Piknik był z prawdziwego zdarzenia, z koszem pełnym wiktuałów, zimnymi napojami oraz termosem z kawą. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy sklepie spożywczym, by jeden z chorych mógł dokonać zakupów.
Resztę dnia męczyłem Jerzego całym ciągiem pytań. Opowiadał o swojej drodze, którą przeszedł przez poszczególne placówki w Japonii, o tym jak wygląda jego praca w parafii, jakie grupy prowadzi, o współpracy z siostrami, o kłopotach jakie napotyka jako duszpasterz w zderzeniu z rzeczywistością nieustannego braku czasu Japończyków. Jerzy mówił, a ja słuchałem i nagrywałem.
Późnym południem przejechaliśmy do Koriyamy oddalonej o 50 kilometrów od Fukushima, do Stanisława Ligęzy, który podjął nas królewską kolacją. W miarę jedzenia przekonywałem się, że mój współbrat jest nie tylko znakomitym kucharzem, ale jako gajdzin posiadł podczas pobytu w Japonii liczne sztuki, które zyskały mu szacunek Japończyków. Stanisław przez kilka lat był związany z teatrem No, opanował rytuał parzenia herbaty, a od dwóch lat uczestniczy w szkole układania ikebany. Ostatnio zyskał uznanie w mieście, gdy jego kompozycja wygrywała konkurs. Teraz mówi, że chętnie zapisałby się do szkoły strzelania z łuku japońskiego. „Ja lubię się uczyć, lubię podpatrywać mistrzów” – mówi Stanisław. Jutro spędzę z nim cały dzień.
Paweł Kozacki OP















