Polecamy
Na księżyc, czy do Wieliczki?
z prowincjałem polskich dominikanów o. Krzysztofem Popławskim rozmawiali Roman Bielecki OP i Dominik Jurczak OPWydaje mi się, że moja kadencja trochę nas urealniła. Nie jest trudno nadmuchać jakiś balon i pokazać, jacy jesteśmy świetni. Na zewnątrz, jako dominikanie, prezentujemy się znakomicie, ale na co dzień doświadczamy różnych słabości. Nie czuję się kapitanem statku kosmicznego. Dużo bardziej odnajduję się w obrazie wędrówki czy pielgrzymki.
Kim ma być prowincjał? Jak Ojciec rozumie tę funkcję? Czy to jest bardziej koordynator, czy bardziej asystent?
Przełożony wybrany przez braci jest z braćmi i dla braci. W zależności od tego, jakie ma predyspozycje, będzie ciągnął wspólnotę albo ją pchał. Są bowiem ludzie dynamiczni, którzy inspirują, są duchem przewodnim, ale są i tacy, którzy stając z tyłu, wspierają idących szybciej, umożliwiając realizację ich pomysłów.
Jak Ojciec widzi swoje miejsce?
To zależy od inicjatyw. Są sprawy, które mogę inicjować i w nich uczestniczyć, dotyczące duszpasterstwa, studiów i misji. Są również takie przedsięwzięcia, na których się dobrze nie znam, ale widzę dobro, jakie przynoszą. Mam tu na myśli na przykład działania ośrodka liturgicznego czy kwestie związane z sektami. W tych sprawach całkowicie polegam na braciach. Oni rozeznają potrzeby, a ja mogę wspierać ich działania instytucjonalnie czy personalnie.
Rola prowincjała różni się od roli biskupa w Kościele. Prowincjał, mimo że nie ma święceń biskupich, jest ordynariuszem. Tak mówi prawo kanoniczne i nasze konstytucje. Na czym polega specyfika funkcjonowania prowincjała w Kościele powszechnym?
Wybór i zatwierdzenie go przez generała zakonu powoduje, że w sposób naturalny prowincjał czuje się odpowiedzialny za całość wspólnoty polskich dominikanów i za każdego z braci z osobna. To jest powołanie do posługi bycia pasterzem, czyli pomagania braciom w realizacji powołania, które otrzymali w zakonie dominikańskim. W porównaniu z biskupem władza prowincjała jest trochę inna, między innymi dlatego, że w naszym zakonie istnieje struktura ciał doradczych, które mają wpływ na podejmowanie decyzji, a w niektórych sytuacjach podejmują je razem z prowincjałem. To jest specyfika naszego sposobu zarządzania.
Czy Ojciec mógłby się pokusić o ocenę swojej pierwszej kadencji – co wyszło, a co nie wyszło?
Trudno być sędzią we własnej sprawie. Mogę jednak powiedzieć, że oddałem się tej posłudze bez reszty, chcąc być z braćmi i dla braci. Uczyłem się bycia prowincjałem – zarządzania, słuchania braci, brania za nich odpowiedzialności, stawiania pytań. To było trudne wobec tak dużej i różnorodnej wspólnoty, jaką jest nasza prowincja. Słabością był na pewno problem planowania. Bieżące sprawy duszpasterskie czy te związane z funkcjonowaniem klasztorów powodowały, że trudno było mi podejmować nowe wyzwania i myśleć o długofalowych projektach.
Mówił Ojciec w wywiadzie udzielonym wkrótce po pierwszym wyborze, że idee mogą poczekać, a ważni są ludzie. Czy Ojciec podtrzymuje to zdanie, a jeśli tak, to, jak Ojciec zamierza je realizować podczas drugiej kadencji?
Dziś jestem do tego zdania dużo bardziej przekonany niż cztery lata temu. Jako prowincjał poznałem braci z takiej strony, która jest dla większości nieznana. Jeśli prowincjał jest obdarzany zaufaniem i uczestniczy w czyichś zmaganiach czy problemach, to byłoby niebezpieczne, gdyby przyjmował z góry jakiś plan, a potem próbował wciskać do niego ludzi.
Dużo ważniejsze jest zobaczenie, z kim mamy do czynienia i jak ten człowiek będzie się najlepiej realizował w misji zakonu.
Czy jednak to szczytne hasło „idee mogą poczekać, ważni są ludzie”, nie jest kolejną ideą?
Istnieje takie niebezpieczeństwo. Każde sformułowanie może stać się swoją karykaturą. Chciałem jednak i chcę nadal, żeby w tym zdaniu zawarta była przede wszystkim troska o ludzi, a nie enigmatyczne mówienie o dobru zakonu, prowincji czy klasztoru. One są czymś wtórnym wobec każdego z braci.
Pewien człowiek świecki związany z naszym zakonem stwierdził, że odnosi wrażenie, że doszło do schłodzenia atmosfery. Mówi: „Dawniej ciągnęliście wózek na Księżyc, a teraz ciągniecie go tylko do Wieliczki”. Jak Ojciec skomentowałby to zdanie?
Kiedyś musiałem podjąć decyzję o zamknięciu pewnego dzieła, bo było ono medialnie rozdmuchane, a realnie niewiele wnosiło. Usłyszałem wtedy od jednego z braci: „Ktoś musi przejść do historii tej prowincji jako ten, który zastał prowincję murowaną, a zostawił ją drewnianą”. Miało mnie to pocieszyć. Wydaje mi się jednak, że moja kadencja trochę nas urealniła. Nie jest trudno nadmuchać jakiś balon i pokazać, jacy jesteśmy świetni. Na zewnątrz, jako dominikanie, prezentujemy się znakomicie, ale na co dzień doświadczamy różnych słabości. Nie czuję się kapitanem statku kosmicznego. Dużo bardziej odnajduję się w obrazie wędrówki czy pielgrzymki. Ciekawe jednak, co miałoby oznaczać sformułowanie „schłodzenie”?
Dawniej było nas więcej na zewnątrz, teraz jesteśmy bardziej wsobni.
Mój poprzednik o. Maciej Zięba był osobą niezwykle medialną i to powodowało, że nasza dominikańska obecność była bardziej zauważalna, bo ja w mediach byłem rzadko.
Nie czuje Ojciec na plecach oddechu swojego poprzednika, tego, że jest do niego porównywany?
Nie miałem z tym problemu. Jesteśmy tak różni, że jakiekolwiek przyrównywanie jest skazane na niepowodzenie. Poza tym o. Maciej Zięba w czasie mojej kadencji nie chciał uczestniczyć w decyzjach, które podejmowałem, i nie uczestniczył w nich. Należał co prawda do rady prowincji, ale w żaden sposób nie próbował na mnie wpływać. Może być on przykładem właściwego odchodzenia przełożonego.
Chcielibyśmy zapytać o trzy sprawy trudne, które zaistniały na forum publicznym. Pierwsza to tzw. sprawa szczecińska, czyli oskarżenie jednego z księży diecezji szczecińskiej, dyrektora Ośrodka im. Brata Alberta o domniemane molestowanie seksualne. Zarzuty wypowiedział nasz współbrat, o. Marcin Mogielski na łamach Gazety Wyborczej w 2008 roku. Mówił Ojciec w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”, że chodzi o prawdę najsłabszych. Czy nie pogorszyło to jednak naszych stosunków z diecezją? Czy można było tę sprawę załatwić inaczej?
W momencie podejmowania decyzji byłem przekonany, że trzeba to zrobić, ponieważ ona ciągnęła się wiele lat, a osoby, które czuły się skrzywdzone, zaufały naszym współbraciom. Zgodziłem się, by ojciec Marcin Mogielski upublicznił tę sprawę w mediach.
Wielu naszych współbraci twierdzi, że forma ujawnienia była, delikatnie mówiąc, nieadekwatna.
Z tym bym się akurat zgodził. Nie miałem wpływu na to, jak to zostało przedstawione. Wyraziłem zgodę, by o. Marcin zajął się tą sprawą, bo miał poczucie, że istnieją osoby niewysłuchane, a ich zaufanie pokładane w Kościele zostało nadwerężone. Dziś, kiedy na to spokojniej popatrzę, można mieć zastrzeżenie do sposobu przekazu, który znalazł się w „Gazecie Wyborczej”. Nie podoba mi się nagranie wypowiedzi o. Marcina, z nałożonym na głowę kapturem i głosem jak z podziemia.
Wiele osób mówi: „Chcieliście dobra Kościoła, a wyszło jak zawsze”.
Uważam, że popełniłbym grzech zaniechania, gdybyśmy – posiadając wszystkie dokumenty sprawy – tego nie podjęli. Była to dla mnie pierwsza taka sytuacja. Zaufałem swojemu współbratu, zgodziłem się na jego publiczne działania i wziąłem za to odpowiedzialność.
Tomasz Terlikowski stawia w swojej książce „Grzechy Kościoła teraz w Polsce” tezę, że z tego powodu bp Damian Zimoń zrezygnował z zaproszenia nas do diecezji katowickiej.
To teza dziennikarska. Nikt tego oficjalnie nie powiedział, więc wolałbym się niczego tu nie domyślać.
Kolejna sprawa to bracia, którzy odchodzą z naszego zakonu. Przykładem jest tak zdolny człowiek jak Tadeusz Bartoś. Czy można takich braci zatrzymać?
Rozmawianie o sprawach konkretnych osób jest dosyć trudne.
Jako prowincjał może Ojciec coś powiedzieć, bo odejście Tadeusza Bartosia było sprawą publiczną.
Tadeusz powiedział kiedyś publicznie, że stracił serce do zakonu w momencie, gdy został przeniesiony z klasztoru na Służewie do naszego drugiego domu w Warszawie na Freta. To był rok 2001 albo 2002. Od tego momentu można obserwować jego powolne najpierw zewnętrzne, a potem wewnętrzne odchodzenie z zakonu. Kiedy zostałem prowincjałem, Tadeusz powiedział, że chce zostać i zobaczyć, jak to dalej będzie wyglądało. Po roku odszedł definitywnie. Sądzę, że nie można go było zatrzymać, ponieważ miał wszelkie warunki do tego, żeby w zakonie być i realizować swoje powołanie w sferze naukowej, ale doszedł do punktu, który opisał stwierdzeniem: „Jeżeli myślę tak, jak myślę, to nie mogę żyć, tak jak żyję”. W takich wypadkach rzadko się zdarza, żeby wspólnota mogła pomóc. Decyzje zapadają dużo wcześniej, niż się o tym dowiadujemy. W przypadku Tadeusza wynikało to z ewolucji jego myśli, którą można zaobserwować, czytając jego artykuły czy też książkę – wywiad Ścieżki wolności. Przeczytałem ją dokładnie, próbując sobie ponazywać, co się za tym odejściem kryło.
« powrót
6 komentarzy
-
2010-05-08
Roman
Dziękuję za odwagę
Bardzo serdecznie dziękuję Braciom za odwagę w podejmowaniu naprawdę trudnych tematów z życia... » -
2010-03-11
Tikru
Do kąd
Był kiedyś klasztor Dominikanów w Hrubieszowie. Brakuje tam takiego ośrodka choć nie brakuje... » -
2010-03-08
wojtek
Schłodzenie
Ja osobiście dziękuje o Krzysztofowi za to że dominikanie nie kojarzą mi się z polityką a... »
















