Polecamy
Dzieje Abrahama Wyrwikufla (cz. II)
JAN GRZEGORCZYKSara
– Do Paryża jechałam załamana w dwójnasób – wspomina Magda – po pierwsze z powodu syna, a po drugie, dlatego że po dwudziestu latach zaszłam w ciążę i poroniłam. A potem we Francji nie mogłam dostać okresu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Miałam już 45 lat i wydawało mi się, że zaczyna mi się klimakterium. Gdybym wiedziała, że znów jestem w ciąży, to bym w ogóle w te upały nie pojechała.
W Paryżu dwie kobiety w moim wieku powiedziały, że są w ciąży. Zaskoczyło mnie to, tym bardziej byłam smutna z powodu mojego poronienia i oznak klimakterium. Pewnego dnia poszłam pod prysznic z naszą katechistką. Zwierzyłam się jej ze swoich problemów, a ona stwierdziła tylko: „Jesteś w ciąży” i poszła dalej. Kiedy powiedziałam o tym Marcinowi, płakał z radości.
– To była łaska – mówi Marcin. – Może Bóg spojrzał na mnie, choć nie doszedłem do Częstochowy? Ja moich dzieci nie pamiętam, jak były małe. Ojcostwo wydawało mi się wtedy karą. Wiele lat byliśmy z żoną oddaleni, ale dzięki pobytowi we wspólnocie odnaleźliśmy się na nowo. I to zbliżenie psychiczne zostało ukoronowane ciążą. Przyjechaliśmy z Paryża, cieszyliśmy się jak dzieci.
W domu zastaliśmy syna. Odmienionego, z fioletowymi włosami. Wrócił, choć nie na długo.
– Na drugi dzień pobiegłam do lekarza. Właśnie z Maciejem. Lekarz rzekł obruszony, że mam sobie wybić z głowy dziecko. „Jaka ciąża? Chyba urojona”. Lecz gdy zaczął mnie badać, nagle zmienił całkowicie głos: „O Jezu, rzeczywiście serduszko bije”. Wychodzę od lekarza, syn czeka w poczekalni. Wyglądało tak, jakbym miała takiego młodego faceta. Widziałam zgorszone twarze, więc mówię: „Maciej, będziesz miał braciszka!”.
– A ja zacząłem Pana Boga wystawiać na próbę i codziennie się modliłem: „Panie Boże, wszystko jedno, byle była zdrowa dziewczynka” – śmieje się Marcin.
– Kiedy byłam w szóstym miesiącu ciąży, Marcin miał wypadek, kiedy wracał samochodem ze spotkania neokatechumenatu, i znalazł się cały w gipsie. Po dwóch dniach samochód wjechał na pasach w moją mamę. W efekcie dwie ręce złamane i gips. Wszystko było na mojej głowie. Nie wiem, skąd brałam siły. Lekarka powiedziała tylko: „Albo się pani położy, albo ja nie biorę za panią odpowiedzialności”.
– W marcu 1998 żona rodziła Joasię. W klinice ze szczęścia zwariowałem.
– Tak – śmieje się Magda – poleciał na grupę AA i mówi: „Urodziliśmy!”. Piotr go pyta: „A Magda też przy tym była?”.
Trojaczki
– W kwietniu dowiedzieliśmy się, że dzieci w Miałkach będą rozdzielone, że była rozprawa, bo ojciec umarł, a matka się nie leczy i sama się zrzekła praw rodzicielskich. Młodsza dwójka będzie wzięta do jednej rodziny, a Basia zostanie w Domu Dziecka. Jej nie chcieli, bo według nich była za stara. Dodatkowo zażądali, że więzi mają być zerwane i dzieci nie mogą się nigdy o sobie dowiedzieć…
Siostra powiedziała nam, że dostajemy dzieci ostatni raz. Kiedy pakowałam ich rzeczy przed odjazdem, czułam, jakby miały umrzeć.
W Domu Dziecka te dzieciaki prawie się nie widywały, bo należały do innych grup. Basia zachorowała na zapalenie płuc i kiedy przyszła ze szpitala, odwołała swoją zgodę na rozdzielenie. Ale znalazł się ktoś nowy, kto chciał wziąć całą trójkę.
Siostra pytała, czy byśmy ich nie wzięli na długi weekend. Trzeciego maja.
– Rocznica naszego poznania – kiwa głową Marcin.
– W niedzielę byliśmy w kościele. Andrzejek miał trzy latka, lecz w ogóle nie mówił. Trzymałam go na kolanach. A on całą mszę patrzył mi w oczy. I słyszałam w uszach: „Chciałaś mieć dużo dzieci, to proszę”. W głowie mi się kotłowało. We wspólnocie rozmawialiśmy akurat o Abrahamie, który uwierzył wbrew nadziei. Na starość dowiedział się, że będzie ojcem potomstwa licznego jak gwiazdy na niebie. Byłam zbulwersowana tym tematem. Jak Pan Bóg mógł żądać takich rzeczy od niego. Jaką trzeba mieć w sobie odwagę albo wiarę, żeby pójść w jego sytuacji za głosem Pana Boga?
Opanowała mnie myśl, żeby zabrać te dzieci. „Boże, jestem gotowa, ale ten mój wariat na pewno się nie zgodzi”. Błogosławił zawsze chwilę, kiedy je odwoził do Miałek.
Marcin potakuje.
– I ja miałem pragnienie zabrania tych dzieci, ale bałem się powiedzieć to żonie – mówi. – Kiedy siostra przyjechała po dzieci, bo zepsuł się nam samochód, Magda wywołała mnie z pokoju. „Marcin, ja jestem gotowa wziąć te dzieci” – powiedziała. „Madziu, ja też”.
Pan Bóg właśnie tak działa. Dał nam słowo o Abrahamie, a my odpowiedzieliśmy na nie. „Siostro, te dzieci nigdzie nie pójdą” – oznajmiliśmy. Pamiętam, że rzuciły się nam na szyje, przyrzekając, że nie będą robić kłopotu.
Oczywiście, dzieci nie mogły przyjść do nas od razu. Zaczęliśmy załatwiać formalności.
« powrót
2 komentarze
-
2009-12-18
Beata
Poruszające i głębokie
Poruszające i głebokie świadectwo Bożego prowadzenia i podddania się temu prowadzeniu. Świadectwo... » -
2009-12-15
Marek
Ocena:



Życie...
Czytam i kręce głową. Historia która wielu nam powina otworzyć oczy na życie. Każdy z nas ma... »

















