Pamiętaj
że proch
popiół umarłej rośliny
popiół z palmy zielonej
popiół z chwały szumiącej
że proch
popiół z książki
popiół z miasta
popiół ze świata
pamiętaj człowiecze
popiół z ciała
popiół z mózgu
popiół z uśmiechu
pamiętaj
jeśliś uczniem Jezusa
który przyniósł na ziemię
ogień pamiętaj
musisz się spalić
Osobiście, posypując w Środę Popielcową głowy popiołem, nigdy nie używam tej formuły, ograniczając się do zachęty wzywającej do nawrócenia i wiary w Ewangelię. Gest mówi jednak sam za siebie: proch na głowie, to wymowny i prosty obraz naszej ludzkiej kondycji. Nie chodzi w nim o samoupokorzenie, nie mówiąc już o jakimkolwiek upokarzaniu kogoś. Sam ludzki los, nasza egzystencja, rozpatrywana bez odniesienia do perspektywy transcendentnej, wydaje się czymś bezsensownym. Patrząc wyłącznie przez „ludzkie” okulary – mędrca szkiełkiem i okiem, uczciwie trzeba powiedzieć „nie jestem”. Widziałem wszelkie sprawy, jakie się dzieją pod słońcem. A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem, zauważa bez znieczulenia Kohelet (1, 14).
Abstrahując od nadziei, którą odnajdujemy w chrześcijaństwie, skazani jesteśmy na sceptycyzm i ironię z ludzkiego losu. Od czasu do czasu jest on wręcz wskazany dla zachowania w stosunku do siebie zdrowego dystansu. Tak właśnie, bez znieczulenia, pisała w swych wierszach Wisława Szymborska, wpisując się w koheletowy nurt myślenia vanitas vanitatum, et omnia vanitas, co przekład ekumeniczny Biblii tłumaczy ulotne, jakże ulotne, wszystko jest takie ulotne (Koh 1,2).
Wszystko moje, nic własnością,
nie własnością dla pamięci,
a moje dopóki patrzę.
Ledwie wspomniane, już niepewne,
Boginie swoich słów.
Z miasta Samoków tylko deszcz
i nic prócz deszczu.
Paryż od Luwru do paznokcia
bielmem zachodzi.
Z bulwaru Saint-Martin zostały schodki
i wiodą do zaniku.
Nic więcej niż półtora mostu
w Leningradzie mostowym.
Biedna Uppsala
z odrobiną wielkiej katedry.
Nieszczęsny tancerz sofijski,
ciało bez twarzy.
Osobno jego twarz bez oczu,
osobno jego oczy bez źrenic,
osobno źrenice kota.
Kaukaski orzeł szybuje
nad rekonstrukcją wąwozu,
złoto słońca nieszczere
i fałszywe kamienie.
Wszystko moje, nic własnością,
nie własnością dla pamięci,
a moje dopóki patrzę.
Nieprzebrane, nieobjęte,
a poszczególne aż do włókna,
ziarnka piasku, kropli wody
- krajobrazy.
Nie uchowam ani źdźbła
w jego pełnej widzialności.
Powitanie z pożegnaniem
w jednym spojrzeniu.
Dla nadmiaru i dla braku
jeden ruch szyi.
Wisława Szymborska, Elegia podróżna
Jednym z warunków autentycznego uzasadnienia nadziei, która jest w nas (1 P 3,15), jest odepchnięcie od siebie pokusy uciekania od dramatyzmu życia w łatwą, naiwną i sentymentalną pociechę. Obietnicę odkupienia można przyjąć dojrzale wówczas tylko, gdy posiądzie się umiejętność stawania w prawdzie o tym, kim jestem wyłącznie sam z siebie i sam ze sobą.
Nazwanie i uznanie doświadczenia kruchości istnienia, przekonanie się samemu o przerażającym dnie otchłani naszej samotności bez Boga, może stać się początkiem prawdziwej drogi wiary, nie tyle „odziedziczonej w spadku”, co zrodzonej z osobistych łez i tęsknoty za przełamaniem swojego losu.
Prawda nigdy nie upokarza. Ona jest drogą wyzwolenia od fałszywych nadziei, które jak karnawałowy makijaż skrywają obecny od samej chwili narodzin szyderczy grymas śmierci. Nie zaprzeczając w sobie nieuchronności śmierci, możemy zostać podprowadzeni do spotkania i przyjęcia doświadczenia Chrystusa, który sam oszpecony losem umarłych, wydobywa człowieka z beznadziei. Przez fakt, że Chrystus przyjął ludzki los, z jej śmiertelnym epizodem, który w proch obraca życie, odkupienie staje się rzeczywistą odpowiedzią na dramat. Chrystus nie okłamuje nas, nie „poprawia humoru” nam, którzy zwykliśmy się uciekać sie do komedii, by nieszczerym rechotem zagłuszyć dawno wydany wyrok:
Czas przebiegł jak posłaniec z pilną wiadomością,
Ale to tylko nasze porównanie.
Zmyślona postać, wmówiony jej pośpiech,
a wiadomość nie ludzka.
Wiesława Szymborska, Widok z ziarnkiem piasku
Szatan na domiar złego, jakby za mało było, że zdołał nas skusić swoja wizją, nie tylko zdeptał w proch, w ziemię człowieka – a ty, jakoś był ziemią, ziemią będziesz w grobie (Wacław Potocki, Człowiek) – to jeszcze karmi się, naszą godną pożałowania sytuacją: na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia (Rdz 3, 14b). Ostatecznym celem szatana nie jest wyłącznie grzech, ale upokorzenie człowieka – sprofanowanie ikony Boga tak, byśmy uwierzyli, że stworzenie jest wyłącznie kpiną Boga.
Dni tego, który oskarża nas przed Bogiem naszym (Ap 12,10b) są jednak policzone od samego początku. Bóg nie odwrócił się od nas, współczująco widząc jak naiwnie wplątujemy się co rusz w pułapkę obietnic bez pokryci i złudnych nadziei i zapowiedział: wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę (Rdz 3,15). To prawdziwy człowiek, w którego wcielił się Bóg podepcze ostatecznie Zło. Proch, którym jesteśmy kryje bowiem czysto złoto naszego podobieństwa do Boga, którego grzech pierworodny nie mógł zniszczyć. Św. Grzegorza z Nazjanzu pisał w IV wieku:
Oto Syn Boży, przedwieczny, niewidzialny, nieuchwytny, bezcielesny, początek z początku, światłość ze światłości, źródło życia i nieśmiertelności, odbicie pierwowzoru, pieczęć nienaruszalna oraz najwierniejszy, ostateczny wyraz i myśl Ojca, przychodzi do tego, który jest Jego obrazem, przyjmuje ciało z powodu człowieka będącego ciałem... Ten, który innych wzbogaca, staje się ubogim. Przyjmuje ubóstwo mego ciała, abym dostąpił bogactwa Jego Bóstwa... Czemuż tak wielki nadmiar dobroci? Czemuż owe tajemne względem mnie zamiary? Zostałem niegdyś stworzony na obraz Boga, ale tego obrazu nie ustrzegłem. On przyjmuje ciało takie jak moje, aby obrazowi przynieść zbawienie, a ciału nieśmiertelność. Nawiązuje z nami wspólnotę nową, o ileż bardziej godną podziwu od pierwszej.
Mocą chrztu odkrywamy, zamazany przez grzech pierworodny, najgłębszy sens własnej egzystencji – godność otrzymaną w akcie stworzenia. Godność osoby jest bowiem godnością niezniszczalnego obrazu Boga. Słowo Ojca z miłości stworzyło nas na swój obraz - staliśmy się eikon eikonos – ikoną ikony, uczy św. Ireneusz z Lyonu. Dokonało się to raz na zawsze, tak że nawet grzesznik nie przestaje być podobny Bogu i gości ten boski Obraz, wiedząc o tym, czy też nie.
W czasie ważnych uroczystości chrześcijańskich w Liturgii używa się szczególnego gestu okadzenia. Kadzidłem – prochem, który powstał z roślin, skał i ziemi, Kościół oddaje cześć nie tylko Krzyżowi, ołtarzowi, Ewangelii, Najświętszym Postaciom Eucharystycznym. Okadzani są również uczestnicy eucharystycznej celebracji. Proch, w który obraca się także ciało ludzkie, oddaje cześć obrazowi Boga, który w naszej duszy stoi na straży pamięci o naszej nieprzemijalności.
Dar ten jest jednak niewidzialny, ukryty głęboko pod warstwą prochu naszej kruchości. Można się do niego dostać i dotrzeć wyłącznie na drodze Paschy (przejście) Chrystusa. Nie można uchylić się od własnego życia, a więc także od śmierci, cierpliwie znosząc swój los, który w każdej chwili naszej wędrówki obraca się w pierzynę. Zgadzając się na swoją życiową paschę z życia do śmierci, wychodzimy na spotkanie Chrystusa, który zaprasza nas na drogę swojej Paschy ze śmierci do życia.
Droga do Jerozolimy, od której nie uchylił się Bóg (dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze, bo rzecz niemożliwa, żeby prorok zginął poza Jerozolimą – Łk 13,33), choć często uchyla się człowiek (Piotr wziął Jezusa na bok i zaczął Go upominać – Mk 12,32) jest jedyną droga, która prowadzi do przełamania przemijalności. Jest to droga daru z siebie. To właśnie na niej Trójca objawia swoją nieskończoność: Jeśli Ojciec oddaje się Synowi bez reszty, Ojciec i Syn czynią to samo wobec Ducha Świętego, czyż nie jest to prawzór najpiękniejszego umierania pośrodku życia wiecznego? Czy ta ostateczna wola niebycia dla siebie nie jest warunkiem najszczęśliwszego życia? (kard. Hans Urs von Balthasar, Credo).
Droga Wielkiego Postu, wyrzeczeń, postu i pokuty odzwierciedlają zgodę na ludzkie życie jako dar, z możliwością ofiary aż po śmierć. Obrazem paschy jest medytacja chrześcijańska, która na swym pierwszym etapie wydaje się dość zbieżna z medytacją wschodnią: człowiek dochodzi do pokornego przekonania, że jest nicością. Medytując uznaje swoją niemoc i kruchość, prawdę o tym, że nic nie może zatrzymać na stałe. Uczy się autentycznej pokory, uznając, że sam jako "ja" sam z siebie nie istnieje. Medytacja chrześcijańska wychodząc od przyjęcia nicości człowieka, tego że jest prochem i w proch się obróci, idzie jednak dalej:
Kiedy medytujesz bądź jak Abraham
Składający swego syna w ofierze.
Był to znak, że gotów jest oddać wszystko
I ty pozostaw wszystko,
a w opuszczeniu Bóg napełni cię swą obecnością.
Kiedy medytujesz, to Jezus
modli się w tobie do Ojca w Duch.
Jesteś niesiony żarem Jego miłości.
Bądź jak rzeka służąca każdemu,
aż przyjdzie czas, że się przemienisz w Miłość.
Jan Bereza OSB, Medytacja z ojcem Serafinem
Na drodze Jezusa wyłania się, jak feniks z popiołów, najczystsze złoto naszego podobieństwa do Boga. Gdy Chrystus mówi uczniom, że musi iść do Jerozolimy, gdzie zostanie odrzucony i ukrzyżowany, uczniowie, na czele z Piotrem buntują się. Człowiek nie chce słyszeć o słabości, a tym bardziej o śmierci. Potrafimy swoją niemoc skrywać pod płaszczykiem szlachetności i ofiarności („nie mogę zrezygnować, bo jestem potrzebny”, „mam tyle do zrobienia”, „potrzebują mnie”).
Piotr zapewnia Mistrza, że stanie w Jego obronie. Ewidentnie nie ma w nim prawdy o sobie, o swoich realnych siłach i możliwościach. Nie chce słyszeć o śmierci, zagłusza prawdę o swojej realnej kondycji, podświadomie lęka się jej i stąd udaje gieroja. I słyszy ostrą reprymendę do Jezusa: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie (Mk 8,33).
Szatan nie uznaje słabości i po raz kolejny wystawia Jezusa, tym razem słowami Piotra, na pokuszenie, podobnie jak to miało miejsce wcześniej na pustyni, gdy był kuszony perspektywą władzy i siły. Szatan nie może zrozumieć pokory Boga, który stał się słaby, aby całkowitym darem z siebie przełamać naszą kruchość. Śmierć Boga przyniesie życie człowiekowi, co było nie do pojęcia dla szatana, który nie rozumie takich słów jak: pokora, dar, ofiara, miłość. W przypadku Piotra, ten fałszywy obraz siebie tak bardzo boleśnie odsłoni się dopiero w obliczu Krzyża, w postaci trzykrotnego zaparcia się Chrystusa. Obietnice Apostoła - jak słowa rzucane na wiatr, w jego oczach widziane jako warowny zamek, okażą się budowlą na piasku, obróconą w proch.
Nasza realna kondycja człowieka wydać się może upokarzająca, ale Bóg, który dosłownie ma z nami „krzyż Pański”, zechciał dobrowolnie dzielić nasz los i przyjął nasze upokorzenie na siebie. Krzyżem „starty na proch” spoczął w otchłani śmierci, by przypieczętować klęskę szatana i odnowienie całego stworzenia, jak pisał we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo Joseph Ratzinger:
Prawdziwego lęku człowieka nie można opanować rozumem, może to sprawić tylko obecność kogoś kochającego. Istnieje opuszczenie, gdzie nic nie dociera, istnieje brama, przez którą tylko samotnie przejść możemy – to brama śmierci. Chrystus przeszedł przez bramę naszej ostatecznej samotności. Jezus przez swoją mękę i śmierć zstąpił w otchłań naszego opuszczenia. Tam, gdzie nie dosięga żaden głos, tam jest On – Jezus. Od tego czasu w śmierci jest życie, ponieważ w niej samej jest Miłość.
I nagle Wielkanocny Poranek – eksplozja życia i miłości: naprawdę jestem – cały jestem w Miłości, która nie ustaje (1 Kor 13). W Chrystusie stałem się dziedzicem nieskończoności.
Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.
Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne,
Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona,
Na próżno szarpie klamką
niewidzialnych drzwi.
Kto ile zdążył,
tego mu cofnąć nie może.
Wisława Szymborska, O śmierci bez przesady













