Polecamy
Dzieje Abrahama Wyrwikufla (cz. II)
JAN GRZEGORCZYKNie mogę się nadziwić historii Magdy i Marcina. Gdybym nie zobaczył ich oboje z bliska, nie zobaczył całej ich rodziny, gdybym „nie dotknął”, pewnie bym nie uwierzył, że to w ogóle możliwe.
Propozycja nie do odrzucenia
– W 1996 roku wybrałeś się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, podziękować za dziesięć lat trzeźwości. Jednak po przejściu prawie dwustu kilometrów zostałeś z niej zawrócony przez lekarza.
– Bóg wiedział, co robi – śmieje się Marcin. – Może bym prosił o rzeczy, które nie byłyby dla mnie najlepsze, a On by nie potrafił odmówić. Wkrótce po moim powrocie ksiądz Mateusz zaprosił nas do Miałek, gdzie był kapelanem w Domu Dziecka. To było w lipcu 96 roku. Pamiętam, że zajadaliśmy się czereśniami. Po mszy stoimy sobie z księdzem i nagle on pokazuje nam trójkę dzieci. Jedno było w wózku. Zostali siłą zabrani od rodziców alkoholików. „Może byście je wzięli na parę dni?”.
Czytaj: Dzieje Abrahama Wyrwikufla (cz. I)
– Ja się nie odezwałam – dopowiada Magda, uśmiechając się na wspomnienie swojej reakcji.
– Przyjechały do nas w lipcu czy w sierpniu. Kiedy je po trzech dniach pobytu u nas odwoziłem, mówiłem: „Boże, dziękuję ci, że nie mamy tych dzieciaków, bo bym nie wytrzymał”. Tak mówiłem, a jednak zaczęły do nas przyjeżdżać. Basia miała 10 lat, Milenka sześć, a Andrzejek trzy. Początki były bardzo mizerne, bo dom nie był przygotowany na przyjęcie dzieci. Potem wyznaczyliśmy dla nich specjalne miejsca, szafeczki itd. Zorganizowaliśmy zabawki. Zbudowaliśmy dla nich piaskownicę.
Po pewnym czasie przeżyliśmy wielki smutek i niepokój. Mój pierworodny syn Maciej odszedł z domu. Nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje. To był skutek tego, że nie miał we mnie ojca. A także bunt wobec tego, że przyjęliśmy obce dzieci. Kiedy słyszał, że mówiły do nas „mama”, „tata”, to szedł za dom i płakał. Aż pewnego razu wyszedł z domu i zniknął na półtora roku. Szukaliśmy go przez organizację zagubionych Itaka. Poczucie bezsilności zabijało Magdę. Szukaliśmy go daremnie. Pojechaliśmy ze wspólnotą neokatechumenalną do Paryża na Światowe Dni Młodzieży, na spotkanie z Janem Pawłem II. Rok wcześniej dołączyłem do wspólnoty. Na Drodze neokatechumenalnej objawił mi się Jezus Chrystus.
Na tej pielgrzymce chcieliśmy wymodlić powrót syna.
We Francji usłyszałem słowo, które mnie otworzyło. „Nie to, co wchodzi do człowieka go niszczy, ale to, co ma w sercu”. Trafiło mnie w sam splot słoneczny. To było bezwzględnie do mnie. Popłakałem się. Cały czas sobie tłumaczyłem, że byłem świnią z powodu alkoholizmu. A to nieprawda. Jakieś zło tkwiło w moim sercu.
« powrót
2 komentarze
-
2009-12-18
Beata
Poruszające i głębokie
Poruszające i głebokie świadectwo Bożego prowadzenia i podddania się temu prowadzeniu. Świadectwo... » -
2009-12-15
Marek
Ocena:



Życie...
Czytam i kręce głową. Historia która wielu nam powina otworzyć oczy na życie. Każdy z nas ma... »















