Co roku w Polsce ponad 40 tysięcy kobiet doznaje poronienia, dwa tysiące dzieci rodzi się martwych, a kolejne pięć tysięcy na skutek chorób i nieszczęśliwych wypadków nie dożywa osiemnastych urodzin. – Jeśli liczby te pomnożymy przez dwoje rodziców, to każdego roku przybywa nam duże miasto osieroconych – mówi Agnieszka Kaluga, mama Martynki (żyła dziesięć dni) i ośmioletniego Bartka.
Idea obchodów Dnia Dziecka Utraconego narodziła się w 1988 roku w Stanach Zjednoczonych. W Polsce obchodzony jest on od 2004 roku z inicjatywy portalu dlaczego.pl, który Agnieszka Kaluga założyła z innymi osieroconymi mamami. Portal informuje rodziców po stracie: jakie mają prawa, pomaga załatwić formalności po śmierci dziecka w wyniku poronienia i zorganizować pogrzeb. Rodzice zamieszczają na nim też zdjęcia swoich zmarłych dzieci i opisują historie ich odejścia.
W Dzień Dziecka Utraconego w wielu kościołach w Polsce odprawia się Msze święte za dzieci, którym nie dane było przyjść na świat i za te, które zmarły po urodzeniu.
Dla kogo jest Dzień Dziecka Utraconego?
– Na pewno w pierwszym rzędzie dla mam i ojców, którzy utracili swoje dzieci – czy to przed narodzeniem, czy już po narodzeniu. To dla nich okazja do wyjścia z własnego podwórka. Ci, którzy przeszli bądź przechodzą przez taką traumę, tracą wtedy poczucie osamotnienia i wyjątkowości. Nikt nie chce być w tragicznych chwilach sam. Myślę, że łatwiej nam znosić nieszczęście, gdy widzimy, że obok nas też żyją ludzie, którzy przechodzą przez to samo, co my. I że sobie z tym radzą.
Ale Dzień Dziecka Utraconego ma też pokazać całemu społeczeństwu, że obok ludzi szczęśliwych, którzy mogą cieszyć się swoimi dziećmi, są też tacy rodzice, którzy przeżywają ból po odejściu swoich dzieci. I że wcale nie jest ich tak mało. Tyle mówi się bowiem o zdrowiu, o rodzinie, o dzieciach, a zapomina o osobach, które muszą żyć z tęsknotą po odejściu własnego dziecka.
Jak zachować się wobec rodziców, którzy stracili dziecko? Rozmawiać z nimi o tym? Udawać, że nic się nie stało?
– Jest taki wiersz „Słoń w pokoju”, który napisała Terry Kettering, zamieściliśmy go na naszym portalu. Słoń jest ogromny, pękaty, wszyscy się koło niego przeciskają, ale nikt o nim nie mówi, jakby go w ogóle nie było. Podobna jest czasem nasza postawa wobec osób, które straciły dziecko albo spotkała jakaś inna tragedia.
A przecież o rzeczach ważnych nie można nie rozmawiać, bo one nie wyparują od niemówienia. Strategia: nie będę nic mówił, żeby nie zranić – wcale się nie sprawdza. Przeciwnie, buduje jeszcze większe poczucie osamotnienia.
Niedobrze jest, gdy kobieta wraca po poronieniu do pracy i wszystkie koleżanki i koledzy udają, że nic się nie stało, że ona nie była w ciąży. To wcale nie pomaga. A czasem wystarczy tak niewiele. Jedna z takich kobiet opowiedziała mi, jak w pracy podszedł do niej kolega i powiedział proste zdanie: „Wiem, że jest ci ciężko”. Tej kobiecie to bardzo pomogło.
Czy w takiej chwili można w ogóle kogoś pocieszyć? A jeśli tak, to w jaki sposób?
– Błędem jest pocieszanie w stylu: nie martw się, nie myśl o tym, będziesz mieć kolejne dzieci. To są komunikaty zamykające. Trzeba dać czas na żałobę, na ból, to jest potrzebne.
Kiedy spotykam mamy, które dopiero co przeżyły tragedię śmierci własnego dziecka, nie doradzam im. Mówię nawet: „Nie będę ci radzić, bo nie wiem, co masz robić”. Bo każdy inaczej to przeżywa. Ale staram się je wysłuchać, pozwolić się wypłakać.
Takim ludziom trzeba umieć towarzyszyć w ich cierpieniu. Osoba, której dziecko zmarło, jest oczywiście pogrążona w żałobie. Ale ma też inne życie: lubi film, ciekawą książkę, lubi chodzić do kawiarni. Może warto wtedy powiedzieć: „Chodź ze mną na zakupy” albo: „Pojadę z tobą na cmentarz, na grób twojego dziecka”.
Ci ludzie przynależą przecież do społeczeństwa, nie są poza nawiasem. I nie chcą być traktowania jak trędowaci.
Czy wiara pomaga przetrwać ból po śmierci dziecka?
– Uważam, że bardzo pomaga. Mówię to nie tylko z własnego doświadczenia. Spotykam bowiem mamy wierzące i niewierzące i wydaje mi się, że tym pierwszym jest jakby łatwiej.
Wiara daje poczucie, że w tym tragicznym dla nas wydarzeniu był Boży plan – nawet jeśli do końca tego nie rozumiemy. To przekonanie, że Bóg też tam był i cierpiał. To również wiara w to, że nasze zmarłe dziecko żyje w Bogu. Wiara to także nadzieja na spotkanie.
A jeśli wiary nie ma to jest tylko poczucie końca i nie ma żadnej nadziei.
A czy w Kościele jest dość zrozumienia dla sytuacji rodziców po stracie dziecka?
– To się zmienia na korzyść – też dzięki temu, że coraz więcej mówi się o Dniu Dziecka Utraconego.
Myślę jednak, że w Kościele brak jest standardowego postępowania w trudnej, granicznej dla kogoś sytuacji. Dużo tu zależy też od wrażliwości danego księdza. Czasem duchownym brak empatii i bywa, że traktują człowieka bardzo urzędowo.
Dla nas bolesne jest to, że w Kościele tyle mówi się o obronie życia, o godności dziecka poczętego, o macierzyństwie – ale myśli się przede wszystkim o życiu poczętym. A jest jeszcze matka, która to życie chroni i cierpi, gdy je traci.
Trudno było namówić księży, żeby odprawili Mszę za dzieci utracone?
– Kiedy kilka lat temu chciałam zamówić Mszę świętą za dzieci utracone, ksiądz zrobił wielkie oczy. Odeszłam z kwitkiem. Stamtąd poszłam do kościoła dominikanów w Poznaniu. Ojciec Jakub Kruczek, ówczesny przeor, przyjął mnie z dużym taktem Zgodził się przyjść na spotkanie osieroconych mam. My opowiadałyśmy o swoim bólu, o tęsknocie za naszymi dziećmi, a on w milczeniu słuchał. Nie silił się na łatwe, nic nie znaczące pocieszenia. Potem ze wzruszeniem odprawił dla nasz Mszę i wyznał szczerze w kazaniu, że obok naszego bólu nie wolno przejść obojętnie ani się do niego przyzwyczaić.
Jak żyć po stracie? Czy ból po śmierci dziecka da się przezwyciężyć? Możliwe jest ukojenie?
– Jestem z tym w drodze cały czas. To mój sposób na myślenie o tym, co się wtedy stało, już prawie dziesięć lat temu. Może jest mi łatwiej, bo po śmierci Martynki pojawił się synek. On nie zastąpił mi córki, bo to niemożliwe, ale otworzył przede mną nowy świat.
Czas oczywiście jakoś goi rany, ale nie do końca. Spotykam mamy, które straciły dziecko rok temu, pięć lat temu, dziesięć. Czasem wydaje im się, że ból mają już za sobą. Nagle coś się przypomni i to wraca. U mnie jest podobnie.
Śmierć dziecka jest bez sensu. Dlatego, kiedy nas to dotknęło, trzeba szukać w tym jakichś małych sensów. Dla mnie takim sensem jest pomaganie innym mamom. Pomagają mi też takie pytania, które sama sobie zadaję: Co moje dziecko chciałoby dla mnie? Czy chciałoby, żebym utonęła we łzach? Czy żebym była szczęśliwa?
Są sytuacje, że jestem szczęśliwa. I nie robię sobie z tego wyrzutów sumienia. Czy nie mam prawa się cieszyć pięknym zachodem słońca, bo to zdrada mojego dziecka, które ode mnie odeszło? Myślę, że nie.
Poza tym, musimy jeszcze pamiętać, że sami jesteśmy dziećmi swoich rodziców. I oni na pewno by chcieli, żebyśmy byli szczęśliwi.













