Tekst ów wrócił do mnie jak nieodrobione zadanie – zarówno z literatury jak i wiary. Wcale mnie to nie zdziwiło. Wielokrotnie już widziałem, jak ważne teksty potrafią być wobec czytelnika uparte i namolne. Wciąż wracają, aż do chwili, gdy przestaną być tylko tekstami, a stają się myślami i przeżyciami.
Pierwszy raz przeczytałem ów wiersz tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia 2009 roku. Scenografia zdecydowanie pomagała wówczas w lekturze. Jechałem zatłoczonym wagonikiem kolejki Metro-North linii New Haven – Nowy York do braci z polskiego klasztoru na Manhattanie. Wokoło rzeczywiście panowała zima – jedna z tych częstych ostatnio „zim stulecia”. Z biblioteki klasztornej zabrałem ze sobą niewielką antologię poezji amerykańskiej – tak na chybił trafił. Zależało mi po prostu, aby mieć przy sobie miękki i mały egzemplarz książki, którą można czytać, kiedy nie można usiąść. Nie zamierzałem czytać Eliota. Zdziwiłem się nawet, że znalazł się w antologii poezji amerykańskiej. Zawsze uważałem go za arcy-anglika. Nie wiedziałem, że urodził się w St. Louis, a później studiował na Wschodnim Wybrzeżu USA. Ale co tam Eliot, w tej antologii jako poeta amerykański figurował również Czesław Miłosz! Tak czy inaczej nie oni mnie wówczas interesowali.
Hołdując zasadzie, iż najlepiej jeść ryby z lokalnej rzeki i najlepiej czytać tych poetów, na których terenie się aktualnie przebywa, zgłębiałem twórczość Roberta Frosta. Coś chyba nawet wspominałem o tym w jednym z wpisów na blogu (z 20 stycznia 2010 roku). Tak czy inaczej wiersz Eliota „The Journey of the Magi” otworzył mi się nieomal przypadkiem. Poprzedni czytelnik po prostu „złamał” klejony grzbiet książki właśnie na tych stronicach, które mieściły wiersz Eliota. Przeczytałem go wówczas kilkakrotnie. Czas podróży pomiędzy stacją Bridgeport a New Rochelle skrócił się tak bardzo, iż nie sposób było wątpić, że mam do czynienia z największą poezją. A jednak stwierdziłem wtedy, że wrócę do wiersza, kiedy będę miał ochotę na „coś cięższego”. Nigdy nie wróciłem - aż do teraz. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem w załączniku do odebranego maila znalazłem „Podróż trzech Króli”. Wiersz cierpliwie czekał na swój czas i wrócił. Brzmiał już zupełnie inaczej:
Thomas Stearns Eliot, Podróż trzech Króli
„Mroźna to była wyprawa;
Najgorsza pora roku
Na podróż, zwłaszcza tak długą:
Drogi tonące w śniegu i lodowaty wiatr,
Najokrutniejsza zima”. *
Rozdrażnione wielbłądy, pokaleczone, zbolałe,
Kładły się w mokrym śniegu.
I było nam czasem żal
Letnich pałaców na wzgórzu, osłonecznionych tarasów,
I jedwabistych dziewcząt roznoszących napoje.
Poganiacze wielbłądów klęli i złorzeczyli,
Żądali napitku, kobiet, przepadali bez wieści,
Nocne ogniska gasły, nie było gdzie się schronić;
A miasta były wrogie, mieszkańcy nieprzyjaźni,
Wioski brudne i chytre, za wszystko żądano złota.
Ciężka to była próba.
Wędrowaliśmy w końcu już tylko w ciągu nocy,
Śpiąc byle gdzie i płytko,
I słysząc w sobie głos, który powtarzał w kółko:
To jest czyste szaleństwo.
Aż któregoś poranka, śniegi mając za sobą, zjechaliśmy w dolinę,
Łagodną, żyzną, wionącą zapachem wielu roślin,
Gdzie nad strumieniem stał młyn i młócił kołem ciemność,
A dalej, pod niskim niebem, wznosiły się trzy drzewa,
I stary, siwy koń biegł łąką, galopem, w dal.
Stanęliśmy przed gospodą porosłą liśćmi wina;
W otworze drzwi sześć rąk rzucało raz po raz kośćmi i zgarniało srebrniki,
Stopy zaś uderzały w puste bukłaki po winie.
Nikt jednak tam nic nie wiedział; ruszyliśmy więc dalej
I dopiero pod wieczór, prawie w ostatniej chwili,
Trafiliśmy w to miejsce – można powiedzieć – właściwe.
Pamiętam, było to dawno;
Dziś bym postąpił tak samo, tylko trzeba zapytać
Trzeba zapytać
O to: czy cała ta droga nas wiodła
Do Narodzin czy Śmierci? Że były to Narodziny, to nie ulega kwestii,
Mieliśmy na to dowody. Bywałem świadkiem narodzin i byłem też świadkiem śmierci,
I było dla mnie jasne, że są to różne rzeczy; jednak te narodziny
Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.
Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,
Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,
Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.
Rad byłbym innej śmierci.
1927, Przełożył Antoni Libera
Wiersz zaczyna się parafrazą kazania, ale i sam jest kazaniem. Może właściwie nie tyle kazaniem, co raczej małym traktatem teologicznym? Czy jednak traktat teologiczny mógłby być tak osobisty i wspomnieniowy? A nawet formalnie, czy pierwsza osoba liczby mnogiej i ów obecny w wierszu duch na wpół wspomnienia, na wpół reportażu pasowałby do traktatu teologicznego? Nie wiem i nie ma to większego znaczenia, ale fakt jest faktem, że wiersz bardziej kojarzy się z amboną, niż uniwersytecką katedrą. To może dlatego Alec McCowen, aby wyrecytować „Podróż trzech Króli” wdrapał się na ambonę? Posłuchajcie tego wykonania w języku angielskim. Jest ciekawe, ale moim zdaniem nie oddaje rytmu utworu. Brzmi tak:
Zaraz posłuchamy czegoś rytmicznie lepszego, ale póki co zatrzymajmy się przy treści. Wiersz składa się z trzech części – zacznijmy od pierwszej.
Część pierwsza
Jest w istocie rozbudowaną skargą na przeciwności w drodze. Ciekawe to są przeciwności.
Najpierw, to co zewnętrzne – pora roku, pogoda, wielbłądy. Nigdy przecież nie jest wystarczająco dobry czas, nie ma wystarczająco sprzyjających okoliczności i nie dysponujemy adekwatnymi środkami, aby wybrać się w TAKĄ podróż i do TAKIEGO celu.
Później, to co wewnętrzne – pamięć i pragnienie utraconych w podróży wygód i przyjemności. Każda podróż, a zwłaszcza TAKA i w TAKIM celu pozbawia nas wygód i świata urządzonego dla nas, na nasz użytek i dla naszej wygody. Na tym polega istota pielgrzymstwa – wyjście ze świata dostosowanego do nas w świat, do którego my się musimy dostosować. Taka jest natura każdej podróży. Im podróż ważniejsza, tym bardziej i boleśniej to odczuwamy.
Następnie ludzka małość – sił w drodze nie odbierają nam wielcy wrogowie, ale małoduszni awanturnicy, poganiacze wielbłądów, którzy żądają napitku. Przecież to niemożliwe – wydaje się nam – że w podróży tak wzniosłej i na drodze do celu tak wielkiego spotykamy nie potężne potwory zagradzające nam drogę, ale małe, nikczemne, chytre ludzkie istoty. Wielcy wrogowie pomogliby nam uwierzyć, że zmierzamy do wielkiego celu. Tak mali wrogowie są uciążliwi, ale główna trudność polega nie na tym, co robią, ale że są na TAKIEJ drodze.
I jeszcze noc i brak snu – zwykłe ludzkie zmęczenie. Nigdy się do tego przed sobą nie przyznamy, ale taka jest prawda – często drogę do najważniejszych przestrzeni ducha zakrywa nam nie przeszkoda duchowa, ale zwykłe zmęczenie przyzwyczajonego do wygód ciała.
Wreszcie najważniejsze – ów wewnętrzny głos, który powtarza: „zwykłe szaleństwo”. Gdyby powtarzał: „to niebezpieczne”, „to złe”, „to niepotrzebne” łatwiej by się z nim rozmawiało. Ale on nam zarzuca „szaleństwo” czyli głupotę, przesadę, egzaltację i to jeszcze zwykłą. Ten potworny wewnętrzny głos protekcjonalnie klepie po ramieniu i uśmiecha się do naszych wielkich celów i ideałów. Potrafimy znieść wrogi atak z zewnątrz, ale nasz własny zdroworozsądkowy protekcjonalizm bywa zabójczy dla wielkich celów naszych duchowych podróży i potężnych ideałów naszych życiowych wypraw.
Taka jest część pierwsza. Nie jest zwykłym narzekaniem – jest narzekaniem na przeszkody najistotniejsze. Odpocznijmy chwilę od suchej treści i posłuchajmy wiersza recytowanego zupełnie inaczej, niż na poprzednim nagraniu. Teraz utwór nie jest już kazaniem wygłaszanym z kościelnej ambony, ale wspomnieniem starego człowieka. Jest wspomnieniem, które wciąż wraca i nie daje spokoju, bo stawia wciąż nierozwiązane pytanie. (Tekst angielski można rozwinąć naciskając „Pokaż więcej pod ekranem playera).
Część druga
O ile część pierwsza mogła się wydawać zwykłym opisem, cześć druga jest zbiorem symboli. Żyzna dolina, młyn młócący kołem ciemność, trzy drzewa (nie wiadomo czy: drzewo życia, drzewo poznania dobra i zła oraz drzewo krzyża, czy też po prostu trzy krzyże z Kalwarii), stary siwy koń (czyżby ten z Apokalipsy 6, 2?), gospoda porosła liśćmi wina (czyżby zapowiedź Kościoła, w którym odbywa się uczta Eucharystyczna?), sześć rąk rzucających kości i srebrniki, wreszcie stopy uderzające w bukłaki po winie – nieprawdopodobny jest ten natłok symboli.
Doskonale czujemy, że wraz z opowiadającym i jego towarzyszami znaleźliśmy się w „mówiącym świecie”, świecie pełnym znaków, które trzeba tylko przeczytać, kodów, które trzeba po prostu zrozumieć.
Nieprawdopodobnie wręcz brzmi stwierdzenie narratora, że: „Nikt jednak tam nic nie wiedział”.
Jak to możliwe? W świecie tak pełnym znaków i symboli, w świecie przeładowanym treścią nie ma nikogo, kto by potrafił je zrozumieć? Tragiczna jest druga część wiersza – domaganie się znaku nic nie da, bo mnóstwo znaków jest danych. Nie ma tylko kogoś, kto mógłby je przeczytać.
Dopiero pod wieczór i w ostatniej chwili magowie trafiają w miejsce – można powiedzieć - właściwe. Tylko, że o tym zupełnie nic nie mówią. Ale to nic a nic. Najważniejszy fragment ich podróży zostaje zakryty milczeniem. Dlaczego? Bo nie da się opowiedzieć? Bo jest tak wielką tajemnicą?
Taka jest część druga. Posłuchajmy teraz jak sam T. S. Eliot czytał swój wiersz. Myślę, że jest to najlepsze wykonanie z dotychczas zamieszczonych. Być może nie ma tak wyraźnej interpretacji, ale za to oddaje doskonale rytm wiersza. Eliotowi zaś zależało na rytmie poezji równie mocno jak i na treści. I do tego mamy tekst na ekranie!
Część trzecia
Końcówka przynosi zaskakującą wątpliwość. Czy u końca podróży widzieli narodziny czy śmierć? Jakie to dziwne pytanie. Jak można pomylić jedno z drugim, zwłaszcza, kiedy już wcześniej i jedno i drugie się widziało? Co podobnego w narodzinach i w śmierci?
A może chodzi tylko o te jedne Narodziny i Śmierć? Narodziny Boga-Człowieka, które same w sobie są już tak wielkim uniżeniem, że zapowiadają uniżenie śmierci na krzyżu. Kenotyczne koło szczelnie się zamyka. Ponoć jeden z trzech Króli przyniósł Dzieciątku Jezus mirrę – pogrzebowe zioło zwiastujące śmierć. Ale przecież i Maryja szybko usłyszy proroctwo o mieczu boleści, który ją przeniknie w związku z losem Syna.
Narodziny i Śmierć spotykają się w Tym Dziecku.
Ma to swoje konsekwencje. Jego narodziny przynoszą również śmierć dawnemu światu, naszemu światu. Obyśmy mogli powtórzyć za Królami o Tych Narodzinach, które świętowaliśmy kilka dni temu:
Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.
Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,
Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,
Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.
Rad byłbym innej śmierci.













