Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest […] czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich (Koh 3,1–2a.5b)
Patrząc z perspektywy nieba, zobaczymy, że Bóg wiele nadziei wiązał (i wiąże) z seksem. Każdego człowieka stworzył na swoje podobieństwo – czyli do miłości – a ciało, które jest znakiem osoby, tę miłość wyraża. Obecny w seksie zachwyt, pragnienie bliskości, okazania szacunku i sprawienia rozkoszy składają się na cielesny znak zjednoczenia duchowego. Jest on pierwszym duchowym wymiarem seksu, który „zarządza” przyjemnością i instynktem. Jednak z wzajemnego daru małżonków może począć się nowy człowiek – nieśmiertelna dusza. Ten drugi, metafizyczny wymiar seksu, nazywamy rodzicielskim. Pomiędzy tymi dwoma wymiarami aktu małżeńskiego mieszczą się wszystkie dylematy, o których chciałabym pisać.
Przy różnych okazjach słyszę lub czytam zapewnienia, że metody naturalnego planowania rodziny (NPR) są łatwe, miłe i przyjemne. Po prostu miód bez domieszki dziegciu. Tymczasem bywają takie okresy w życiu małżonków i takie sytuacje, gdy dziegciu aż nadto. Rozumiem motywację, którą kierują się zachęcający pary do stosowania metod naturalnych, jednak sposób, w jaki często to czynią, przynosi zwykle skutek odwrotny. Przyswojenie dość nieskomplikowanych zasad rozpoznawania kobiecej płodności i stosowanie ich w sytuacjach typowych, czyli statystycznie najczęstszych, nie jest trudne. Nie wymaga od nas (małżonków) także, jak sądzę, wiele. Zdarzają się jednak sytuacje nietypowe, które wymagają od nas więcej. Są wreszcie i sytuacje „niszowe” wymagające tak wiele, iż rozstrzygnięcie wyboru moralnego wprawia w konsternację nie tylko samych małżonków, ale także ich spowiedników, doradców w parafialnych poradniach rodzinnych oraz katolickich ginekologów.
Sztuka umiejętnego zrażania, czyli o mitomanii nauczycieli moralności
Wspomniana konsternacja jest tym większa, im częściej spotykamy wśród ludzi Kościoła postawy błędne, które oddalają od sedna problemu i pozostawiają małżonków bezradnymi, a nawet zrażonymi do Kościoła. Przyjrzyjmy się zatem podstawowym mitom, które należałoby zdemaskować.
Mit sielankowy: „Ależ nie ma problemu”. Jest to mit o stuprocentowej skuteczności NPR umożliwiającej małżeńskie akty w każdym okresie życia każdej kobiety. Kłopoty się zaczynają, gdy do poradni przychodzi małżeństwo „z problemem”. Jednym z pierwszych zadań (Matki) Kościoła byłoby pochylenie się z empatią właśnie nad tymi małżeństwami, które postawione są wobec różnego typu dylematów. Tymczasem w kwietniowym numerze, bardzo ciekawego skądinąd, opiniotwórczego kwartalnika dla kapłanów „Homo Dei” napotkałam tekst stanowiący według mnie kwintesencję nieufności i oskarżenia skierowanego wobec osób, które zamiast bez namysłu rzucić się w objęcia koncernów farmaceutycznych, postanowiły przyjść do duszpasterza i zapytać o radę. We wstępie artykułu przytaczane są prawdziwe pytania par, które znalazły się w „prokreacyjnych tarapatach”: troje nieplanowanych dzieci mimo stosowania NPR i lęk o utrzymanie kolejnych, nieregularność cykli. Problemy trudne i warte uwagi. Autorka odpowiada m.in.: „najprawdopodobniej żadna z cytowanych osób nie próbowała szukać pomocy w poradni rodzinnej, bo nic o tym nie wspominają” lub „lęk przed dzieckiem nie jest zachowaniem normalnym u osób idących drogą powołania do małżeństwa” 1 Autorka winą za wymienione sytuacje obarcza na wstępie samych małżonków, którzy się nie radzili lepiej obeznanych lub boją się poczęcia. Przyznaje, że w sytuacjach szczególnych cykle odbiegają od normy i „wymagają dodatkowej wiedzy”. Pisze także, że „w nowoczesnych metodach NPR nieregularność cykli w zasadzie nie ma znaczenia”, podczas gdy mój znajomy ginekolog, zaangażowany katolik i dyplomowany instruktor metody kontrolowania płodności, gdy dowiedział się, o czym piszę, poprosił: „Proszę napisać o dramacie kobiet z bardzo nieregularnym cyklem miesięcznym (pierwsza faza cyklu waha się od 7 do 60 dni), wieczne oczekiwanie na wzrost temperatury i bardzo subtelne i subiektywne zmiany objawu śluzu szyjkowego”. Boli mnie zatem postawa wszelakich „nauczycieli moralności”, którzy nie wsłuchując się w prawdziwe ludzkie dylematy, uciekając być może, mniej lub bardziej świadomie, od własnej nieumiejętności rozwiązania problemu, zakładają złe intencje lub zaniedbanie ze strony małżonków jako źródło danego problemu. Łatwiej zatem zaprzeczyć („O nie, to niemożliwe, na pewno coś robicie źle”), aniżeli przyznać, że NPR niekiedy bywają zawodne – po to, by na gruncie tej prawdy móc okazać zrozumienie i pomóc. Mimo wnikliwej lektury wspomnianego tekstu nie znalazłam słowa (jakże potrzebnego) przyznania, że stosowanie NPR rzeczywiście bywa czasem nieefektywne.
Artykuł ten może posłużyć jako reprezentatywny przykład opinii lekkoduchów z lekceważeniem patrzących na pary niemogące stosować NPR, które w ogóle lub przez bardzo długi czas nie mogą współżyć. Sytuacja taka dotyka kobiet w okresie karmienia, premenopauzy, po odstawieniu pigułek oraz mających zaburzenia hormonalne.
Trzeba jednak podkreślić, że omylność metod opartych na ludzkiej działalności i ocenie wynika po prostu z omylności samego człowieka. I choć w przypadku skrupulatnych obserwacji efektywność NPR wynosi 97–99%, zawsze pozostaje 3–1% błędu, na który narażeni są szczególnie małżonkowie decydujący się na współżycie pomimo nietypowej sytuacji, w której się znajdują.
Mit przykazanej wielodzietności. Nie jest prawdą, że „otwarcie na życie” oznacza bierność człowieka, zupełne niebaczenie na rytm płodności i otwarcie się na wolę Bożą, tak jakby tylko od niej miała zależeć liczba naszych dzieci. Niepokojące jest głoszenie takiej nauki przez niektóre katolickie środowiska. Papież Paweł VI tłumaczy, że dobry Bóg dał nam prawo do współdecydowania, czyli mamy nie niszczyć procesów płodnościowych (wówczas byłoby to samodecydowanie), lecz je respektować. Człowiek w swej roztropności bierze pod uwagę względy fizyczne, psychiczne, ekonomiczne i społeczne, by wybrać najlepszy czas dla dziecka i rodziny na jego poczęcie (Humanae vitae 10, 16). Namysł w tym duchu jest wręcz konieczny moralnie.
Mit „machnięcia ręką”, czyli litościwego liberalizmu w sytuacjach nietypowych: „nadrzędne względy rozwiązują pryncypium”. Z tą postawą coraz częściej możemy się spotkać zarówno wśród spowiedników, katolickich ginekologów, jak i samych małżonków. Pewien (wierzący) ginekolog zalecił antykoncepcję (także wierzącej) kobiecie, która miała bardzo poważne, obiektywne trudności z interpretacją cyklu po porodzie. Tłumaczył, iż nie chciał nałożyć „ciężaru nie do uniesienia”, jakim byłaby według pacjentki dwuletnia seksualna wstrzemięźliwość (ponieważ poczęcie odradzono z przyczyn medycznych). Inny, w sumie zabawny wypadek. Znajomy udał się w Niemczech po duchową poradę do polskiego księdza, z którym podzielił się m.in. trudnościami w sprostaniu wymogom NPR (żona karmiąca, długa wstrzemięźliwość). Kapłan życzliwie wspomógł zacofanego penitenta informacją, iż są dostępne w aptece „pewne leki”, które problem rozwiążą. Mąż ów, oburzony, zacytował duchowemu przewodnikowi odpowiednie fragmenty z Humanae vitae i Familiaris consortio i zapytał o stan jego kapłańskiego powołania. Mit ten głosi, że konkretna, wyjątkowa sytuacja i szczególne okoliczności łagodzące, usprawiedliwiają zastosowanie antykoncepcji jako środka zapobiegającego poczęciu.
Skoro fałszywa okazuje się teza, że NPR jest niezawodne, tylko my nie umiemy się tego dobrze nauczyć i każde małżeństwo może napotkać sytuację, która wykluczy stosowanie NPR, skoro należy odsunąć poczęcie z ważnych powodów, wreszcie skoro furtka liberalizmu także nie powinna zostać uchylona, to co nam pozostaje? Czy to możliwe, że Bóg od nas, zwyczajnych chrześcijan, oczekuje niekiedy heroizmu długotrwałej lub zupełnej wstrzemięźliwości?
Polecamy
Metody naturalne - tylko dla orłów?
Małgorzata WałejkoPrzy różnych okazjach słyszę lub czytam zapewnienia, że metody naturalnego planowania rodziny (NPR) są łatwe, miłe i przyjemne. Po prostu miód bez domieszki dziegciu. Tymczasem bywają takie okresy w życiu małżonków i takie sytuacje, gdy dziegciu aż nadto. Czy to możliwe, że Bóg od nas, zwyczajnych chrześcijan, oczekuje niekiedy heroizmu długotrwałej lub zupełnej wstrzemięźliwości?
« powrót
55 komentarzy
-
2012-01-05
Marek77
horizm vs wieczne potępienie
Heroizm to zdolność dobrowolnego poświęcania sibie dla wyższych spraw czerpiąc przy tym z zasobów... » -
2012-01-05
Marek77
Re: Re: Re: Chrześcijaństwo wymaga heroizmu
Szkoda, że nikt z przeciwników antykoncepcji nie odpowiedział na powyższy komentarz... » -
2012-01-05
Marek77
Re: Re: Chrześcijaństwo wymaga heroizmu
Pisze Ojciec, że "heroizm to ogromna dojrzałość, ale jej się nie da wymusić, zadeklarować". Ale... »

















