Różnymi terminami myśliciele opisują duchową sytuację naszego czasu. Niektórzy za Nietzschem powtarzają tezę o śmierci Boga. Wybitny myśliciel żydowski Martin Buber mówił zaś o zaćmieniu Boga. Myślę, że jest to trafne powiedzenie. Nie tak wielu ludzi jest bowiem przekonanych o tym, że Bóg umarł, natomiast dla wielu Bóg mieszka gdzieś wysoko za chmurami i niewielki jest z Nim kontakt. Z poczucia osamotnienia wyrasta więc wołanie, aby „rozdarł niebiosa i zstąpił”. To wołanie powinno stać się naszą modlitwą.
PERFUGIUM, Po upadku człowieka grzesznego
Adwent to nie tylko wspomnienie historycznych czasów naszych praojców Starego Testamentu, to nie tylko, jakże często, abstrakcyjne oczekiwanie na „jakiś” sąd ostateczny (na czymkolwiek miałby on polegać). Adwent to czekanie na to, aby On zstąpił teraz. Jakie chmury zasłaniają nam niebo i nie pozwalają dostrzec, że On zstępuje i jest obecny wśród nas?
Chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, zagrożeniem cywilizacyjnym jest banalizacja świąt. Te choinki, które stoją już od pierwszego listopada, te kolędy, które słychać w rozmaitych miejscach handlowych, ta poprawność polityczna, która każe wysyłać zamiast kartek z życzeniami na Boże Narodzenie, jakieś „season greetings”. Prawdziwą wydaje mi się diagnoza, według której tam, gdzie umiera w ludzkiej świadomości poczucie „sacrum”, tam wdziera się banał. Przeciwieństwem sacrum jest banał.
Po drugie, zagrożenie smutkiem i depresją. Nie tylko nasza wiara jest chora, ale i nasza nadzieja. Pozwólcie, że przez najbliższe cztery niedziele adwentowego oczekiwania, porozmawiamy o miejscu nadziei w naszym życiu. Z trzech ewangelicznych cnót, nadzieja jest najuboższą siostrzyczką. O wierze mówimy, miłość chcielibyśmy spotkać, a co myślimy o nadziei?
Spośród wielu ważnych i cennych słów bł. Jana Pawła, uderzyły mnie słowa wypowiedziane w 1987 roku do ówczesnych władz PRL: „Słusznie możemy sądzić, że przyszły los ludzkości leży w rękach tych, którzy potrafią podać następnym pokoleniom motywy życia i nadziei”. Ostateczna klęska systemu komunistycznego polegała na tym, że nie potrafił dać następnym pokoleniom motywów życia i nadziei.
A czy my potrafimy? Czy w tym najwspanialszym ze światów pełnym wolności: wolnego rynku, wolności słowa, szacunku dla inności i wszystkich wartości, o których ciągle słyszymy, budujemy świat, w którym młode pokolenie odnajduje motywy życia i nadziei? Czy przekonujemy, że warto żyć? I dlaczego warto żyć?
Nadzieja nie jest matką głupich – tak mówią tylko prawdziwi głupcy. I nie jest tylko sprawą ludzi religijnych, podążających ku życiu wiecznemu. Nadzieja organizuje nasze życie doczesne – dodaje odwagi, pomnaża moc. Bez nadziei nie ma aprobaty życia. Tymczasem jedną ze współczesnych plag, dręczących ludzi jest depresja. Wielki psychiatra, profesor Antoni Kępiński napisał: „utrata nadziei jest jednym z osiowych objawów depresji”. Osiowy objaw depresji. Depresja, przy wszystkich uwarunkowaniach somatycznych i psychologicznych, jest groźna dlatego, że jest chorobą dotykającą i niszczącą duchowe życie człowieka. To nie oskarżenie, to próba diagnozy i pochylenie się nad ogromnym cierpieniem, które jest udziałem jakże wielu ludzi. Zastanówmy się, my wszyscy wierzący, czy wobec naszych sióstr i braci jesteśmy świadkami nadziei? Czy jestem świadkiem nadziei?
Czym jest nadzieja? To nie tylko oczekiwanie na jakieś dobro, które przyjdzie w przyszłości. Wyrazem nadziei jest znalezienie swojego miejsca w czasie. Jakże wielu ludzi traci nadzieję dlatego, że nie panuje nad swoją przeszłością. Ile jest trudnych doświadczeń, boleśnie w nas obecnych, które nas obezwładniają? Ilu wśród nas jest ludzi, których Tischner trafnie nazwał „ludźmi z kryjówek”? Czy nie ukrywamy w sobie i przed sobą lęku, który nas rani, obezwładnia i nie pozwala z odwagą podjąć trudnych decyzji, wrócić do życia? Jak uzdrowić chorą nadzieję?
Trzeba podjąć próbę poradzenia sobie z pokaleczoną pamięcią, z rozczarowaniem, z bólem klęski, który noszę w sobie. Pomocna staje się wiara – nie jako laska dla kulawego, lecz jako perspektywa, w której mogę spojrzeć na swoje życie. Nadzieja jest odwagą nowego początku. Ale nie na gruzach, tylko na uporządkowaniu przeszłości. Raniąca nas przeszłość, zniewala i paraliżuje. Nadzieja jest świadomością tego, że dobro potrafi zwyciężyć zło. Jeżeli nosisz w sobie dojmujące poczucie krzywdy, czy nie trzeba się modlić o dar przebaczenia? Nie ma innego sposobu. Nie uleczy cię zapomnienie, bo nie zapomnisz. Możesz jednak rozbroić, że tak powiem, tę bombę, gdy doprosisz się u Boga daru przebaczenia. „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Nadzieja otwiera nas na przyszłość, ale nie jest ona naiwnym spodziewaniem się, nadzieja nie jest optymizmem. Optymizm jest infantylną i karykaturalną postacią nadziei. Nadzieja nie mówi, że wszystko będzie dobrze. Nadzieja jest odwagą w podejmowaniu trudnej przyszłości. Nadzieją jest umiejętność podejmowania odważnych decyzji w świadomości tego, że są to decyzje podejmowane przed Bogiem i w oparciu o żywą więź z Nim. Jeżeli mówimy o nadziei, o tym jak bardzo jest ona ważna dla życia każdego człowieka, to okazuje się, jak bardzo istotnym jest zachowanie głębokiej więzi z Bogiem. Relacja z Bogiem nie jest ucieczką bezbronnego dzieciątka w objęcia tatusia, jest odwagą, którą daje Ojciec, by żyć w życiu takim, jakie ono jest: trudnym, brutalny i okrutnym. Ta odwaga podsyca wiarę, że można przejść przez życie zwycięsko – czyli z honorem, to znaczy nie gubiąc siebie.
Ale zwycięsko – nie musi oznaczać z sukcesem. Nadzieja leczy zranienia przeszłości, nadzieja otwiera nas na przyszłość, nadzieja pozwala nam z odwagą podjąć każdy codzienny trud. Najprostsza nadzieja musi być w człowieku, żeby rano wstał, żeby nie odpowiedział chamstwem na chamstwo, kłamstwem na kłamstwo. Nadzieja w tym sensie jest dzieckiem wolności. Bo tylko wolny człowiek ma nadzieję. Ktoś, kto wierzy w determinizm, nie będzie miał nadziei – będzie jak liść miotany wiatrem, o którym słyszeliśmy u Izajasza. Nadzieja jest zakorzeniona w wolności i świadomości odpowiedzialności za życie. Tej odpowiedzialności nie mogę zrzucić na nikogo, bo tylko ja żyję moim życiem i tylko ja odpowiadam za moje życie.
Módlmy się w tym Adwencie o nadzieję, o to, by obecność Boga, który rozedrze obłoki, była wśród nas żywa, to znaczy naprawdę kształtowała nasze życie. Niech to będzie nasz Adwent 2011 .
Homilia wygłoszona w Bazylice Św. Trójcy O.O. Dominikanów w Krakowie













