„W drodze”
Fragment Dobrej czytanki wg świętego zioma Janka
1. A kiedy Master dostał cynk, że faryzeusze skapnęli się, że ma coraz więcej uczniów i chrzci więcej niż Jan, 2. chociaż w sumie to nie Jezus zanurzał w wodzie, tylko jego ekipa, 3. wyszedł z Judei i wrócił do Galilei. 4. Musiał przebić się przez Samarię. 5. Kiedy dotarł do samarytańskiej wioski (Sychar) blisko działki, którą Jakub odpalił swojemu synowi Józkowi, 6. była tam studnia Jakuba, więc Jezus zmachany podrożą, glebnął se przy niej. To było koło południa. 7. A tu wbija się samarytańska laska, żeby nabrać wody. Jezus zagaił do niej: Dasz mi się napić?
Rozmowa Katarzyny Kolskiej i Mariusza Tabaczka OP z Piotrem Włodygą OSB, benedyktynem, biblistą, pisarzem, członkiem Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Kilka lat temu pedagog Beata Lasota wraz z grupą przyjaciół i młodzieży przełożyła Ewangelię św. Jana na młodzieżowy slang. Jezus został „gościem”, a apostołowie to „ekipa”. Jak Ojciec, jako biblista i tłumacz, reaguje na takie próby eksperymentowania z Pismem Świętym? Wydaje mi się, że istnieją granice eksperymentowania z czymkolwiek, także z przekładem Biblii. Jeżeli chodzi o wspominany przekład Ewangelii Janowej na slang młodzieżowy – to tekst ten mam na oku od jakiegoś czasu i raczej budzi on we mnie zaciekawienie samym slangiem, który jest odzwierciedleniem przeżyć tworzących go ludzi, niż przekazywaną treścią biblijną. Gdyby nie wcześniejsza znajomość Ewangelii św. Jana, nie wiedziałbym, o co w nim chodzi. Czy jest to sposób na docieranie z Dobrą Nowiną do młodego człowieka? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nie jestem już młodym człowiekiem. Mam jednak poczucie, że to tak, jakby ktoś chciał za pomocą melodyjek z telefonów komórkowych zachęcać kogoś do rozmiłowania się w symfoniach Mozarta, suitach Bacha czy mazurkach Chopina. I tak, jak mam wątpliwości, co do słuszności tego sposobu, jeżeli chodzi o muzykę poważną, tak też mam wątpliwości, jeśli chodzi o przekłady slangowe jako sposób na dotarcie z Dobrą Nowiną do kogokolwiek. Wydaje mi się, że grozi to zbyt daleko idącym uproszczeniem i spłaszczeniem przekazywanego obrazu. A nawiązując do poprzedniej myśli o eksperymencie, mam poczucie, że to odbiorca staje się tutaj królikiem doświadczalnym. Ale Beata Lasota, która podjęła się takiego tłumaczenia, przekonuje, że młodzież, z ktorą pracuje, nie sięgnie po tradycyjne tłumaczenie Biblii. Za to „Dobra czytanka” jest niejednokrotnie pretekstem, by do Biblii zajrzeć. Jakoś te argumenty mnie nie przekonują, ale nie chciałbym dyskutować zaocznie z autorką przekładu, która pewnie włożyła w swoją pracę wiele trudu i talentu i w sumie dzięki temu jakoś „uliteraturyzowała” slang. Myślę, że pedagogika zna inne metody docierania do młodych. Człowiek, który nie bierze Biblii do rąk, nie robi tego wyłącznie z niechęci, ale dlatego że jeszcze nie przyszedł jego czas. Być może musi wcześniej znaleźć odpowiedź na kilka innych pytań odnośnie do Boga i wiary. Trudno mi np. sobie wyobrazić uczniów i nauczycieli, którzy na lekcji języka polskiego rozmawiają o Panu Tadeuszu, posługując się młodzieżowym slangiem. Wobec tego nie chce mi się też wierzyć, że Ewangelia wypowiedziana językiem hip-hopu może być dla młodego człowieka bardziej dotykalna niż tradycyjny przekład. Ewangelia, podobnie jak Pan Tadeusz, Antygona, Wilk stepowy czy jakikolwiek inny utwór literacki, trafi a do człowieka przez język, a nie poza językiem. W chwili, gdy „Czytanka” ujrzała światło dzienne, Rada Języka Polskiego zaprotestowała. Czego dotyczył ten protest? Rzeczywiście, był taki moment, kiedy Rada Języka Polskiego z większą uwagą zainteresowała się kilkoma ekscentrycznymi przekładami tekstów biblijnych. Wśród nich znalazła się Czytanka. Najbardziej zaskakujące było to, że wątpliwości i zastrzeżenia zgłosili głownie językoznawcy, a nie – jak można by się spodziewać – bibliści. Bibliści wyrażali raczej zaciekawienie, graniczące niekiedy z niedowierzaniem, że w taki właśnie sposób można przekazać treści zawarte w Piśmie Świętym. Ich zastrzeżenia dotyczyły określenia „przekład”, pojawiającego się w odniesieniu do interesujących nas tekstów. Ponieważ omawiane przez nas wtedy wersje nie bazowały na oryginale biblijnym – hebrajsko-greckoaramejskim – ale na współczesnym, nieco starszym przekładzie polskim, więc jako takie nie zasługiwały na miano przekładu. Językoznawcy wytoczyli – obok zdziwienia – o wiele poważniejsze argumenty: zakwestionowali prawdziwość proponowanych wersji tekstu biblijnego. Ich zdaniem tłumaczenia można dokonać jedynie z danego języka na inny język. Odmiana języka, gwara, narzecze czy slang jest jego częścią, a nie kompletnym językiem. Przekład musi uwzględniać nie tylko treść słów, ale także ich charakter: jeżeli tekst oryginalny pisany jest w języku literackim, przekład winien także się nim posługiwać, jeżeli oryginał posługuje się neologizmami, archaizmami, slangiem bądź gwarą, w przekładzie także powinno się to znaleźć. Nie można się ograniczać jedynie do znaczenia słów – trzeba brać pod uwagę także styl, gramatykę, manierę językową, jaką posłużono się w oryginale, a co za tym idzie oddać w tłumaczeniu nie tylko ładunek treściowy, ale także emocjonalny – nie tylko informację, ale także przeżycie. Oczywiście, są to bardzo wielkie i poważne wymagania, ale przecież mówimy o tekstach wielkich i poważnych.
Całość rozmowy można przeczytać w najnowszym, wrześniowym numerze miesięcznika W drodze
« powrót
10 komentarzy
-
2009-09-24
angelos
mam, mam, mam
moją książeczkę. No i dobrze się czyta. Dwaj aniołowie przy grobie Jezusa do Marii Magdaleny:... » -
2009-09-11
Kasia (Sz)
Pogięło cię? - "Nie, dlaczego?
Ja się ostatnio zastanawiałam się czy nie kupić sobie Biblii dla dzieci. A potem przejść do... » -
2009-09-10
Mati
Re: Re: Pogięło cię?
Raczej nie będę tego kupować, bo jeszcze nie przebrnęłam przez oryginał. Ale na stronie... »

.jpg)












