Ok. 300 delegatów z 31 Kościołów chrześcijańskich i 12 religii świata przybędzie do Asyżu na zaproszenie papieża Benedykta XVI, aby wziąć udział w „Dniu refleksji, dialogu i modlitwy o pokój i sprawiedliwość na świecie”. Po raz pierwszy zaproszenie zostało skierowane nie tylko do przedstawicieli religii, ale i osobistości ze świata otwartych na dialog agnostyków. Wyznaczone na 27 października spotkanie papież zwołał dla uczczenia 25. rocznicy Światowego Dnia Modlitwy o Pokój, które w 1986 roku odbyło się w Asyżu z inicjatywy Jana Pawła II. Na zaproszenie ówczesnego Ojca Świętego do miasta, gdzie urodził się i działał św. Franciszek, przybyły wtedy delegacje kilkudziesięciu Kościołów chrześcijańskich i kilkunastu religii, by modlić się o pokój dla podzielonego na dwa wrogie obozy świata.
Rozmowa z o. Zdzisławem J. Kijasem OFMConv:
Dlaczego Asyż? Co święty Franciszek ma wspólnego z ekumenizmem i dialogiem międzyreligijnym? Może lepiej było zrobić to spotkanie na bardziej neutralnym gruncie, by nie być posądzonym o stronniczość…?
– Franciszek ma niewiele wspólnego bezpośrednio z ekumenizmem jako takim, ma natomiast wiele wspólnego z Bogiem i człowiekiem, z ich wzajemną relacją, zależnością i wolnością, a przecież jest to najważniejsze w ekumenizmie i w dialogu międzyreligijnym.
Uważam – nie tylko jako franciszkanin – że nie ma bardziej „neutralnego” miejsca, jak Asyż. Miejsce, w którym żył człowiek-Franciszek, pokazuje, że odkrycie właściwych, czyli poprawnych relacji z całym stworzeniem, jest możliwe wyłącznie dla kogoś, kto odkrył ciągłą obecność Boga w świecie, pokochał Go, a w Nim wszystko inne.
Jaki jest cel spotkania? Czy są one w ogóle potrzebne i do kogo są kierowane? Co mają dać światu, chrześcijanom, niewierzącym? A może chodzi tu o autopromocję religii?
– Skoro współcześnie organizuje się tak wiele spotkań różnego typu, w różnych miejscach, z udziałem różnych ludzi i w różnym celu, oznacza, że spotkanie jest ważne, że jest jedną z niewielu form zgodnego przebywania obok siebie różnych ludzi. Już samo w sobie spotkanie daje wiele. W punkcie wyjścia sugeruje, że ci, którzy się spotykają, nie są sobie wrogami, nie życzą sobie nic złego, ale owszem – szukają dla siebie wspólnego dobra. Postawa taka nabiera na wartości szczególnie w aktualnej kulturze lęku, zagrożenia, „napuszczania” jednych na drugich, w świecie przeróżnych konfliktów (kultur, religii, ras, kontynentów itd.).
Po drugie, spotkanie jest zawsze organizowane „dla osiągnięcia czegoś lub dla pokazania czegoś”, co oznacza, że stawia sobie konkretny cel albo cele. Może zatem dać wiele zarówno światu, chrześcijanom jak i niewierzącym.
Spotkanie w Asyżu jest również, niewątpliwie, promocją religii, która, mimo wielu oznak prześladowania, przeżywa swój wielki renesans!
Co oznacza obecność Benedykta XVI w Asyżu – jako profesora teologii i jako papieża? Mówiono, że Joseph Ratzinger nie był entuzjastą takich zgromadzeń…
– Jego obecność w Asyżu pokazuje jednak, że mylili się ci, którzy uważali, że nie był ich „entuzjastą”. Jest obecny jako człowiek-świadek wiary, zatroskany i odpowiedzialny o losy świata i pokój, o obecność Boga i Jego przykazań we współczesnej kulturze.
A może to nowa forma prymatu Piotra, do szukania której wzywał błogosławiony Jana Paweł II?
– Niewątpliwie, można również spojrzeć na obecność Benedykta XVI przez pryzmat „prymatu”. Wszak Jezus mówił: „(...) Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustala twoja wiara. Ty ze swej strony, utwierdzaj twoich braci.”(Łk 22,31-32).
Czy były jakieś kryteria wyboru, by zaprosić właśnie takich, a nie innych przedstawicieli religii? Jaki był klucz zaproszeń?
– Nie wiem, jakim kluczem posłużono się przy kierowaniu zaproszeń. Śmiem przypuszczać, że jak wszystkie teksty papieskie adresowane są do „ludzi dobrej woli”, to również w tym konkretnym przypadku zastosowano tę samą formułę, zapraszając do jego udziału ludzi dobrej woli. Ci, którzy odpowiedzieli, udadzą się więc do Asyżu.
„Pielgrzymi prawdy, pielgrzymami pokoju” – to hasło tegorocznego spotkania. Czy to w ogóle możliwe?
– Jestem przekonany, że hasło jest właściwe. Nie sposób uzasadniać go w detalach, ale chciałbym zwrócić uwagę chociażby na jeden jego aspekt. Otóż sądzę, że zasadniczo każdy, kto stał się autentycznym pielgrzymem prawdy, musi w pierwszym rzędzie uwolnić się (albo „uwalniać się”, bo jest to złożony i długi proces) z egoizmu, ze złego przekonania, że już prawdę posiadł, że już nią się cieszy i dlatego szukać jej już nie potrzebuje. Takie przekonanie z kolei może stać się dla niego powodem osądzania innych z perspektywy „swojej” prawdy, wyrokowanie, kto jest dobry a kto nie, jak postąpić czy wstrzymać się przed zrobieniem czegoś itd. Taka postawa jest niedobra.
Ponadto, kto jest pielgrzymem prawdy, ten jest intelektualnie i duchowo chłonny, gotów do wysiłku i wyrzeczenia się tego, co już posiada, aby posiąść coś więcej i coś lepszego. Pielgrzym jest osobą egzystencjalnie skromną i intelektualnie pokorną. Pielgrzym wie także, że droga do prawdy jest długa i trudna, dlatego nawiązuje przyjaźnie, wchodzi w związki, pozwala sobie pomóc. To natomiast wytwarza atmosferę pokoju, wzajemnego zaufania, jakiegoś „oddania się w ręce drugiego”.
Chrześcijański pielgrzym wie, że udaje się na spotkanie Boga, który jest Panem wszystkich. Wiedział o tym św. Franciszek, który szedł przez świat głosząc wszystkim, że Miłość nie jest kochana. Myślę, że jego postawa była w najwyższym stopniu postawą pielgrzyma: głosić, że Bóg, sama Miłość – nie jest kochana. Ten rodzaj pielgrzymowania nie może rodzić nienawiści, konfliktów czy wojen, ale – przeciwnie – pokój i zgodę.
Niektórzy twierdzą, że ruch ekumeniczny wszedł w fazę stagnacji – zamiast „pielgrzymami pokoju” stajemy się „pielgrzymami spokoju”. Czy formuła takich spotkań, jak w Asyżu, nie przyczynia się do tego procesu: tolerujemy się, lecz to niewiele zmienia w naszym życiu? Czy nie zacieramy w ten sposób różnic między nami?
– Ci, którzy twierdzą, że „ruch ekumeniczny wszedł w fazę stagnacji”, mają tendencję spoglądać na niego niejako „z zewnątrz”, z pozycji kibiców, ale nie bezpośrednich jego uczestników. Zachowują się niczym kibice, którzy sądzą, że kiedy nie ma rozgrywek, znaczy, że piłkarze nic nie robią, spokojnie odpoczywają i nudzą się! Jakże błędne są ich przypuszczenia! Wręcz przeciwnie, to właśnie w okresie pozornego „nic-nie-robienia”, sportowcy pracują najciężej, przygotowując się do nowych zawodów, ćwicząc nowe ruchy, kondycję, szukając nowych środków masażu czy nowych narzędzi. Bardzo analogicznie jest z ruchem ekumenicznym. W czasach pozornej „stagnacji” Duch Święty, który jest „autorem” (ale też poniekąd wielkim „Trenerem”) tego ruchu, przygotowuje Kościoły i ich wiernych do nowej fazy „rozgrywek”.
Wydaje mi się, że kto szczerze i odważnie szuka prawdy nigdy nie będzie mógł się zgodzić na płytką i leniwą tolerancję. Negatywnie rozumiana, coś w stylu: „róbta co chceta”, jest niegodna człowieka inteligentnego. Dlatego wolałbym mówić o szacunku dla drugiego człowieka, z którego również rodzi się chęć, postawa i pragnienie pokazania drugiego. Albo ktoś drugi pragnie pokazać mnie nowe oblicze prawdy lub nowe drogi do niej prowadzące.
Sądzę, że kto autentycznie kocha, staje się człowiekiem bardzo zapobiegliwym o dobro, szczęście drugiego. Bez zadawania mu bólu, starał się będzie służyć mu pomocą do osiągnięcia prawdziwego szczęścia, co nierzadko wymagać będzie zastosowania takich postaw, jak przypomnienia, upomnienia, ale też podania ręki lub ojcowskiego skarcenia. Kto kocha nie może – tak mi się wydaje – „tolerować”, jeżeli drugi cierpi, wyrządza mu się krzywdę lub idzie złą czy niebezpieczną drogą.
Jak takie spotkanie – by mówić konkretnie – dla chrześcijanina z Kościoła w Polsce ma przełożyć się na życie codzienne?
– Nie ma jednej, jasnej odpowiedzi na takie pytanie. Nie zapominajmy, że na spotkanie w Asyżu udali się wyłącznie ci, którzy przyjęli „zaproszenie”. Nikt nie został do tego zmuszony. Nikogo nie obligowano, aby się udał, w nim uczestniczył i jego zalecenia wprowadzał w życie. Wszystko zależy indywidualnie od każdego z nas, na ile przyjmiemy przesłanie bycia „pielgrzymami dla pokoju”. Podkreślam wartość i niezwykłą aktualność, również w naszym kraju, pojęcia bycia „pielgrzymem” dla „pokoju”. Pojęcia „pielgrzyma” zakłada drogę i zarazem określony stopień odwagi, aby w nią wyruszyć. Oznacza to gotowość, jeżeli zajdzie taka konieczność, zmiany dotychczasowego swojego myślenia, swoich postaw i sądów o drugich. Z kolei pojęcie „pokoju” wyznacza cel wędrówki.
Odnoszę wrażenie, że społeczeństwo polskie, tak bardzo podzielone, pełne konfliktów i niezgody, przeróżnych „bloków” ideologicznych, wymaga bardzo „pielgrzymowania dla pokoju”!
Zdzisław J. Kijas – franciszkanin konwentualny, teolog, relator Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, pracownik UPJPII, założyciel Katedry Dialogu Kultur w Ragusie (Sycylia).













