenia niewątpliwie spotkałyby się współcześnie z krytyką ze strony rozmaitych rzeczników i obrońców – te, które traktują o sposobach egzekwowania dyscypliny i roli kar cielesnych w procesie wychowania dzieci. Na końcu podręcznika, jako swoisty bonus, Wilhelm dodał jeszcze dwa wzorcowe kazania, które powinno się wygłosić do dominikańskich dzieci. Przyznam jednak szczerze, że nie były one porywające i po przeczytaniu pierwszego miałem ochotę uciec do moich "zabawek", a w trakcie drugiego zasnąłem jak dziecko.
Można więc przypuszczać, że nasz Bonifacy uczył się pilnie przez całe ranki, a wolnych chwilach biegał wraz z innymi chłopakami po długich korytarzach klasztornych, penetrował niedostępne krypty, tunele, przejścia – wymarzone miejsca zabaw dla wszystkich małych zdobywców, odkrywców i wojowników. A nocami, kiedy nikt nie widział, wdrapywał się na wysoką kościelną wieżę. Siedział tam i patrzył na Kraków i tutejszy klasztor, z góry tak malutki, jak z bajki dla dzieci.
+ Z dedykacją dla naszych najmłodszych braci - tegorocznych nowicjuszy [Gerard de Fracheto, Vitae fratrum, III, 12]: "[Bł. Jordan] często odwiedzał miasta, w których kwitły studia, stąd często spędzał Wielki Post albo w Paryżu, albo w Bolonii. Gdy tam przebywał, konwenty tamtejsze wydawały się być niby ule pełne pszczół, gdyż wielu przychodziło i wielu stamtąd wysyłał do różnych prowincji. Dlatego gdy przybywał, kazał przygotowywać wiele tunik, pokładając ufność w Bogu, że przyjmie braci. Wiele razy zdarzyło się bowiem, że niespodziewanie wstąpiło tylu, że ledwie można było dla nich znaleźć szaty. Pewnego razu, w święto Oczyszczenia wspomniany mistrz przyjął do Zakonu dwudziestu jeden studentów w Paryżu. Wylano tam wiele łez, bowiem bracia ze wszystkich stron płakali z radości, a studenci ze smutku z powodu utraty czy odłączenia się od swoich. Z tej liczby wielu zostało wybitnymi teologami w różnych miejscach. Pomiędzy nimi był młody Niemiec, którego mistrz wiele razy odprawiał ze względu na jego zbyt młody wiek, lecz ponieważ wmieszał się wtedy pomiędzy innych, wydawało się mistrzowi czymś złym odprawić go, gdy wokół stało prawie tysiąc studentów, ale powiedział wobec wszystkich, uśmiechając się: „Jeden z was ukradkiem wślizguje się w Zakon”. Mówił to o tym chłopcu. Jako że krawiec dostarczył jedynie dwadzieścia kompletów habitów, a nie mógł wyjść z kapitularza z powodu wielkiej liczby studentów, którzy tam stali, trzeba było, żeby bracia zdjęli swoje habity – jeden kapę, inny tunikę, jeszcze inni szkaplerz. Ten młodszy brat zrobił takie postępy, że potem został lektorem i bardzo dobrym kaznodzieją. Często ów ojciec oddawał w zastaw swoją Biblię za uwolnienie z długów studentów, którzy wstępowali do Zakonu".
4 komentarze
-
2011-09-02
peronI
dzieciakI*
Musiałbym się mooocno zastanowić nad błogosławioną różnicą między ,,zastawiającym'' a... » -
2011-08-27
kasiagorlice
Pozdrowienia z Gorlic
Bardzo fajne rozważania:) » -
2011-08-25
nashim1
Ojcze nareszcie wpis! super! czekamy z niecierpliwością na kolejne odcinki!!! fani...
Ojcze nareszcie wpis! super! czekamy z niecierpliwością na kolejne odcinki!!! fani »
św. Dominik nigdy, a to nigdy nie był: inkwizytorem, założycielem średniowiecznej inkwizycji papieskiej, nie przewodził torturom, obrzędom auto-da-fé, polowaniu na czarownice i paleniu na stosie. I kropka.















