Menu
 
Fotoreportaże
 
 

Jeśli chcesz otrzymywać newsletter z informacjami o nowościach kliknij przycisk:
kontynuuj Kontynuuj

Rozmiar czcionki: A A A

Polecamy

07.12.2009 18:39

Dzieje Abrahama Wyrwikufla (cz. II)

JAN GRZEGORCZYK



Schody

– Jest rzeczą niesamowitą, że zdecydowaliście się przyjąć te dzieci tuż po – można by powiedzieć – cudownym urodzeniu Joasi. Mieliście radości jakby pod dostatkiem…

– Prawda jest taka, że gdyby nie było tych dzieci, pewnie nie byłoby też Joasi. Kiedy przywoziliśmy je na weekendy, różne rzeczy chodziły nam po głowach. „Gdyby człowiek jeszcze raz był młody, miałabym dzieci”. A to, że urodziła się Joasia, może z kolei otworzyło nas na nie… One wzajemnie siebie zrodziły.

Był jeszcze problem naszych rodzonych dzieci. Dwóch synów. Maciej był poza domem. Problem był z Tadziem. Miał wówczas osiemnaście lat. Rano, kiedy mieliśmy jechać po dzieci do Miałek, zeszłam do niego i widzę, że płacze. „Tadziu, co się dzieje?”. „Mamo, ja sobie nie wyobrażam, żebyś ty oprócz nas miała inne dzieci”. Przytuliłam go i mówię: „Pamiętaj, one nigdy nie będą tak kochane jak wy”. I wtedy jakby mu kamień olbrzymi spadł z serca. A ja całą drogę płakałam.

– To był pierwszy sierpnia. Przywieźliśmy dzieci po wakacjach zawszone i z świerzbem. Magda przez miesiąc musiała wybierać im gnidy i smarować maściami. Wszystko w naszym domu zostało zburzone, ale byliśmy zadowoleni.

Szybko jednak pojawiły się problemy. Choć dzieci przyjeżdżały do nas od dwóch lat, w ogóle nie mieliśmy świadomości, że będzie to takie trudne.

Najstarsza Basia miała już dwanaście lat, zaczęła tak wszystkimi manipulować i dyrygować, że Magda nie wiedziała, co robić. Zaczęła wysiadać psychicznie. Dzieci myślały, że to Basia je uratowała.

Dzieci przeszły w domu rodzinnym ogromny krzyż, łącznie z molestowaniem. Zdarzało się, że były w nocy wywożone do lasu i zostawiane tam. Andrzejek kiedyś do mnie mówi: „Tata, czy mógłbyś zamurować te okna?”. Chciał być w zamurowanym pomieszczeniu z żarówką, by mieć pewność, że nikt go nie wywiezie.

W czasie rozmowy oglądam albumy ze zdjęciami. Mnóstwo zdjęć z wakacji. Cała rodzina w komplecie. Piękne są szczególnie te nad brzegiem morza. Krzysztof, Joasia, Basia, Tadziu, Milenka, Andrzejek i jeszcze jakichś dwoje dzieci. I oczywiście Marcin z Magdą. Idylla, szczęcie, radość. Niezwykłe jest też zdjęcie, na którym Jan Paweł II, zamyślony, lecz pogodny, trzyma rękę na głowie Milenki. Była u niego z dziećmi z Miałek, jeszcze zanim trafiła do domu Marcina i Magdy. To zdjęcie wciąga, jak zapowiedź tajemnicy. Jakby Papież tą ręką wysłuchał wszystkiego. Bo często wysłuchać znaczy dotknąć.

Najpierw kwiatek i piesek

– Staraliśmy się postępować jak najlepiej, ale nie rozumieliśmy, że u tych dzieci wszystko jest odwrotnie – mówi Magda. – Jeżeli masz rybki w akwarium w czystej wodzie i wsadzisz w błoto, będą zdychać… Tak samo jest, gdy z błota przeniesiesz je do czystej wody. Kiedy Marcin próbował je przytulać, to im się to brzydziło, bo oni mieli inne skojarzenia. Dotyk kojarzył się jedynie z biciem albo molestowaniem.

Trafiliśmy do Stowarzyszenia Rodzin Zastępczych i dopiero tam zaczęli nam mówić, co mamy robić. Siostra żadnych instrukcji nam nie przekazała. Wszędzie za nas jedynie gwarantowała. A my nie mieliśmy żadnej wiedzy. Ja jestem matematyczką z wykształcenia. W życiu nie myślałam, że mogę obce dzieci chować. My, którzy sami w jakimś sensie tworzyliśmy rodzinę patologiczną, wzięliśmy dzieci z rodziny patologicznej.

– Podobno człowiek wychodzący z uzależnienia powinien najpierw się sprawdzić przez rok, pielęgnując kwiatek. Jeśli temu podoła, może sobie kupić psa albo kota. Potem może spróbować zająć się drugim człowiekiem. Nie przeszliście tej drogi…

– Ty mylisz pojęcia, to nie była nasza decyzja! – wybucha Marcin. – To była decyzja Boga.

– Ważne w tym wszystkim jest to, że Bóg, dając nam dzieci na wychowanie, dał nam też pomoc w postaci ludzi, którzy pozwolili przetrwać i zrozumieć, co w tych dzieciach się dzieje. I co się dzieje w nas – dodaje Magda.

– Choć przez pierwsze trzy, cztery lata byliśmy zdani na samych siebie – wtrąca Marcin.

– Tak, początki łatwe nie były. Psychologowie, którzy potem zaangażowali się w naszą rodzinę, tłumaczyli nam, że te wszystkie dramaty nie są ani naszą, ani ich winą. Każde z tych dzieci, jeśli nie przerobi swojego odrzucenia, nie będzie nigdy w stanie przyjąć naszej miłości.

Tak naprawdę całe to nasze życie prowadzi Pan Bóg, On wybiera te popsute ogniwka. Nawet gdybym ja była psychologiem, a Marcin profesorem, to działając po ludzku, już byśmy dawno to spieprzyli. Połowa dzieci zabranych z Domów Dziecka do rodzin wraca tam, skąd przyszła. Ludzie się poddają. Na wiele rzeczy nie ma odpowiedzi. Pan Bóg ma swoją logikę.


« powrót
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8

Skomentuj Poleć znajomemu Drukuj



Zapamiętaj mnie na tym komputerze


Aby dodawać komentarz, musisz się zalogować.
Jeśli nie posiadasz konta, zarejestruj się.

Właściciel serwisu dominikanie.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Internautów na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do usuwania treści zabronionych prawnie, obraźliwych, nie związanych z tematem lub naruszających zasady współżycia społecznego.

2 komentarze

  • 2009-12-18
    Beata

    Poruszające i głębokie
    Poruszające i głebokie świadectwo Bożego prowadzenia i podddania się temu prowadzeniu. Świadectwo... »
  • 2009-12-15
    Marek

    Ocena:
    Życie...
    Czytam i kręce głową. Historia która wielu nam powina otworzyć oczy na życie. Każdy z nas ma... »

Blok wschodni
Wojciech Surówka OP

Ofiarowanie »
08.02.2012

Strefa Wodza
Tomasz Nowak OP

Matka Boża z Kibeho »
07.02.2012

„Abandon”
Małgorzata Wałejko

Może tylko pragnienie »
05.02.2012


 
Przeczytały reportaż - teraz pomagają
Dzięki reportażowi zamieszczonemu w miesięczniku &... »
 
komentarzy: 1
ocena:
ACTA
Jakoś tak zazwyczaj jest, że kiedy wszyscy idą w j... »
 
komentarzy: 10
ocena:
Na chłopski rozum rzecz biorąc
Mniej martwiłbym się o wierzących i niepraktykując... »
 
komentarzy: 7