„Gdzie jest włącznik światła?”. To pytanie natarczywie narzuca się każdemu, kto znalazł się w nieznanym ciemnym pomieszczeniu. Kto z nas nie zna bezradnego przesuwania ręką po ścianach, przeklinania elektryka na przemian z wczuwaniem się w jego intencje? „Po prawej, czy po lewej stronie drzwi?”; „Na jakiej wysokości?”. W czasie tych poszukiwań może nawet przydarzyć się bezpośredni, niezamierzony i nagły kontakt z przedmiotami, powodujący dodatkowy przypływ frustracji. Ale kiedy już znajdziemy włącznik i zapalimy światło, naszym oczom zawsze przedstawia się widok nieoczekiwany. Okazuje się na przykład, że pomieszczenie jest większe albo mniejsze niż myśleliśmy, że jest ładniejsze bądź brzydsze niż się spodziewaliśmy. Tak czy inaczej, włączenie światła zawsze powoduje zdziwienie.
Piszę o tym, gdyż w święto Ofiarowania Pańskiego jest dużo światła i dużo o świetle: gromnica, którą błogosławimy, towarzysząca nam od chrztu po śmierć, symbolizuje obecność światła Chrystusa na przestrzeni całego naszego życia; antyfona: „Oto nasz Pan przyjdzie z mocą i oświeci serca sług swoich. Alleluja”; modlitwa, w której Bóg nazwany jest „źródłem wszelkiego światła”, wreszcie wspaniałe słowa Symeona z Ewangelii, który, biorąc Dzieciątko Jezus w objęcia, mówi: „Światło na oświecenie pogan”. Zatrzymajmy się przy tej przepięknej modlitwie Symeona i przyjrzyjmy się pojęciu oświecenia.
Wiara jako oświecenie? Wydaje się, że to zupełnie nam obce dzisiaj spojrzenie. Dla Ojców Kościoła, którzy zmagali się z pogańską mentalnością, którzy przedzierali się przez gąszcz czcigodnych filozoficznych idei, koncepcja wiary chrześcijańskiej jako oświecenia nie budziła najmniejszego zdziwienia, co więcej, była czymś oczywistym. Ojcowie mieli bardzo żywe poczucie tego, że – jeżeli wrócimy na chwilę do obrazu z początku tego tekstu – świat przed Chrystusem przypominał człowieka bezradnie poszukującego włącznika światła, a tragizm sytuacji potęgował fakt, że sam nigdy by go nie znalazł. Musiał przyjść ktoś, kto widzi w ciemności i wie, gdzie jest włącznik. Ojcowie mieli oczywiście wielki szacunek do tych poszukiwań w ciemności. Takie szukanie może przecież coś konkretnego przynieść – rozpoznanie kształtu przedmiotów, ich wielkości, itp. W niczym nie zmienia to jednak charakteru poszukiwań. Mówiąc językiem św. Pawła – jest to szukanie „po omacku” (Dz 17,27). Wszystko zmienia się radykalnie, gdy przyszedł Chrystus, a ci, którzy w Niego wierzą są prawdziwie oświeceni.
Dlaczego utraciliśmy tę perspektywę? Trochę zapewne dlatego, że idea oświecenia zagarnięta została przez religijne ruchy odwołujące się do wschodnich tradycji. „Choć do nas i przeżyj oświecenie” – znamy takie zaproszenia. Sądzę jednak, że powód jest głębszy i tkwi w naszym przeżywaniu wiary.
Wydaje mi się również, że jesteśmy przesadnie podejrzliwi wobec takiej wiedzy religijnej, która wydaje nam się trudna do przełożenia na praktyczne rozwiązania. Wiele pytań z cyklu „Jak wkurzyć księdza?” wymownie świadczy o tym prymacie praktyki w naszym myśleniu o wierze. Jakie to są pytania? Na przykład: „Po co nam wiara, skoro ateiści są często uczciwsi od wierzących?”, „Po co mi odpuszczenie grzechów w spowiedzi i wiara w miłosierdzie Boga, skoro i tak wracam do tych samych grzechów?” albo „Czy naprawdę to takie istotne, czy Bóg jest Trójjedyny? Czy nie jest tak, że ci, co tej prawdy nie uznają są lepsi od nas?”. W tych wszystkich pytaniach, którym nie sposób jest odmówić pewnej trafności i opierania się na słusznych intuicjach, wyraźnie obecna jest skaza niedostrzegania i lekceważenia poznawczej strony wiary. Tak jakby to, że wierzę, że Bóg jest miłosierny, było czymś drugorzędnym w stosunku do mojej praktyki życia. Jest to niewątpliwa pomyłka, która w zdumienie wprawiłaby wielu Ojców Kościoła. Nie zrozumieliby oni hasła: „Nie ważne w co wierzysz, ważne, żebyś był porządnym człowiekiem”. Przecież to, że wierzę, że Bóg jest Trójcą Osób, że jest miłosierny jest czymś w sobie samym tak ważnym, że nawet moje nędzne życie nie może tego unieważnić! Nie głoszę rzecz jasna pochwały hipokryzji, programowego rozejścia się teorii i praktyki, ale chodzi mi o to, byśmy dostrzegli zasadnicze znaczenie poznawczej strony naszej wiary i poczuli się wdzięczni za oświecenie, dzięki któremu otworzyła się na nas Prawda.
Nie musimy się obawiać, że rozumienie wiary jako oświecenia musi automatycznie wzbudzić w nas postawę wyższości czy jakiegoś niedobrego triumfalizmu. Jeżeli odkrywam, że dzięki wierze sprezentowano mi jakieś tajemnicze „nowe oczy” duszy, dzięki którym mogę cieszyć się Bogiem i Jego prawdą, to przecież nie stało się to po to, bym stał się ważniakiem i wszechwiedzącym. Na to niebezpieczeństwo jesteśmy wszak dziś bardzo czuli. Ten lęk przed staniem się mądralą nieraz nas paraliżuje i nie pozwala szczerze ucieszyć się z tych „nowych oczu” wiary. Dzisiejsze święto prowadzi nas jednak w diametralnie innym kierunku. Ktoś przyszedł i zapalił światło, dokładnie wtedy, kiedy próbowałem w ciemności rozpoznać przedmiot, w który z wielkim impetem trzasnąłem najmniejszym palcem u nogi, próbując w dziwnej pozie, chroniąc obitą już wcześniej głowę, znaleźć włącznik światła.
„A światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła” (J 1,5).















