Kilka lat temu Wydział Teologiczny Uniwersytetu Nawarry w Pamplonie nadał kardynałowi Ratzingerowi doktorat honorowy. Kiedy dziekan tamtejszego wydziału omawiał z nim — jak to jest w zwyczaju — przebieg uroczystości, zaproponował mu temat wykładu, który doktor honorowy miałby wygłosić. Kardynał Ratzinger odpowiedział: „Na ten temat nie będę mówił, bo to jest sprawa, o której jeszcze nigdy w życiu nie myślałem”. Historia ta pokazuje, kim jest Joseph Ratzinger. Warto również zrozumieć, co ta anegdota mówi ludziom, którzy są gotowi wygłaszać wykład na każdy temat, w każdej chwili.
Chciałbym przypomnieć pewne elementy, które pozwolą zdać sobie sprawę, kim jest obecny papież jako teolog i jak się taki stał. Będzie to równocześnie wprowadzenie w perspektywę tego, czego Kościół może spodziewać się na płaszczyźnie teologicznej po posłudze tego następcy Piotra.
Inaczej naświetlić problem
Przez pewien czas w miarę regularnie spotykałem się z kardynałem Ratzingerem podczas posiedzeń komisji teologicznej w Rzymie, której przewodniczył. To były tygodnie intensywnej pracy. Kardynał przeważnie milczał, ale nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, bo na pewno miał na każdy poruszany tam temat. Milczał, bo nie chciał zdominować swobodnej rozmowy autorytetem kardynała prefekta Kongregracji. Natomiast włączał się w sposób bardzo precyzyjny wtedy, kiedy dyskusja albo schodziła na manowce, co się zdarzało na szczęście dość rzadko, albo kiedy się zaplątała, co się zdarzało częściej. Gdy w jakiejś sprawie powstawały dwie opinie i zaczynał się spór teologiczny, a tam byli ludzie, którzy byli do niego zdolni, zarówno ze względu na wykształcenie, jak i temperament, interweniował albo prefekt, albo o. Georges Cottier, który był sekretarzem. O. Cottier odgrywał rolę klasycznego stróża wiary. Wygłaszał krótkie exposé, jak dane zagadnienie jest rozumiane w wierze katolickiej, i ci, którzy odbiegali albo zdawali się od tego odbiegać, mieli jasny punkt odniesienia. Interwencje kardynała Ratzingera były innego rodzaju. Nie przypominały o granicach ortodoksji, ale naświetlały problem, który był przedmiotem dyskusji, od innej strony.
Bez korekty
Przy tych okazjach mogłem zobaczyć rzecz szczególnie charakterystyczną dla Ratzingera, mającą źródło w tym, że on nie mówi rzeczy, o których wcześniej nie myślał długo, gruntownie i skutecznie. Słyszałem jego wystąpienia w różnych językach, także mówione a vista. Na przykład, podczas dyskusji, którą zorganizował „Znak” w Krakowie, zaproszeni goście mogli postawić kardynałowi po dwa pytania. Zobaczył je bezpośrednio przed dyskusją. Na każde z nich odpowiadał po francusku. Wypowiadał zdanie po zdaniu, które można było spisywać i drukować bez korekty i bez adiustacji. To samo dotyczy wszystkich homilii, głosów w dyskusji w trakcie posiedzeń komisji, a także wypowiedzi, bardziej przygotowanych, na początek i na koniec posiedzenia, po łacinie. Przy okazji warto zaznaczyć, że jest on jednym z niewielu ostatnich Mohikanów, którzy potrafią na dowolny temat teologiczny swobodnie mówić po łacinie.
Kiedy się słucha jego wypowiedzi, czuje się, że w tym, co ma do powiedzenia, nie on jest najważniejszy, nie chodzi o to, że to jest jego zdanie. Są tacy dyskutanci, którzy bardzo silnie eksponują fakt, że to jest ich opinia. To nie jest złe samo w sobie i niekoniecznie musi być dowodem pychy przemawiającego. Jednak u Ratzingera następowało wyraźne cofnięcie siebie za istotę rzeczy, za to, co ma być powiedziane. W jego wypowiedziach można odkryć również wewnętrzną harmonię — nie zawsze od razu widoczną — ze źródłami wiary, począwszy od źródeł biblijnych po bardzo dobrze znaną kardynałowi tradycję Kościoła. Nie jest jednak reprezentantem tego, co najbardziej powszechnie przyjmowane przez tradycyjnych teologów. Nie jest tomistą, jest teologiem z nurtu augustyńsko–franciszkańskiego i bardzo chętnie akcentuje rozwiązania, myśli, idee z tego nurtu.
Ważne to, co się zwykle pomija
Warto sobie uświadomić, z jakich źródeł wypływa, w jakich okolicznościach narodziła się teologia kardynała Ratzingera.
Wspominam wykłady, których słuchałem jako student Gregorianum w Rzymie. Zapisałem się do profesora Zoltána Alszeghy’ego, wybitnego węgierskiego dogmatyka, jezuity, który nauczał o wielkich teologach tradycji chrześcijańskiej. Wykład był skonstruowany w taki sposób, że profesor dwie trzecie czasu przeznaczonego dla każdego z teologów mówił o jego życiorysie, a jedynie przez jedną trzecią o jego dziele. Historię życia danego teologa omawiał bardzo gruntownie i wskazywał na rzeczy, które się zazwyczaj pomija. Nie tylko mówił o tym, gdzie się dany teolog urodził, z jakiej rodziny pochodził, co studiował, co napisał i o elementach kariery kościelnej. Opowiadał również o przeżyciach osobistych czy uwarunkowaniach rodzinnych. W podobny sposób chciałbym spojrzeć na kardynała Ratzingera, tym bardziej, że on sam daje do tego podstawę.
Rodzinna Bawaria
Przyglądając się jego książkom, zwłaszcza Mojemu życiu 1 można zauważyć kilka charakterystycznych rzeczy.
Pierwsza to Bawaria. Kardynał nie mówi o niej zbyt wiele, ale kto zna ten kraj, ten go dobrze wyczuje w jego sylwetce duchowej, w sposobie mówienia i myślenia. Jest to najbardziej tradycyjnie katolicka część Niemiec. Ważny jest typ tego katolicyzmu — mocny, ludowy, dobrze zakorzeniony. Ponad dwadzieścia lat temu miałem wykłady o kardynale Ratzingerze dla kleryków. Akurat byłem krótko przedtem w Niemczech. Zobaczyłem tam plakaty z Josefem Straussem, ówczesnym premierem Bawarii, i hasłem Wir in Bayern — „My w Bawarii”. To jest sedno kultury duchowej w Bawarii. To jest kultura „my”, kultura wspólnoty. Tam mieszkają ludzie, którzy myślą w naturalny sposób z perspektywy wspólnoty, a nie własnego poglądu czy własnego stosunku do rzeczy. Dobra tradycja, w której nie wysuwa się na pierwszy plan napięcie indywidualistyczne, tylko poczucie wspólnego zakorzenienia i wspólnego ducha.
To jeszcze bardziej widać, kiedy się przyglądamy wspomnieniom obecnego papieża mówiącego o swoich rodzicach, o swojej rodzinie. Opowiada o tym bardzo pięknie i jest jasne, że rodzina odgrywała bardzo ważną rolę we wszystkich jego zmiennych kolejach życia. Musiała być wielkim Bożym darem dla wszystkich jej członków, począwszy od rodziców, a skończywszy na synach i córce, którzy się tam wychowali. Widać to na przykład we wspomnieniu kardynała Ratzingera o swojej habilitacji. Kiedy ją przygotował i przedłożył na Uniwersytecie Monachijskim, jednym z recenzentów był słynny dogmatyk, profesor Michael Schmaus. Mocno skrytykował pracę Josepha Ratzingera, twierdząc, że nadaje się do wyrzucenia. Niesłusznie. Skrytykował ją dlatego, że miał nastawienie teologiczne, któremu nie odpowiadało augustyńskie i bonawenturowe spojrzenie Ratzingera, nie odpowiadała mu jego metoda. Ratzinger, pisząc o tym, wyznał, że nie martwił się, iż jego habilitacja może upaść, tylko o to, jak to rodzice przeżyją. Zmienił coś w pracy, powołano innego recenzenta i wybronił się. Widać, że nawet wielcy teologowie nie oddają wszystkich prac summa cum laudum. Ratzinger musiał się rzeczywiście napracować, żeby obronić ten rodzaj myślenia, jednak pierwszą jego myślą było, jak rodzice dadzą sobie z tym radę. Miał bardzo silną więź z obojgiem rodziców, innego rodzaju w stosunku do każdego z nich. To widać do dzisiaj. Na przykład, kiedy się porówna sylwetki dwóch braci Ratzingerów, ks. Georga, który jest nieco starszy, i Josepha. Ten ostatni jest bardziej podobny do matki, a Georg do ojca.
W połowie lat 90. odbywał się w Poznaniu festiwal chórów chłopięcych, występował tam chór Regensburger Domspatzen, czyli Szpaki z Katedry w Regensburgu pod dyrekcją Georga Ratzingera. Byłem z moimi rodzicami na koncercie galowym. Na korytarzu spotkaliśmy ks. Georga. Moja mama zapytała go o brata kardynała. Odpowiedział jej: „Źle jest. Jest w szpitalu. Miał zator mózgu, nie wiadomo, czy przeżyje”. To było ponad dziesięć lat temu. Między innymi dlatego po wyborze swojego brata na papieża Georg pozwolił sobie stwierdzić: „On ma na to za słabe zdrowie”. Krótko, trzeźwo i zwięźle, bez żadnych dalszych komentarzy. Historia ta pokazuje coś, co wielu ludzi wyczuwa, nawet wtedy, kiedy obecny papież jest przedstawiany jako ktoś bardzo twardy, wymagający, surowy teologicznie. To nieprawda. Jest w nim wewnętrzna wrażliwość czy czułość, która czasem jest skrywana. Nie demonstruje jej, tak jak wielu innych rzeczy.















