Polecamy 2009
Kim są "faceci w sukienkach"?
Gdy patrzę na „facetów w sukienkach”, to moje pierwsze skojarzenie, fantazja jest taka, że przed czymś lub przed kimś uciekli, że jakiś istotny kawałek mężczyzny, w sensie pewnej dojrzałości – biorąc pod uwagę perspektywę psychologiczną – został w nich odstawiony na bok. Kiedy patrzę na „facetów w sukienkach” pojawia się we mnie myśl, że z lęku przed kimś lub przed czymś chowa się w tej sukience. Gdy patrzę na ,,faceta w sukience”, myślę sobie – ojciec. Tylko, dlaczego tak mało ojcowski?
Otóż, gdy patrzę na „facetów w sukienkach”, to moje pierwsze skojarzenie, fantazja jest taka, że przed czymś lub przed kimś uciekli, że jakiś istotny kawałek mężczyzny, w sensie pewnej dojrzałości – biorąc pod uwagę perspektywę psychologiczną – został w nich odstawiony na bok. Naturalnie myślę też – powołanie, czyli tajemnica, że w jakiś sposób człowiek przekracza swoje ja i że robi to w wolności. Nie zamierzam również powołania psychologizować. Uznaję jego istnienie, choć go nie rozumiem i mam do niego szacunek. Ale wracając do głównego pytania. Z perspektywy czysto zawodowej, kiedy patrzę na „facetów w sukienkach” pojawia się we mnie myśl, że być może nosi on w sobie jakieś pęknięcie, że z lęku przed kimś lub przed czymś chowa się w tej sukience, że może nie wybacza sobie i innym niedoskonałości. Musi ścigać jakąś doskonałość. Myślę że zawsze za takim wyborem stoi jakaś konkretna, indywidualna historia. Nie można tych historii generalizować, bo to upraszcza a nie wyjaśnia zjawiska, któremu na imię ,,faceci w sukienkach”. Gdy patrzę na ,,faceta w sukience”, myślę sobie – ojciec. Tylko, dlaczego tak mało ojcowski?
Może jest to spowodowane w ogóle kryzysem ojcostwa w naszej kulturze. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chcę nas zbyt pospiesznie usprawiedliwiać. Ale być może kryzys – nazwijmy to - ojcostwa fizycznego, przekłada się także na ten wymiar ojcostwa w sferze duchowej, o którym mówimy w przypadku księży?
Jest to bardzo prawdopodobne. Księża są częścią tego społeczeństwa. Choć wybrańcy Boga, są jak najbardziej stąd, z ziemi. A ponieważ rzeczywiście w naszej kulturze mamy do czynienia z kryzysem ojcostwa, to także was to dotyka. Poza...... Najlepszym z najlepszych. Wydaje mi się, że rozpacz po śmierci takiego człowieka, jakim był Karol Wojtyła, była swego rodzaju płaczem po ojcu doskonałym. W jakiś sposób promieniowało z niego ojcostwo. Nie spełniając tradycyjnych ról, przypisanych ojcu, był on obrazem ojca doskonałego.
Jak Pani sądzi, jakie są przyczyny tego kryzysu ojcostwa?
Bardzo ważnym wymiarem ponowoczesnego pejzażu, w pejoratywnym sensie, jest zdrada ojca, brak pozytywnych wzorców ojcostwa. Praktycznie nie istnieje ojciec, jako reprezentant określonego świata wartości. Inną rzeczą jest jego nieobecność w sensie fizycznym. Ojcem się nie bywa, ojcem się jest. A nasi ojcowie bywają. Z różnych powodów. Bo sami są pogubieni, bo bardzo dużo muszą pracować, żeby zapewnić byt rodzinie. A skoro ojca nie ma w domu, to matki, z konieczności, stają się silniejsze. Matka przejmuje znaczną część kompetencji ojca, ale nim być nie może. Traci zaś sama oparcie w partnerze. Często rodzi to w niej poczucie frustracji. Dlatego kobieta pozbawiona męża, partnera, oczekuje, że część jego obowiązków przejmie jej syn. To jest taki jej mężczyzna. Ale sytuacja ta niesie w sobie pułapkę. Kiedy bowiem syn dorasta, mama bardzo często nie chce tego zauważyć. On ma pozostać jej miłym chłopcem. Jest miłym chłopcem, ponieważ spełnia oczekiwania swojej mamy. Nawet wtedy, kiedy wiąże się z inna kobietą, kiedy zawiera małżeństwo, ciągle pozostaje w zależności od mamy. To mama pozwoliła mu zostać mężem innej kobiety. Ale ta sama mama już ,,nie pozwoli” mu zostać ojcem swojego dziecka. Syn, który sam zostaje ojcem jest ewidentnym przykładem zdrady. Nie jest już jej synkiem, nie jest miłym chłopcem swojej mamy.
Czy nie demonizuje Pani sytuacji?
Staram się mówić z perspektywy mojego gabinetu. Sądzę, że to jest naprawdę poważny problem współczesnych mężczyzn. Kobiet zresztą też. Lęk przed wiązaniem się, lęk przed rodzicielstwem. Pielęgnowanie niedojrzałości czyli lęk przed bliskością. Dojrzewania do tego, by wziąć odpowiedzialności za swoje życie, za siebie, a w konsekwencji za drugiego człowieka.
Czy chce nam Pani powiedzieć, że ogólnie mamy do czynienia z kryzysem pewnych tradycyjnych wzorców macierzyństwa i ojcostwa, kobiecości i męskości?
Aby nasza rozmowa miała sens, nie możemy abstrahować od ogólnej kondycji współczesnego człowieka. A jest to człowiek, który nieustannie poszukuje w swoim życiu sensu. Człowiek w społeczeństwie postmodernistycznym to ktoś wolny od wielu ograniczeń, ale nie mający sensownych celów. W piekle wolności "od", nie wiedzący ku czemu ma kroczyć. Każdy z nas najpierw jest człowiekiem, a dopiero potem mamy do czynienia z podziałem ról w kontekście społecznym. Następuje to na różnych płaszczyznach. Jedną z fundamentalnych różnic jest bycie kobietą i mężczyzną. Tożsamość płci i wszystko, co się z tym wiąże jest ważnym czynnikiem samookreślenia się człowieka. Zarówno bowiem kobieta, jak i mężczyzna ma dwie kategorie potrzeb: zależnościowe i niezależnościowe. Stereotyp kobiecości i męskości zawiera w sobie zarówno biologiczną bazę jak i kulturową nadbudowę. Biologicznie kobieta jest bardziej uposażona do bycia zależną. Mam tutaj na myśli pasywną komórkę jajową, ciążę i związaną z nią potrzebę stabilności. Mężczyzna z kolei jest bardziej uposażony do bycia niezależnym - ruchliwe plemniki, raczej poligamiczne w swych dążeniach. To zaś, co na naszych oczach ulega przewartościowaniu, to kulturowa zawartość stereotypu męskości i kobiecości. Następuje ono w obszarze tych dwóch kategorii potrzeb: zależności i niezależności. Kobieta uczy się dobrej niezależności; mężczyzna zależności. Często prowadzi to do chaosu, powstaje w związku z tym mnóstwo problemów. Kobiety mają problem, jak pogodzić ze sobą bycie matką, żoną, partnerką, rywalem w pracy. Jedne kobiety odnajdują się w tym lepiej, inne znacznie gorzej. W przypadku zaś mężczyzn, mamy tutaj do czynienia ze zmiękczaniem wizerunku macho, czy też raczej jego różnych wcieleń. Nie najlepiej to nam wyszło, bo zamiast cywilizowanego macho, mamy teraz mężczyznę, który jeszcze nigdy nie był tak wolny i samotny jak teraz.
Wolny „od” czy „do”?
I jedno, i drugie. Wolny od różnych ograniczeń, ale też wolny do okazywania uczuć. Tradycyjnie mężczyzna realizuje się w rywalizacji, w różnych stylach dominacji. To jest dopuszczalne, społecznie przyjęte. Dlatego musi być twardy. Emocjonalność w jego przypadku nie jest najlepiej widziana. To jest cecha przypisywana kobiecie. Mężczyzna ma być twardzielem. Wprawdzie o dobrym sercu, ale twardzielem. I teraz, jeśli z tego rezygnujemy, to co w zamian? Czułość? Miękkość? Jak to rozumieć? Czy ma pozwolić opiekować się sobą? Bycie w zależności jest mu jak najbardziej potrzebne, uczy się jej nowych dla siebie form.
A co z kobietą?
Kobieta staje się coraz silniejsza, skoncentrowana na dążeniu do celu. Ma dobrą pracę, zarabia dobre pieniądze. Staje się coraz bardziej niezależna. W ten sposób tradycyjne role - mężczyźni polują, kobiety na nich czekają - ulegają zatarciu. Penelopa odchodzi do lamusa. Choć presja rodziny, środowiska ciągle jest jeszcze bardzo duża. Dziewczyna, nawet najbardziej wyemancypowana, kiedy wychodzi za mąż, to otrzymuje silny przekaz, że to mężczyzna ma być głównym żywicielem rodziny. Mimo wszystko jednak sądzę, że bardziej pogubiony jest w tym wszystkim mężczyzna. Kobieta bowiem, jakkolwiek kultura nęci ją różnymi złudzeniami, tą niezależnością do sześcianu, musi czasami zatrzymać się. Ciąża jest tego dobrym przykładem. A mężczyźni? Krakowskie puby są wypełnione w sobotę i w niedzielę przez trzydziestoparoletnich singli; mężczyzn, którzy mają świetną pracę, prestiż, kasę, są jednak ogromnie samotni. Prawie non stop pracują, a potem w sobotę i w niedzielę idą do pubu, który staje się dla nich formą zastępczej rodziny. Tam „wyhaczają” jakąś panienkę lub pana, bo takie jest społeczne przyzwolenie, i tak do czterdziestki. Póki jeszcze jesteś młody, zdrowy, to na różne sposoby afirmujesz swoje ja. Potem trafiasz do gabinetu.
Nie najlepiej to wygląda. A współczesna kultura, media dodatkowo nam tego nie ułatwiają.
Media z jednej strony wzmacniają w poczucie ogromnej samowystarczalności, z drugiej strony lansują rzeczywistość unisexsową. Zacierają różnice damsko-męskie. Towarzyszy temu przekaz, że nie jesteś niczym skrępowany, bagatelizują społeczną odpowiedzialność. Nie spotkamy tam pozytywnej propozycji dla współczesnej kobiety i współczesnego mężczyzny. Media są po prostu odbiciem całego tego ponowoczesnego pomieszania sensu i znaczeń.
Stawianie więc wszystkiego na głowie, nie ułatwia życia ani mężczyźnie, ani kobiecie.
To, z czym obecnie mamy do czynienia, to stan chaosu. Różne, adaptacyjne do niedawna style społecznego funkcjonowania kobiet i mężczyzn zużyły się, a nowe dopiero powstają. Taki stan rzeczy powoduje, że tak kobieta jak i mężczyzna nie czują się pewnie. Kultura patriarchalna nie była doskonała. Niosła ze sobą spore nadużycia. Dzisiaj nie ma już powrotu do tradycyjnych relacji. Ale też nie można dopuścić do zbytniej polaryzacja ról społecznych, czy też wulgarnego ich odwrócenia. Bo to jest postawienie świata na głowie. Jesteśmy na etapie przepoczwarzania się. Nie wiadomo, co z tego wyniknie. Nie ma idealnego modelu. Przykładem jest tutaj Szwecja. Mamy tam równość kobiet i mężczyzn, urlopy rodzicielskie dla obu stron, państwo jest opiekuńcze, ludzie żyją w dobrobycie, słowem - raj do rodzenia dzieci. I co z tego? Kobieta ciągle nie chce rodzić tyle, ile by chcieli ci „rajoustawiacze”. Kobieta nie jest w stanie być tak niezależna, jak kiedyś był niezależny mężczyzna. I odwrotnie. Mężczyzna nie jest w stanie być tak zależny, jak dawniej kobieta. Wierzę jednak w mądrość kobiet i mądrość mężczyzn. I czekam, kiedy obie strony porzucą pragnienie niezdrowej rywalizacji, chęci dominowania. Kobiety chciały dominować i to osiągnęły, a teraz są tak wykończone tym dominowaniem, że nie mają już siły, by cieszyć się swoją kobiecością. Trzeba zacząć budować jeden sensowny model. Ty człowiek-mężczyzna, Ja człowiek-kobieta.
W takim razie, czy według Pani kobieta byłaby dobrym księdzem?
Kobieta-kapłanka? Nie. Wbrew temu, co twierdzą środowiska oświeconych, postmodernistycznych sióstr, które do celebry są niedopuszczone przez nadużywających swojej (ciągle jeszcze) patriarchalnej władzy mężczyzn. Jest to jednak moje prywatne zdanie, oparte na intuicji. Mam jednak zaufanie do swoich intuicji. Choć jestem psychologiem, nie wszystko muszę wiedzieć. Niech zatem zostanie tak, jak jest.
Pewnie zdaje sobie Pani sprawę z niepoprawności takiej opinii dla pewnych środowisk? Zaryzykuję jednak i zadam Pani jeszcze jedno pytanie dotyczące Pani stosunku do ruchów feministycznych?
Mocno krytyczna jestem wobec wszelkich –izmów. Zawsze są one uproszczeniem rzeczywistości. Słowo feminizm zawiera różne znaczenia. Jeśli więc chodzi o feminizm wzywający do walki o lepsze prawa uciskanej mniejszości z powodu jakiejś wstrętnej większości, to jestem temu przeciwna. Tak, jak jestem przeciwna wszelkim zideologizowanym podejściom do świata, kiedy w imię jakiegoś grupowego interesu ludzie walczą ze sobą. Jeśli jednak feminizmem nazwiemy takie rozumienie kobiety, jako podmiotu specyficznych potrzeb, komplementarnie do potrzeb mężczyzny, i przekonanie, że w przeszłości nie było to dość mocno artykułowane, to jak najbardziej tak. Tylko żeby to nie było przeciwko mężczyźnie, ale żeby kobiety lepiej siebie rozumiały, a przez to bardziej, czytelniej, dostępniej dla mężczyzny siebie opisały. W tym sensie ja także jestem feministką. Aby to osiągnąć, nie trzeba tego kierować przeciwko komuś. Natomiast instytucjonalizowanie tego, pisanie manifestów, wykrzykiwanie na wiecach haseł nie przekonuje mnie.
Wróćmy jeszcze do „facetów w sukienkach”. Czy nie wydaje się Pani, że ta forma życia, jaką wybraliśmy jako zakonnicy, te specyficzne warunki, w jakich żyjemy (sami mężczyźni, w różnym przedziale wiekowym), nie przyczynia się do pewnej formy infantylizmu?
Tak, wydaje mi się, że może sprzyjać różnym formom infantylnych zachowań. Nagromadzenie dużej ilości mężczyzn w różnym wieku, w tym młodych mężczyzn, w pewnym rygorze, pod jednym dachem, może sprzyjać niedojrzałości. Myślę tutaj o radzeniu sobie z własną popędowością, czyli agresywnością i seksualnością. Radzenie sobie, czyli świadomość własnych potrzeb popędowych i dojrzała ich realizacja. Wydaje mi się, że sposób życia, jaki praktykujecie nie sprzyja ujawnianiu agresji. Dlatego wszelkie próby ujawnienia, zamanifestowania swojego ja z pewnością napotykają granicę akceptowalności. A przecież agresja ma swoje dobre strony. Być może stąd bierze się wśród niektórych księży przeintelektualizowanie. Jest to zajmowanie się sobą w pewnej wygodzie schowania. Masz swoje ubranie, które kształtuje sposób odnoszenia się do ciebie ludzi z zewnątrz. Masz swój pokój, swoje miejsce, gdzie można mieć swoje rozmaite zabawki. Wydaje mi się, że w takim homogennym, męskim układzie trudniej jest dojrzewać. Tutaj jest bowiem więcej pułapek, niż w układzie heterogennym, gdzie siłą rzeczy jest więcej regulatorów. Musisz zarobić, upolować, żeby kupić dziecku chleb, żeby spełnić oczekiwania kobiety. Wy jesteście zwolnieni od uczestnictwa w polowaniu, a przecież jesteście mężczyznami. Przychodzicie do zakonu, każdy z was z określonym genetycznym wyposażeniem, czyli popędowością, która domaga się określonych realizacji. Oczywiście, jeśli potraficie to udźwignąć, to daje wam to ogromną przestrzeń wolności. To może być fantastyczne. Co jednak zrobić jeśli to nie wychodzi? To jest pytanie na ten czas.
Idźmy więc dalej. Czy warunki, w jakich żyjemy mogą sprzyjać rozwojowi skłonności homoseksualnych?
Jeśli chodzi o przyczyny homoseksualizmu, wrodzone czy nabyte, to zdania są tutaj podzielone. Są tacy, którzy twierdzą, że każdego można „spedalić”, że to tylko kwestia środowiska. Z kolei na całym świecie, niezależnie od kultury, czy też okresu historycznego, populacja gejów wynosi ok. 7 %. Wygląda więc na to, że niekoniecznie jest to kwestia tylko kulturowa, środowiskowa. Więc pewnie jest znowu, jak wszędzie, i jedno i drugie. Wasze pytanie zawiera milczącą tezę, że homoseksualizm jest bardziej sprawą zewnętrznych okoliczności, środowiska niż czymś wrodzonym. Podoba mi się jedna z definicji zdrowia psychicznego, która mówi, że jest to zdolność człowieka do spotkania się w nim dwóch realności: zewnętrznej z wewnętrzną. Wy w swoim pytaniu skupiacie się na realności zewnętrznej. I faktycznie, w homogennej grupie, którą stanowicie, w takiej strukturze quasi-rodzinnej obowiązuje was posłuszeństwo, które związane jest z dążeniem do zaspokojenia oczekiwań, do rozwoju w określonym przez przełożonych kierunku. Dlatego dążenia homoseksualne można wiązać z indywidualną potrzebą bliskości każdego z was. Im większa potrzeba bliskości, tym trudniej sobie z tym poradzić. Choć niekoniecznie musi to produkować, ale jak najbardziej sprzyjać zachowaniom homoseksualnym. Oczywiście można kompensować swoje potrzeby inwestując w swój rozwój intelektualny, robić karierę, stopnie naukowe. Nie jesteście jednak w tym odosobnieni, podobnie jest także w świecie, z waszego punktu widzenia, na zewnątrz. Proszę mi wybaczyć to uproszczenie…
Czy to dotyczy w równy sposób nas wszystkich? Czy też zmienia się to w zależności od wieku, tzn. im człowiek jest bardziej dojrzały, tym jest mniej podatny na wpływy środowiska?
Zupełnie inaczej sprawa ma się z dojrzałym mężczyzną, a inaczej z chłopcami, którzy na tę okoliczność satysfakcji nie mają. Wyglądają jak mężczyźni, ale nie korzystają. Aby jednak nie spłycić tego zupełnie, trzeba poczynić tutaj pewne zastrzeżenia. Każdy z was do zakonu przychodzi jakoś określony. Jeden jako dojrzały mężczyzna, inny, jako chłopiec, to znaczy człowiek jeszcze nie skonfrontowany z płciową odmiennością. I trafia na środowisko, które sprzyja wyparciu, czy też zblokowaniu potrzeb seksualnych. Generalnie jednak każdy z was przychodzi do zakonu już z określoną konstelacją osobowościową. Znowu wracamy tutaj do pytania, czy homoseksualizm jest zjawiskiem bardziej wrodzonym, czy też środowiskowym. Niemniej jednak sądzę, że znacznie łatwiej jest sobie z tym poradzić, jak ma się dwadzieścia parę, czy też trzydzieści lat, gdyż wtedy ma się już większą świadomość siebie. Mówi się często: zasypia chłopiec, budzi się mężczyzna. W tej metaforze jest sporo racji. Kiedy jednak boisz się konfrontacji ze sobą, to może to sprzyjać niedojrzałości. Popadasz w neurozę, albo po prostu uciekasz w pracoholizm, w zależności od tego, na co jest większe społeczne przyzwolenie. Jak patrzę na grupę młodych, roześmianych „chłopców w sukienkach”, to mam poczucie, że połowa z nich to są ci, którzy jeszcze sporo o sobie nie wiedzą, nie znają siebie. Poza tym wchodzi tutaj w grę to wszystko, o czym mówiłam na początku, tajemnica związana z powołaniem.
Mówimy o homoseksualności, ale w równym stopniu dojrzałość ta dotyczy także relacji z kobietami poza zakonem.
Zgadza się. Możesz w to pójść, a nawet możesz dokonać tutaj pewnej racjonalizacji. Myślisz sobie: jestem światły, jestem wrażliwy, nie radzę sobie jednak ze swoją seksualnością, z różnych zresztą powodów. Nie radzisz sobie zwyczajnie z potrzebami biologicznymi, i wmawiasz sobie, że związek z kobietą jest piękniejszy, lepszy, niż np. onanizowanie się. Dlaczego? Bo jesteś bezradny, bo nie wiesz, co z tym zrobić. Patrząc na to z dystansu, wydaje mi się, że nie mówicie o tym zbyt często, nie rozmawiacie ze sobą o tych sprawach. A przecież wśród was są ludzie, którzy w zakonie przeżyli nieraz kilkadziesiąt lat. I co? Hasło celibat, nie załatwi tutaj wszystkiego. Ty masz mieć świadomość swojej seksualności, bo tylko wtedy, w wolny sposób, decydujesz o niej.
Faktycznie, chyba coś takiego panuje, kult dobrego, twardego księdza, zakonnika, który sobie radzi ze wszystkimi problemami. A jeżeli już pojawiają się jakieś niepokojące sygnały to zaprasza się psychologa z zewnątrz, żeby on poopowiadał, jak to jest.
Ależ to jest klasyczny przykład hipokryzji. Czujemy, że coś może nas rozsadzić od środka, dlatego zapraszamy kogoś z zewnątrz, by to załatwił. To jest takie kościółkowi lizanie po wierzchu. To jest jednak błąd, bo tylko rozmawianie o tych trudnych sprawach, jednak nie na zasadzie prelekcji, pogadanki, może rozwiązać problem. Zawsze chodzi tutaj o człowieka, nie o grupę. A my co mamy? Hipokryzję dla dobra grupy, żeby ona funkcjonowała. W związku z tym jest przymus, czy oczekiwanie, że będzie się grało rolę twardziela, który nie ma potrzeb seksualnych. Ma nie mieć, to nie ma. Jako osobie z zewnątrz, wydaje mi się, że bycie kobietą bez mężczyzny jest bardzo trudne. I w druga stronę podobnie. Dlatego mówiąc o „facetach w sukienkach” sądzę, że ten problem jest zupełnie zrozumiały. Muszą być pokusy tego świata. To nie musi być heroizm totalny. Oczywiście przez swój wybór, sposób życia jesteś w jakimś sensie złagodzonym mężczyzną, w wymiarze czysto płciowym. Nie konfrontujesz blisko, choć odczuwasz. To nie musi być bliskość trywialna. Erotyka to niekoniecznie hardcore. To także dotyk, tylko i aż słowa, całe poruszenie erotyczne. To wszystko są różne ludzkie twarze. I mężczyzna wrażliwy, myślący, który wstępuje do zakonu, musi mieć z tym problem. Problem z byciem mężczyzną.
Czy można Panią naciągnąć na podanie listy cech tzw. „prawdziwego mężczyzny”? Według Pani, oczywiście.
Tak choć to tylko subiektywny obraz. Wrażliwość i prostolinijna siła, w sensie odwagi życiowej, a także inteligencja, w znaczeniu „sofia”, czyli myślenie. Świadomość siebie i nie obawianie się dokonywania wyborów, a potem brania za nie odpowiedzialności. Mówiąc o wrażliwości mam na myśli nieudawanie, że się nie ma potrzeb związanych z bliskością.
Dużo jest takich mężczyzn?
Ja takiego znam jednego. Ale też patrząc na to z perspektywy, to konstatacja jest podobna: mało jest takich mężczyzn. Być może nawet więcej bym znalazła takich kobiet. Odważnych i wrażliwych, które po prostu biorą, co chcą. Nie boją się odpowiedzialności. To takie elementarne. Masz takie życie, wybrałeś je, nikt ci tego nie narzucił, a więc przeżywaj je naprawdę, bierz za nie odpowiedzialność. Tylko tyle i aż tyle. Natomiast współczesny mężczyzn boi się. Jest bardzo asekurancki. Albo też rozmywa się w nadmiarze ekspresji, uczuć, a to znaczy, że nie jest odważny. Wydaje mi się, że współczesny mężczyzna oczekuje akceptacji swojej nieprzyzwoitości. Coraz częściej nie ma wstydu. Jest to dziecko postmodernistycznego modelu kultury, w którym jest przyzwolenie na chamstwo i nieprzyzwoitość w najgorszym stylu, wobec drugiego człowieka. Jestem przerażona tym, jak bardzo dzisiaj mężczyźni chełpią się swoją nieprzyzwoitością.
Wracając jednak do wymienionych przez Panią cech „prawdziwego mężczyzny”, wydaje mi się, że nie ma wśród nich takich, które by dyskredytowały nas, „facetów w sukienkach”.
Jako tych silnych, wrażliwych?
Tak. Jestem przekonany, że zakonnik może być silny, wrażliwy, mądry, odpowiedzialny za swoje wybory.
Cieszę się, że to zauważyłeś, bo też nie jest to seksistowski model mężczyzny, zgodnie z którym łatwo można by było strywializować opinię o was, jako mężczyznach. Że niby do czego jest taki facet, który nie poluje w sposób tradycyjny? Jeśli chodzi o was, to sądzę, że jak najbardziej możecie być – wróćmy do tego określenia – „prawdziwymi mężczyznami”. Posiadać odwagę. Być konsekwentnym wobec podjętych decyzji. Trwać przy nich. Taka postawa nie ma jednak nic z siłowego przełamywania się. Jeśli mam świadomość samego siebie, ale jednocześnie będąc uczciwym wobec siebie, wybieram taką drogę życia, ze względu na pewne wartości, które akceptuję, to jestem wtedy mężczyzną. Wykluczone wówczas są wszelkie formy wypierania, czy po prostu zniewolenia. W przeciwnym razie, cała para może pójść na to zaprzeczenie swoim pragnieniom.
A zatem, księża, zakonnicy, mogą być męscy, chociaż pewnie jest im trudniej, niż facetom na zewnątrz, przez taki sposób życia, jaki wybrali.
W ogóle człowiekiem nie jest łatwo być. A jeszcze trudniej człowiekiem w konkretnym rozdaniu płciowym. I sądzę, że sensowne jest tutaj nie zacierać tych różnic. Choć pewnie trudniej jest to osiągnąć, wybierając – tak, jak wy to uczyniliście - mniejszościowej ścieżkę życia. Jest trudniej dojrzewać do bycia „prawdziwym mężczyzną” w środowisku „facetów w sukienkach”. Ale nie jest to niemożliwe.
Z Romą Kopytko-Dróżdż, psychologiem rozmawiał Adam Dobrzyński OP
Źródło: Teofil nr 1 (23) 2006
« powrót
55 komentarzy
-
2009-09-03
BJ
PRYMAS TYSIACLECIA NAPISAL W PRUDNIKU ZE LEPIEJ BYC WZGARDZONYM KAPLANEM NIZ UWIELBIANYM CEZAREM...
PRYMAS TYSIACLECIA NAPISAL W PRUDNIKU ZE LEPIEJ BYC WZGARDZONYM KAPLANEM NIZ UWIELBIANYM CEZAREM » -
2009-08-31
aG
Re: do zakonnika
Nie czepiaj sie dyskoteki, proszę. Ktos robi zła robotę ale nie trzeba zaraz uogolniać. Ja jestem... » -
2009-08-31
zakonnik
Re: do zakonnika
Dziękuję za radę, ale pozwól, że sam zdecyduję, czy z niej skorzystać, czy też nie. Przywyknij do... »













