„W drodze”
Nie zmarnować podróży
Latem wiele osób opuszcza swoje domy i rusza w podróż. Nieraz celem wyjazdu jest zdystansowanie się od codzienności, spędzenie czasu, gdy nie trzeba się nigdzie spieszyć, gdy można się wyspać i poleniuchować. Im więcej jest wówczas chwil beztroskiej radości – tym lepiej. A to, czy spędza się wakacje w najmodniejszym i najdroższym kurorcie, czy też w zagubionej wśród lasów wiosce, ma drugorzędne znaczenie.
Nocny lot do Izraela był przepiękny. Widoki, jakich jeszcze nie widziałem: ciemne włoskie ziemie i migoczące greckie wyspy. Cudowne! Wszystkie nadmorskie miasta i wioski, mieniąc się, zarysowują granice lądów. Kawałek dalej potężna nieokiełznana burza z piorunami atakująca cywilizację. Szczęśliwie nad nami sklepienie z wiecznymi gwiazdami, wschód księżyca… miałem myśli filozoficzne, przyznaję się. Przy tym wszystkim cieszyłem się jak dziecko. W końcu dolecieliśmy do wybrzeży Izraela. Najpierw widać tylko blask, niebywały blask. Cała, ziemio, promieniałaś! Nikt nie oszczędza elektryczności, wszystkie autostrady są oświetlone.
Drogę do Jerozolimy przespałem. Na dzwonek furty czekał już francuski dominikanin, który specjalnie na tę okoliczność nauczył się mówić: „Dzyń dybry!”, i powtórzył je przez domofon pięć razy.
16 lipca 2006 – niedziela
Nie ma się co oszukiwać, że to Miasto Pokoju. W „Wiadomościach” pokazują je bardzo brutalnie, wspominają tylko o porwaniach, zamachach i bombach. To margines życia, ciągle obecny. Kilkadziesiąt kilometrów na północ trwa izraelska ofensywa, naloty na Bejrut, giną ludzie, latają ślepe rakiety Hezbollahów. Przyzwyczajam się do życia w kraju wojny… nie mogę w to uwierzyć.
Duchowe doświadczenie tego miasta jest przedziwne. W Bazylice Grobu Pańskiego oniemiałem, odebrało mi mowę i myśli, wiedzę i wspomnienia. Nie przyszedłem do tej ziemi piechotą, nie pielgrzymowałem prawdziwie. Odczuwam wielki brak z tego powodu, bo nie miałem czasu się przygotować. A jednak gdzieś głęboko jest we mnie pewność, że już długo zmierzałem do tego celu, to chroni ciszę.
Trudno mi się modlić. To Miasto, te ulice, te kamienie. Pismo Święte stało się zbyt dosłowne. Wszystko przecież stało się gdzieś za rogiem, byłem tam dzisiaj, w tym miejscu chodził ON i apostołowie, modlili się Tutaj. Nie umiem tego ogarnąć. Czy to spowszednieje?!
Arabowie są cierpliwi i wytrzymali na upokorzenia. Muzułmanie noszą w sobie pewną szlachetność, dumę wynikająca z mieszkania w Świętym Mieście Al-Quds. Wspaniale świętują. Prawie codziennie w dzielnicy arabskiej (w której jest nasz klasztor) są wesela, a co to za wesele bez fajerwerków! Do wybuchów też trzeba się przyzwyczaić. Pomimo to wiadomości z dnia są szokujące: kilkaset metrów od klasztoru znaleziono 5 kg trotylu, w jednej z bram Starego Miasta rozbrajali człowieka z granatem. Wczoraj przed nosem zamknęli nam ulicę, ponieważ leżał bezpański plecak. Chwilę później przyjechali saperzy i ich amerykańskie roboty…
Nikomu o tych bombach nie opowiadajcie, proszę. Rodzice i tak się
martwią. Pan Bóg nas chroni w zagłębieniu swych dłoni.
17 lipca 2006 – poniedziałek
W Bazylice Pustego Grobu natrafiłem na pielgrzymów ubranych w kolorowe sari. Ich modlitwy były zapisane literami arabskimi. Wszyscy zdjęli nie mniej kolorowe buty (klapki) przed wejściem do Grobu. Taki prosty gest, a tak wymowny. Chyba nawet nie byli chrześcijanami. Czuć paruzję – taki dziwny zapach.
18 lipca 2006 – wtorek
O godzinie 18 w Bazylice Grobu odprawiana jest ostatnia katolicka msza. Kiedy przyszedłem, nieszpory franciszkanów już się kończyły, a nieszpory Ormian właśnie się rozpoczęły. Liturgia trwa nieustannie, a czasem wręcz równolegle. Wszystkie grupy pielgrzymów celebrują tutaj Eucharystię z Niedzieli Zmartwychwstania. Dziś msza była po węgiersku. W sumie było chyba z pięć kazań, każde kolejne wygłoszone z większym entuzjazmem. To dopiero są przeżycia z Centrum Świata, nieprawdaż?!
Dobrze, że nie jestem pierwszym, który zmaga się z pielgrzymowaniem do tej ziemi. Na dachu naszego klasztoru École Biblique czytałem dziś o świętych starożytności, którzy modlili się w tych samych miejscach, kontemplowali tajemnice kamieni, patrzyli na to samo niebo… Niebo.
Brak mi już słów. Dlatego nie opowiem, jak smakuje wielbłąd.
19 lipca 2006 – środa
To jednak nie był wielbłąd. Dałem się nabrać.
Jest tutaj więcej świątyń niż w Krakowie. A jednak jest to możliwe! Naprzeciwko naszego klasztoru są dwie: katolickiego kościoła syryjskiego oraz meczet. Czasem się zdarza, że muezin wzywa na modlitwy, dzwony biją w kościołach, a pomiędzy maszerują ortodoksyjni Żydzi. Jeśli po kimś nie widać, jakiej religii jest wyznawcą, to znaczy, że najpewniej nie jest stąd.
Ciągle powraca pytanie, jak się modlić, kiedy przecież tutejsze skały słyszały śpiew Boga. To mnie przerasta. Jak mamy czelność w ogóle śpiewać?!
20 lipca 2006 – czwartek
W klasztorze mieszkają sami naukowcy. Ogromna biblioteka, studenci, atmosfera podniosła, jak przystało na środowisko z wieloma tytułami. Jeden z tutejszych domowników śmiał się, że powoli zaczyna brakować tematów do badań biblijnych, więc sugeruje np. taki: „Dlaczego Morze
Martwe jest martwe?”.
Wieczorem kolejne spotkanie z Golgotą i ze Zmartwychwstaniem. Pełen spokój. Grecka świeczka, wschodni ukłon, pocałunek zwykły. Naucz mnie, Panie, pokutować!
Całość artykułu Stanisława Nowaka OP „Jak rodzi się miłość w miejscu, w którym umarła” można przeczytać w najnowszym, lipcowym numerze miesięcznika „W drodze”.
« powrót
2 komentarze
-
2009-06-26
sia
wciągający...
takie reportaże, refleksje, piękny i żywy język. więcej więcej, może i nawet książkę z tego by... » -
2009-06-22
wika
świetny tekst! klimatyczny, zachęcający......
świetny tekst! klimatyczny, zachęcający... »













