„W drodze”
Dlaczego w Kościele nudzą?
Przyszło nam do głowy, by sprawdzić jakim językiem Kościół zwraca się do swoich wiernych. Uświadomiliśmy sobie, jak wiele jest grzechów i zaniedbań w tej dziedzinie. Ich efektem jest nuda, którą wieje zarówno ze słowa mówionego podczas kazań i rekolekcji, jak i ze słowa drukowanego w podręcznikach do katechezy czy w listach episkopatu.
Amerykańskie podręczniki mówią, że kazanie nie powinno trwać dłużej niż 12 minut, jeżeli ksiądz nie chce, by jego słuchaczy spotkał los nowotestamentowego Eutycha, który – znudzony przedłużającą się mową św. Pawła – zasnął na jego kazaniu i spadł z trzeciego piętra, zabijając się na miejscu (Dz, 20). Na szczęście święty przywrócił go do życia. „Nieszczęśliwy ten przypadek powinien być ostrzeżeniem dla niektórych naszych kaznodziejów, którzy przed wygłoszeniem na pewno mniej fascynującego kazania powinni uważnie przeczytać Łukaszowe opowiadanie i wyciągnąć z niego praktyczną naukę. Zwłaszcza że nikt spośród nich nie potrafi łby w razie nieszczęśliwego wypadku wskrzesić młodzieńca” – pisze Roman Brandstaetter w swoim Kręgu biblijnym.
Czy naprawdę jest aż tak źle
„Wychodzę z kościoła udręczony”. Takie słowa zanotował po niedzielnej mszy świętej Daniel Rops, dwudziestowieczny katolicki pisarz i myśliciel. Udręka Ropsa brała się stąd, że kaznodzieja postanowił przeciwstawić „dzieci światłości’ – to znaczy tych, którzy przyszli na mszę – „synom ciemności”. „To znaczy – notuje pisarz – jeśli dobrze zrozumiałem – reszcie ludzkości”. Czy to było złe zestawienie? Nie. Kaznodzieja mówił dobrze, ale nie dobrał tematu pod kątem osób, które znalazły się w kościele. Sam mógłbym podobnie napisać o kazaniu, którego wysłuchałem w swojej parafii i w pierwszą niedzielę maja. Przyjechał do nas zacny misjonarz z Białorusi. Niewątpliwie wiele przeszedł i miał do opowiedzenia całą masę niesamowitych przygód. Domyśliłem się tego wszystkiego już w momencie, w którym ksiądz – krępy, przysadzisty, dobrze po pięćdziesiątce – zamaszystym ruchem zdjął z nadgarstka zegarek i położył przed sobą. Następnie rozstawił szeroko nogi, oparł się wygodnie o kamienną ambonkę i – znalazłszy w ten sposób pewny punkt oparcia – jął przez 55 minut opowiadać o tym, co zdarza mu się podczas pracy na misjach. Był to ciąg zupełnie niepowiązanych z sobą anegdot, naszpikowanych obco brzmiącymi nazwami miejscowości i historiami zupełnie nieznanych nam ludzi, które niczego nie wnosiły do mojego przejęcia się Ewangelią. Przemieszane to było z ogólnie dostępną wiedzą o Białorusi i przaśnymi, a starymi kawałami. Na koniec zwrócił się z prośbą o pomoc finansową, a ja widziałem na twarzach moich współbraci to samo, co przyszło wtedy do głowy i mnie: „ Oczywiście, że wspomogę! Zrobię wszystko, byleby ksiądz przestał gadać!”. Ach, prawda – kazanie owo wygłaszane było podczas mszy dla dzieci. Można sobie wyobrazić, ile z niego zrozumiały kilkuletnie brzdące.
Takich historii można by przytaczać więcej. Każdy słyszał równie długie, nudne homilie. A jeśli nie słyszał ich sam, to ktoś mu o nich opowiadał. Czy to znaczy, że kazania głoszone w Polsce są do niczego? Czy od świętego Pawła do dziś nic się nie zmieniło? Raczej nie. W Polsce księża mówią, co prawda, coraz lepsze homilie. Zdarzają się kapłani przykuwający uwagę słuchaczy każdym słowem. Mówiący smacznie, z wyczuciem – i wcale niekrótko. Takim księdzem jest np. Piotr Pawlukiewicz, którego homilie krążą w Internecie. Ale polski kaznodzieja popełnia też grzechy. I to grzechy ciężkie!
Grzech pierwszy: kazanie sobie, życie (księdza) sobie
Ilu jest kaznodziejów w Polsce? Tylu, ilu księży w parafiach. Do tego trzeba jeszcze doliczyć przyjezdnych misjonarzy, rekolekcjonistów z zagranicy, diakonów głoszących niedzielne kazania… Liczba robi się spora. A tymczasem szkoła dla głoszących słowo Boże jest tylko jedna: Krakowska Szkoła Kaznodziejów. Oczywiście – w każdym seminarium duchownym jest katedra homiletyki, wchodząca najczęściej w skład katedry teologii. Homiletyki, czyli „sztuki układania kazań”. Ale to nie wystarcza. Młodzi księża wychodzą z seminariów z solidną teoretyczną wiedzą na temat głoszenia słowa Bożego. Ale z praktyką bywa ciężko. – Jeśli miałbym wymieniać grzechy polskich kaznodziejów, to jednym z głównych byłoby nieprzystawanie tego, co się głosi z ambony, do tego, jak się żyje – mówi ks. prof. Wiesław Przyczyna, kierownik studiów dla kaznodziejów w Krakowskiej Szkole Kaznodziejów. – Jest taka zasada wywodząca się od świętego Augustyna: „Karmię was tym, czym sam żyję”. Jeśli ksiądz żyje internetowymi wiadomościami, serialami w telewizji i kolorowymi pismami, to czym może karmić swoich słuchaczy? Sprawa ma jeszcze inny aspekt: księża nie pogłębiają swego życia duchowego. Żyją tym, co przyniesie net. Nie wszyscy księża, nawet nie większość. Ale wielu. Więc byle co konsumując, byle co „sprzedają” na ambonach. Jest jeszcze głębszy problem. Jeśli ksiądz głosi, że trzeba być trzeźwym, a sam jest nieleczącym się alkoholikiem (o czym oczywiście cała parafia wie), albo jeśli namawia do Bożego życia z jedną żoną, a tymczasem sam ma kobietę gdzieś na wsi… Fałsz głoszonych nauk, rozdźwięk między słowem wygłaszanym z ambony i życiem jest wtedy nadto widoczny. Tak było na przykład w pewnej niedużej parafii w środkowej Polsce, skąd na przełomie lat 80. i 90. odeszło dwóch księży. Jeden wikariusz zrzucił sutannę, założył rodzinę i został taksówkarzem. Jeździł po tym samym mieście, w którym nauczał, woził swoich niegdysiejszych parafian, a na pogardliwe „księżulu – do knajpy, ale migiem!” – z czasem przestał reagować. Drugi kapłan zrzucił sutannę też dla kobiety. Ma prywatny biznes w tym samym mieście, w którym głosił kiedyś natchnione kazania. W efekcie wielu ludzi przestało chodzić do spowiedzi. Ci, którzy chodzą, mają wątpliwości. Klasyczne zgorszenie, nieprzystawalność życia do głoszonych kazań, aż nadto jaskrawa.
Grzech drugi: kazanie sobie, życie (wiernych) sobie
Mała górska parafia. Trafiam do kościoła wypełnionego po brzegi góralami. Ci ludzie mają swoje spokojne, powolne życie: orzą, sieją, zbierają, hodują krowy albo wypasają owce. Tymczasem na ambonce staje młody ksiądz, na oko niedługo po święceniach. I opowiada o zagrożeniach wielkiego współczesnego świata na przykładzie wielkiego miasta: o nocnych klubach z hazardem, narkotykach itp. Mówi niedługo, mądrze. Ale – widzę – ludzie słuchają z grzeczności. Po wyjściu z kościołka słyszę, jak jeden góral mówi do drugiego: „dużo godoł, ale nic nie pedzioł”. Nie ich życie, nie ich problemy. – Ten grzech – grzech nieprzystawalności głoszonego słowa do życia parafian – zachodzi wtedy, gdy ludzie nie otrzymują podczas kazania odpowiedzi na problemy, które ich nurtują. Odpowiedzi inspirowanych oczywiście Pismem Świętym i nauką Kościoła – podkreśla ks. Przyczyna. W ten sposób zgrzeszył także „mój” misjonarz z Białorusi. Mówił tak, jakby mówił do całego wszechświata. A zatem nie trafi ł do nikogo. Mówić do konkretnego człowieka. Świetnie rozumieli to jezuici. Już w XVII i XVIII wieku tworzyli coś w rodzaju bazy danych, zawierających przykłady kaznodziejskie. Ważne było, aby te przykłady ściśle dotyczyły życia tych, do których przemawiali. A więc w budzące grozę egzempla wplatali nazwiska donatorow klasztornych (tych zazwyczaj spotykało pasmo pośmiertnych nagród) na równi ze szkodnikami, pustymi kobietami, złodziejami wymienianymi z nazwiska (ci z kolei zasługiwali na wymyślne męki). Im osoba była bardziej znana w Polsce, tym lepiej dla kaznodziei, który posługiwał się nią jako złym lub dobrym przykładem. Zawsze jednak obudowując ów przykład wiarygodną historią: jak to któryś parafianin widział taką zbłąkaną duszę, co mówiła, jak wyglądała. Szło przecież o uwiarygodnienie przykładu wykorzystanego w kazaniu.
Całość artykułu Jacka Kowalskiego Siedem grzechów głównych można przeczytać w najnowszym, czerwcowym numerze miesięcznika "W drodze"
« powrót
1 komentarz
-
2009-06-07
umęczony słuchaniem
Białostoccy księża mówią kazania kompletnie bez przygotowania, co skutkuje niezliczoną ilością błędó...
Białostoccy księża mówią kazania kompletnie bez przygotowania, co skutkuje niezliczoną ilością... »












